czwartek, 31 stycznia 2013

Pożegnanie

A może - powitanie?

Spieszę donieść, że działalność blogowa pod tytułem Stora - powoli dobiega końca. Nie wykluczam, że Rebeca Serri być może jeszcze odezwie się na Storze, ponieważ Stora wisiała będzie w sieci nadal - oczywiście do czasu, póki jej kto nie zdejmie...

Sęk w tym, że Justyna Karolak oddziela się z Nowym Rokiem od Rebeci - i wyrusza w swoją stronę...

W swoją stronę - dosłownie. Zapraszam wszystkich na nowy blog - stronę Justyny Karolak. Do nowego miasta, pełnego wpisów i tekstów o zupełnie innym charakterze, niż te publikowane dotychczas na Storze.

Nowe miasto, to jak wypisz-wymaluj: Karolakowo. Znajdziecie je pod adresem:

www.karolakowo.blog.pl


Zapraszam wszystkich serdecznie do krainy felietonu i absurdu - do osobistego miasta Justyny Karolak.


sobota, 12 stycznia 2013

Dexter: dlaczego Rita, nie Lila?

W obronie naiwności
Odezwa do fanów Dextera i antyfanów Rity

Jako fanka serialu pod tytułem Dexter – nie raz, nie dwa zajrzałam na forum w Internecie, by skonfrontować swoje wrażenia z wrażeniami innych fanów. I co odkryłam? Odkryłam, że wielu mocno krytykuje postać Rity – kobiety głównego bohatera. Z licznych dyskusji obecnych w sieci dowiedziałam się, że Ritę – w zdecydowanej większości – widzowie uznają za nadzwyczaj irytującą. Dlaczego? Bo naiwna do granicy absurdu. Bo groteskowa przez tę naiwność. Ach, Rita... Ukochana seryjnego mordercy – przesłodzona, polukrowana, że aż mdli. Osobiście nie podzielam tej opinii – mnie Rita nie irytuje, nie powoduje odruchów wymiotnych i w moim poczuciu pozostaje zwyczajnie słodka, ciepła i kobieca, nie zaś głupia, infantylna, mdła i przerysowana. Zastanawia mnie jednak ten poznawczy dysonans, który zdradza najwyraźniej kroplę gorzkiej prawdy o człowieku. A mówiąc dokładniej – o człowieczej naturze, o naszej psychice.

Pojawia się bowiem nowa dla mnie refleksja – pytanie, którego nie zadawałam sobie nigdy dotąd. Mianowicie – dlaczego z dużą łatwością przychodzi nam darzenie niezmąconą sympatią postaci Dextera, który oprócz powierzchownego faktu bycia nader uroczym, w rzeczywistości jest jednak przede wszystkim jednostką wyrafinowaną w złym znaczeniu tego słowa? Jest wszak psychopatą – zabójcą, mordercą, któremu odbieranie życia osobom – nie bez skazy wprawdzie – sprawia niekłamaną przyjemność i daje mnóstwo satysfakcji. Dexter zabija, mówiąc kolokwialnie, z zimną krwią, a mimo tego – my, wszyscy fani serialu, bezsprzecznie go lubimy. Wręcz uwielbiamy i w duchu trzymamy kciuki, by wymiar sprawiedliwości nigdy nie trafił na trop Mrocznego Pasażera, by nigdy go nie zdemaskował i nie ukarał. Chcemy, żeby Dexterowi się udawało – życzymy sobie, aby mu się upiekło za każdym razem, gdy będziemy świadkami, jak unieruchamia kolejną ofiarę taśmą, jak nacina jej policzek – by pobrać swoje zwyczajowe trofeum (krew), jak zatapia nóż w mostku ofiary po samą rękojeść... W głębi duszy czekamy na te chwile w napięciu i zawsze, kiedy kolejna z tych chwil następuje – cieszymy się, czy wręcz odczuwamy ulgę. I nie odczuwamy ulgi bynajmniej dlatego, że Dexter działa według określonego, w pewien sposób „czystego” kodeksu moralnego, ponieważ unicestwia gorszych, więcej brutalnych od siebie przestępców. Nie sympatyzujemy z Dexterem z powodu, iż postrzegamy go jako pozytywnego bohatera – podobnego do Robin Hood'a, który zabierał bogatym, a oddawał biednym... Sympatyzujemy z Dexterem, a nawet lubimy się z nim utożsamiać, ponieważ przekracza – dla nas: nieprzekraczalne.

Dla Dextera sięganie po nakarmienie wewnętrznego, złowieszczego głodu – jest po prostu osiągalne. Innymi słowy, Dexterowi wolno nakarmić ten gniew i łaknące ofiary zło, którego „normalni” ludzie nie odważają się karmić w realnym świecie – nigdy, za żadną cenę. Przerażające, ale właśnie dla tej przyczyny – kochamy Dextera. Właśnie dlatego, że w magiczny, bo wymyślony-ekranowy sposób, on uwalnia nas z pęt, które niewolą na co dzień. Z jakich pęt? To proste: moralność, etyka, wiara etc. Oczywiście większość z nas nie marzy, żeby zabijać... lecz w momencie, gdy dopuszcza się tego niegroźny, bo literacki i filmowy bohater – jak Dexter – jesteśmy w niebo wzięci i zachwyceni. Dzieje się tak dlatego, że fikcyjna postać realizuje za nas złe uczynki, których faktycznie nie odważylibyśmy się zrealizować, których oficjalnie – nie pragniemy, których się wstydzimy, przed którymi się wzdrygamy, których się boimy. Bo przecież wszyscy chcemy żyć uczciwie, szczerze, szlachetnie – prawda? Chcemy być dobrymi ludźmi. Ale – kim naprawdę jesteśmy? Co w nas drzemie? Dexterowatość. Straszne? Owszem.



Tymczasem Rita... Wcielony, urzeczywistniony archetyp kobiety idealnej. „Kobieta marzeń”, „kobieta ze snów”, jak orzekli nieliczni na internetowym forum. Piękna – a oprócz tego: po prostu ładna, miła dla oka. Piękno bowiem w odniesieniu do postaci Rity wcale nie wyczerpuje prawdy o wyżej wspomnianym archetypie. Piękno jest kontrowersyjne, niejednoznaczne, bywa też mroczne, przyczajone i niekoniecznie – w przystępny, jawny i oczywisty sposób czytelne dla ogółu. A Rita – jest po prostu ładna. Bezwzględnie i bezdyskusyjnie – ładna, atrakcyjna, nad wyraz przyjemna wizualnie. Kobieta idealna – śliczny, uroczy, jasnowłosy, długowłosy anioł. Subtelna uroda – anielski powab, czar. Dziewczęca twarz – harmonijna, dobra, pozytywna, łagodna. Figura – nienaganna, bez zarzutu. W łóżku – szczera, namiętna, oddana. W domu – ciepła, partnerska, wspierająca. Jeżeli mielibyśmy wyobrazić sobie kobietę doskonale ilustrującą ciepło domowego ogniska, to Rita byłaby jednym z pierwszych, głównych tego rodzaju wyobrażeń, wizualizacji. Nawet jej głos zdaje się idealny – miękki w brzmieniu, stonowany, a przy tym lekko „dymny”, ciekawy, przykuwający uwagę. Śliczna, wierna, lojalna, ciepła, do tego – ponętna, do tego – świetna matka. W trzech słowach o Ricie: wzór kobiecych cnót. A jednak – powtarzając za zdaniem większości: niebywale denerwująca, irytująca, niestrawna. Stąd właśnie wyłania się czołowe pytanie:

dlaczego z naturalną, wręcz odruchową łatwością przychodzi nam sympatyzowanie z mordercą – i dlaczego z równie naturalną i odruchową niechęcią podchodzimy do kobiet odległych od współcześnie prezentowanych postaw feministycznych?

W zastanowieniu nad odpowiedzią, nasuwa się na myśl, że tym, co drażni nas w postaciach takich jak Rita, jest naiwność. Ale – dlaczego tak się dzieje? Dlaczego kobieca naiwność wywołuje w nas nieomal automatyczną reakcję na „nie”, natomiast przeważnie imponuje nam kobieta taka, która jest Rity przeciwieństwem? Na przykład Lila – o, zgrozo!



Czemu łatwiej jest utożsamiać się z bohaterami egoistycznymi, kontrowersyjnymi, cwanymi – niż z bohaterami naiwnymi? Czyżbyśmy wszyscy wyzbyli się naiwności? Czy żyjemy w dżungli – czy bez ustanku musimy o wszystko walczyć i dbać o swoje interesy tak, że wskutek tego – uleciała z nas dziecięco prostolinijna naiwność i wewnętrzne, potulne ciepło? Ostatnie pytanie chciałabym skierować zwłaszcza do kobiet. Bo o ile słodki, naiwny mężczyzna mógłby mnie irytować, o tyle kobieta w rodzaju Rity – wywabia ze mnie na zewnątrz wyłącznie uśmiech aprobaty, wyzwala spokój i wzbudza sporą sympatię.

Oczywiście można powyższe refleksje sprowadzić do jałowego, banalnego wniosku, iż wszelkie nasze wrażenia – zawsze zależne są od indywidualnych gustów, upodobań i konstrukcji psychicznej. Ale trudno się nie zgodzić, że jest to odpowiedź słaba – wniosek spłycający całą kwestię.



Prawdą jest, że zwykliśmy reagować wedle prostego i przejrzystego, acz przykrego schematu: co złe – to sexi. Z jakiegoś powodu kobieta słodka i naiwna (dobra) – współcześnie stała się wrogiem numer jeden, szczególnie w interpretacji innych kobiet, takich jak aktualne pseudo feministki. W przeciwieństwie do kobiety typu femme fatale – która najczęściej wzbudza podziw i szacunek. I o ile z podziwem ciężko tu polemizować, o tyle szacunek do przejawów wampirzego uroku i daleko posuniętego egocentryzmu – generuje dalsze, trudne pytania o gradację naszych wartości i definicję „słusznej kobiecości”.

Na pewno warto zauważyć, że jednym z powodów, dla jakich kobieca naiwność nas drażni – jest fakt, że kojarzymy ją z totalną uległością. Kiedy jednak przyjrzymy się wnikliwiej, wówczas zauważymy, że Rita – z początkowej „zahukanej” kobietki, zmaltretowanej psychicznie przez pierwszego męża „szarej myszki”, zmienia się, przepoczwarza i zaczyna rozkwitać. Jej słodka naiwność nie powinna zatem być mylona z uległością, spolegliwością bez opamiętania, bez rozumu. Kiedy Dexter przyznaje się Ricie do swego „nałogu” – ta w trzy sekundy posyła go na terapię. I posyła bez prawa do dyskusji – stawia jasne i czarno-białe ultimatum: albo grupa wsparcia, albo koniec związku. Kiedy zachodzi w ciążę, pozostawia Dexterowi wybór, otwarte drzwi: może zdecydować się na bycie ojcem, może odejść – ona dziecko urodzi, i tak je wychowa. Kiedy Dexter spontanicznie i dość nieudolnie się oświadcza – Rita nie odpowiada bez namysłu „tak”. Pokazuje, czego chce – komunikuje uczciwie, na czym jej zależy, a czego sobie nie życzy. Tak – jest naiwna, poszukuje u partnera oczywistego wsparcia i bezpieczeństwa, ale z pewnością nie jest uległa, przezroczysta i bez wyrazu.

Skąd więc powszechna niechęć do Rity? Cóż, więcej tej niechęci ze strony kobiet, niż ze strony mężczyzn. Być może dlatego, że my – kobiety, współcześnie przesiąknęłyśmy wszechobecnymi postulatami o konieczności bycia niezależną we wszystkich aspektach życia. Przesiąknęłyśmy niby feministyczną nagonką na cywilizację wychowaną w patriarchacie i zdominowaną przez patriarchat. Przesiąknęłyśmy panelami dyskusyjnymi pokrzykującymi i grzmiącymi dookoła, iż mężczyzna i kobieta byli, są, będą i muszą być tu i teraz, zawsze, w każdej bez wyjątku chwili – równi, jednakowi, tacy sami.

To nieprawda. Kobieta i mężczyzna – są równoważni, tak samo istotni. Ale nie są równi. Każde z nich wnosi do związku inny charakter i pełni odmienne funkcje. Częścią tych funkcji możemy się wymieniać, a częścią – nie. Część z nich należy do natury, do odrębnego konstruktu danej płci. Kształt, granice, przestrzeń tej natury, tego konstruktu – możemy indywidualnie definiować, wyznaczać, rysować, pojmować i przejawiać. Ale ta natura, wewnętrzna energia, emocjonalność i sfera intelektualna – nigdy nie będą jednakowe dla kobiet i dla mężczyzn; nigdy nie będą odbiciem lustrzanym. Różnimy się między sobą – ciałami, ale także umysłami – i sercami. Inaczej myślimy, inaczej odbieramy bodźce z zewnątrz, inne reakcje te same bodźce w nas budują, w innych rejestrach emocjonalnych czujemy się pewnie.

Rita nie jest kobietą pustą i głupią. I również nie o to chodzi, że mężczyźni wybierają na żony kobiety puste i głupie. Infantylne i idiotyczne. Jakkolwiek często szukają w kobiecie ciepła i słodyczy (a niekoniecznie błyskotliwej i nieposkromionej przeciwniczki w szachach), które aktualnie – zdają się od nas, od kobiet oddalać, które porzucamy – mniej czy więcej świadomie. Dlaczego? Bo wstydzimy się swojego naturalnego ciepła czy dozy naiwności. Bo chcemy rywalizować – nie tylko między nami, kobietami, ale próbujemy ścigać się też z mężczyznami. Współczesny „feminizm” nas do tego przysposabia – werbuje na kształt iście wojskowego poboru. Współczesny „feminizm” uczy nas tego, jak być twardą bardziej, niż to konieczne, niż niezbędne, niż nieuniknione. Tego, jak być nie partnerką dla mężczyzny, a jego – konkurentką, rywalką. To dlatego Rita wzbudza w nas niechęć, gniew, frustrację, awersję. Dlatego, że jednym uśmiechem, łagodnym gestem czy dołkiem w policzku – przekreśla całe lata kobiecej emancypacji, czyniąc ze współczesnych „feministek” – śmieszne i godne co najwyżej politowania Don Kichotki, wojujące z wiatrakami, co nikomu już nie jest do niczego potrzebne. Nie jest potrzebne, gdyż powtarzając jedną z myśli nieuczesanych wprost za Lecem: byle smród, co porywa się na walkę z wentylatorem, uważa się za Don Kichota...



Doprawdy, nie taka Rita słaba i żałosna, jak ją malują – skoro jednym uśmiechem czy dołkiem w policzku potrafi skreślić całe lata kobiecej emancypacji... A to ci dopiero historia...

Justyna Karolak.

czwartek, 20 grudnia 2012

Życzenia: nie tylko dla katolików

Nie tylko dla katolików

Dla wszystkich Czytelników Story i Tropiąc jednego wilka – najserdeczniejsze życzenia świąteczne.


Jeżeli jesteście zwolennikami innego niż katolicyzm wyznania, innej – dowolnej – duchowej bądź filozoficznej ścieżki, jeżeli nadchodzący czas świątecznej, gwiazdkowej gorączki zakupowo-kulinarnej dla Was będzie czasem osobistej refleksji, wolnej od trosk dnia codziennego i pracy zawodowej – przyjmijcie ode mnie najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Jeżeli w Waszych domach niekoniecznie musi się znaleźć przebrane drzewko, jeżeli na Waszych stołach nieszczególnie pragniecie ujrzeć karpia w galarecie – te życzenia są właśnie dla Was.

Dla wszystkich, którzy w najbliższych dniach skoncentrują się na cieple domowego ogniska. Dla wszystkich, którzy tęsknią do wolnego czasu z bliskimi, którego w bieżącym nurcie, pędzie – często im brakuje. Dla wszystkich, którzy celebrować będą nie materialne prezenty, a bezcenny dar – bycia razem, wspólnego przebywania, dzielenia się wrażeniami i wnioskami z kończącego się roku oraz marzeniami o roku następnym.

Jeżeli w Waszych głowach i sercach jest przestrzeń na zastanowienie nad prywatnym życiem i losem innych, odległych Wam, dalekich – te życzenia są dla Was.

Jeżeli na Waszym świątecznym stole pojawi się dodatkowy talerzyk – wolne miejsce dla zagubionego, niespodziewanego gościa, to te życzenia są dla Was.

Jeżeli od życzeń wyrażonych w słowach ważniejszy jest dla Was pojedynczy gest, uścisk dłoni, przytulenie czy poklepanie po ramieniu – to te życzenia są dla Was.


Dla wszystkich, którzy w tym roku – choć raz – byli z kogoś dumni. Dla wszystkich, którzy znają choć jedną osobę, której chcą podziękować. Dla wszystkich, którzy – choć raz w mijającym roku – byli za coś wdzięczni. Dla wszystkich, którzy ucieszyli się, że są, że istnieją. Dla tych, którzy zerknęli w niebo i pomyśleli – jestem. Jak to dobrze, że jestem; że mogłem tu być; że jeszcze tyle dobrego może się wydarzyć, spełnić...

Justyna Karolak.





sobota, 1 grudnia 2012

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 20

Znów trochę przerwy w storowaniu (blogowaniu) - znów podyktowanej czynnikami zewnętrznymi, na jakie nie mam wpływu. Jednakże - przepraszam Czytelników Story gorąco, i zapraszam do obejrzenia kolejnego memu - z serii promującej moją debiutancką "Tropiąc jednego wilka"...

... to już dwudziesty mem... ależ czas szybko biegnie...

Justyna Karolak.

niedziela, 28 października 2012

Rozważania o wolności

Wolność – absolutnie absolutna

Jak powiedział Tom Robbins – w życiu może istnieć tylko jedna rzecz ważniejsza od szczęścia, i jest nią wolność. Ale czy realna wolność nie byłaby tożsama z pojęciem szczęścia? Czy priorytetem człowieczych poszukiwań – nie jest właśnie szczęście? Czy nie do szczęścia prowadzą wszelkie drogi naszego poznania, kluczenia, definiowania rozmaitych mian?

Jeżeli można powiedzieć o świecie cokolwiek w miarę obiektywnego, to z pewnością jedynie tyle, że większość rzeczy, składających się na świat – nie jest ani trochę obiektywna. Innymi słowy, cokolwiek chcielibyśmy uchwycić w rękę i przyjrzeć się temu z każdej strony, najprawdopodobniej nasza wnikliwa obserwacja nie wyczerpie całości danych na temat natury pochwyconego przedmiotu.


Świat jest bezwzględny w wystawianiu nas na gorzkie próby odnalezienia swojego miejsca w nim – i co do tej tezy raczej będziemy zgodni. Poza tą tezą – świat pozostaje jednak względny niezależnie od poziomu prywatnych aspiracji, przy użyciu których chcielibyśmy opisać go w sposób spójny i zbadać za pomocą ściśle sformułowanego wzoru.

Świat jest względny, stąd i sens różnych pojęć jest względny – nie może być inaczej.

A skoro tak, kardynalny cel naszych poszukiwań, za jaki można uznać wolność – niekoniecznie musi być sprowadzany do wspólnego mianownika pod tytułem Szczęście.

Wolność nie musi oznaczać szczęścia. Nie musi być stawiana na jednej szali ze stanem, w jakim wszystkie potrzeby i marzenia zostały zaspokojone, w jakim człowiek czuje wielki spokój, radość i niezmącone zadowolenie. Bo do nakarmienia pragnień i oczekiwań służy szczęście. W swej najznakomitszej i najbardziej syntetycznej definicji – oznacza bowiem nic innego, niż brak potrzeb.

Pozornie można by powiedzieć, że człowiek, który niczego nie potrzebuje, jest nieprawdziwy, zakłamany albo chory, półmartwy. Żeby wyobrazić sobie stan, w którym nie określają nas nasze potrzeby i pragnienia, trzeba jednak zajrzeć głębiej i postarać się dostrzec – niezauważalne. Dostrzec, to znaczy, że nie wystarczy patrzeć, ani nawet w skupiony sposób obserwować – trzeba także widzieć.


Od percepcji do interpretacji – jest daleka droga. Postrzeganie nie jest tym samym, co świadome konkludowanie. Patrzeć – to pojęcie powierzchowne. Natomiast widzieć – jest działaniem trudniejszym do wdrożenia, niż na pierwszy rzut oka można by przypuszczać.

Stan, w którym nie determinują nas nasze pragnienia i oczekiwania – a przestają nas one determinować z chwilą, kiedy zostają nakarmione, wypełnione, zrealizowane – jest szczęściem. Ale stan, w którym nie ograniczają nas nasze pragnienia – można przypisać wolności (nie szczęściu).


Wolność jest pierwsza przed szczęściem. To stan, w którym nadal żywimy pragnienia i marzenia, lecz te pragnienia już nas nie ograniczają (nie niewolą). Nadal chcielibyśmy więcej, lepiej, inaczej (prawdziwiej? Mocniej?...), ale już nie pójdziemy po trupach, by dopiąć swego.

Wolność. Cnota wewnętrzna, która umożliwia nam podziwianie rzeczywistości bez siania postaw sceptycznych – bez zadawania pytań: dlaczego, jakim prawem, skąd? Cnota wewnętrzna, która nie docieka genezy, która przyjmuje z otwartymi ramionami obraz świata taki, jaki maluje się tuż przed wzrokiem w swoim bieżącym nurcie. Cnota wewnętrzna, umożliwiająca bycie człowiekiem w kontekstach skłaniających do zezwierzęcenia. Cnota, wewnętrzny filtr – odcedzający znamię prawdy od polukrowanej fikcji. Zdolność widzenia rzeczy takimi, jakimi są dla naszych oczu i pozostawania lojalnym wobec własnych spostrzeżeń, z zachowaniem szacunkiem do zewnętrznych opinii.


Wyobraź sobie, że właśnie kończy się zima, ale wszędzie – jeszcze leży brudny, powoli topniejący śnieg. Idziesz na spacer do parku. Raptem zauważasz pierwszy, wczesnowiosenny liść. Któreś z, jeszcze ponurych, uśpionych, parkowych drzew – wypuściło już prawdziwy zwiastun wiosny: soczyście zielony, świeży, nowiutki liść; piękny. Widzisz, że liść jest piękny, ale nie pytasz, nie zastanawiasz się, dlaczego. Rozmyślasz o jednej z cech świata, którą jest przemijalność. Nowy liść jest żywy, i paradoksalnie poprzez to, że jest żywy – przypomina, że wszystko przemija. Jednak ty nie pytasz, dlaczego tak musi być. Uśmiechasz się na widok liścia. Cieszysz się, że jest piękny – i rozumiesz, że przemijanie rzeczy składających się na świat, jest naturalne. Ty też jesteś częścią tej natury, tych zależności. Nasycasz oczy i umysł prostym poczuciem piękna, z którym jesteś powiązany, połączony. Czy to jest szczęście?

Nie. To jest radość chwili – i wolność. Realna, stosunkowo łatwa do osiągnięcia. „Wystarczy” widzieć, nie tylko patrzeć.

Wolność jest pierwsza przed szczęściem – i o wiele bardziej realna, możliwa do zasmakowania. Dlatego, że stan, w którym wszystkie potrzeby i pragnienia zostały zaspokojone, wydaje się niemożebny – nie z tego świata. Podczas gdy stan, w którym pragnienia w nas wciąż żyją, lecz nie sprawują już nad nami kontroli, władzy – naprawdę jest osiągalny. Dlatego, że każda władza – w rzeczywistości jest iluzją.

Nawet w najpodlejszej sytuacji – gdy nic nie zależy ode mnie, a wszystko jest narzucone z góry i krępuje każdy mój ruch – w swoich myślach i interpretacji okoliczności, wciąż mogę, co zechcę – a niczego nie muszę.


Będąc uwięzionym w dybach – człowiek w dalszym ciągu może uśmiechać się do swoich myśli. W środku głowy – jest naprawdę dużo otwartej przestrzeni i możliwości w niej drzemiących. Człowiek nawet obezwładniony, pokonany – wciąż może być zwycięski wobec nałożonych na niego ograniczeń, nakazów, przymusów. Ta możliwość, ten stan – to właśnie wolność. Czasami nie ma ona nic wspólnego z poczuciem szczęścia – bywa złożona, bolesna i okaleczona, przyćmiona; może też zawierać w sobie sprzeczności i niedogodności, choć ostatecznie sprowadza się do tego, do czego powinny sprowadzać się ludzkie wybory i uczynki:

do wierności samemu sobie i umiejętności trzymania się pierwotnych ustaleń. Do wartości, które się pokochało i uznało za własne.

Wolność jest twoim ulubionym smakiem. Tym, kim zdecydowałeś się zostać. Tym, co pozwala ci spokojnie zasnąć. Tym, przed czym się nie ugiąłeś, na co się nie złapałeś – mimo że pokusa i podstęp były silne i sprytne. Dobrem, jakiego życzysz innym. Stanem, który naraża na trudy i niewygody, lecz który jest twoim osobistym, świadomym wyborem i wyraźnie narysowanym konturem, jaki oddziela cię od tłumu.

Justyna Karolak.

Jak zostać kloszardem? Część III

Jak zostać kloszardem?
Poradnik Młodego Polaka – Część III

Tym razem zapraszam do zapoznania się
z charakterystyką ofert pracy 
w ujęciu Aktywnego Bezrobotnego

Kim jest współczesny polski bezrobotny? To osobnik mocno zaktywizowany – rzec by: zawodowo, o bogatym życiorysie i wysokiej świadomości własnej wartości. Osobnik, który nie szczędził sił i czasu na edukację. Który konsekwentnie zdobywał dodatkowe kwalifikacje, a także rozwijał pasje. Który całą młodość podporządkował właśnie tej chwili: znalezieniu sensownego zatrudnienia.

Po obronieniu tytułu magisterskiego – młody bezrobotny Polak codziennie wertuje dziesiątki ogłoszeń w serwisach internetowych z ofertami pracy. Jego aktywność w tym zakresie jest tak wielka, że równie dobrze państwo mogłoby wypłacać mu normalne wynagrodzenie. Powinien zostać zatrudniony na takim właśnie stanowisku: Aktywny Bezrobotny.

Ciekawe, jak mogłoby brzmieć ogłoszenie o pracę na stanowisku Aktywnego Bezrobotnego? Hmm... Może na przykład – tak:

Prężna marka o korzeniach międzynarodowych, wkraczająca na rynek polski, w związku z rozwojem i zwiększeniem liczby komórek wewnętrznych, aktualnie poszukuje Kandydata na stanowisko Aktywnego-Bezrobotnego.

Do obowiązków Aktywnego-Bezrobotnego będzie należało:
- aktywne wyszukiwanie ofert pracy w Internecie
- selekcjonowanie ofert pracy na następujące kategorie: dziwne, trudne, niepojęte i nieprzystające
- stałe przebudowywanie swojego CV polegające na nieustającym zamienianiu danych sformułowań na kolejne, nie kończące się synonimy i zwroty bliskoznaczne
- zaangażowane kreowanie listów motywacyjnych (podstawowy target, to 10 listów/1 dzień)

Idealny Kandydat na wyżej wymienione stanowisko – powinien:
- tryskać entuzjazmem od świtu do zmierzchu
- emanować pozytywną energią i uśmiechać się bez przerwy
- być dyspozycyjny i elastyczny do granic absurdu
- uwielbiać pracę w młodym, dynamicznym, nie do zdarcia zespole
- dysponować prywatnym laptopem i łączem do Internetu
- wykazywać wysoką ponad przeciętną odporność na stres
- potrafić efektywnie wykonywać powierzone zadania pod morderczą presją czasu

Ze swojej strony – gwarantujemy:
- atrakcyjne wynagrodzenie zależne od wyników pracy (czytaj: beznadziejny procent od sprzedaży produktu, którego sprzedaż w realnym świecie graniczy z cudem)
- bogaty pakiet socjalny (czytaj.: praca w młodym, dynamicznym, nie do zdarcia zespole)
- równie bogaty pakiet szkoleń (czytaj: przymusowe, nudne wyjazdy integracyjne z noclegiem w hotelu klasy Z daleko poza miejscem zamieszkania)

Albo – inaczej. To znaczy – mniej formalnie, a więcej entuzjastycznie:

Tysiące wolnych wakatów! Praca od zaraz! Nie oczekujemy od Ciebie niczego! Gwarantujemy Tobie wszystko! Nie zwlekaj ani chwili i śmiało weź własny los w swoje ręce! Czekamy właśnie na Ciebie! Dołącz do nas już dziś i czerp niebotyczną radość z rozwoju osobistego! Zgłoś się za pomocą przycisku „aplikuj” i nie zapomnij załączyć stosownych dokumentów: CV, list motywacyjny, portfolio oraz referencje z poprzednich miejsc pracy. Dobrze uzasadnij swoją gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy w naszej firmie. W tytule wiadomości podaj numer referencyjny ogłoszenia oraz umieść dopisek z nazwą stanowiska, na jakie aplikujesz (Aktywny-Bezrobotny).

Kiedy już znajdziemy w Internecie szereg tym podobnych ogłoszeń, warto zaposiłkować się odpowiednim szablonem listu motywacyjnego – i przystąpić do konstrukcji własnego.

Jak powinien wyglądać list motywacyjny przygotowany do aplikacji na stanowisko Aktywnego Bezrobotnego? Hmm... Postaram się zaprezentować optymalny wzór:

Państwa ogłoszenie w serwisie takim a takim wzbudziło moje przeogromne i żywe zainteresowanie, toteż niniejszym z całego serca pragnę aplikować na stanowisko Aktywnego-Bezrobotnego.

Z wykształcenia jestem plastyczką i dziennikarką. Niestety moich obrazów nie można obejrzeć w żadnej galerii, ponieważ nie ukończyłam Akademii Sztuk Pięknych, w związku z czym nie mam prawa do dzielenia się ze światem swoją pasją. Drugą z pasji (szeroko pojęte pisarstwo) uprawiam z nie mniej nieudolnym skutkiem. Co prawda w sierpniu bieżącego roku miała miejsce premiera mojej debiutanckiej powieści, ale na jej wybitności nikt za bardzo się nie poznał. Krytycy bądź co bądź mnie chwalą, ale w starciu z ponurą rzeczywistością polską – moja refleksyjna i esencjonalna aura wykreowanej literackiej krainy – rozpływa się we mgle. Postaram się precyzyjnie uzasadnić, dlaczego.

Otóż w mojej książce nikt nikogo nie zamordował, bohaterzy nie uprawiali pustego, wyuzdanego seksu bogatego w opisy z natarczywym użyciem prostackiego nazewnictwa intymnych części ciała, a główna bohaterka miała normalną i dobrze płatną pracę. W swojej książce i obrazie współczesnych Polek i Polaków skupiłam się na aspektach jakże innych od prymitywnych sprawozdań na temat trywialnej niechlujności i ubóstwa życia. Pokusiłam się również o stworzenie literackich postaci współczesnych młodych Polek nie podległych pod modny i powszechny dziś nurt feministyczny. Słowem w swej książce nie wspomniałam o bezrobociu – ani o pornografii, ani o pedofilii wśród księży – nie powołałam się jednakowoż ani razu na nazwisko państwa Waśniewskich. Wszystko to czyni moją powieść mdłą i nieadekwatną do polskich realiów.

Jako jednostka skazana na malarstwo nie poświadczone dyplomem ASP oraz pisarka uprawiająca nikomu nieprzydatną literaturę opartą na niemodnej dbałości o jakość językową i głębsze, psychologiczne przesłanie – pozostaję nader świadoma swej dysfunkcyjności społecznej i nie widzę przed sobą żadnego celu.

Jestem zdania, że poszukiwanie zatrudnienia w Polsce pozbawione jest jakiegokolwiek sensu i posiadam rozległe doświadczenie życiowe, które mogę przedstawić w dowód tej tezy.

Pragnę podkreślić, iż nie dysponuję niestety prawem jazdy kategorii B, w związku z czym nie chcą mnie nająć nawet do akwizycji. A do uprawiania najstarszego zawodu świata zwyczajnie się nie nadaję z przyczyny anachronicznych i głupawych pobudek moralnych.

Jestem osobą o przemiłej aparycji, uśmiech nie schodzi mi z twarzy, ponadto doskonale sprawdzam się w takich kontekstach sytuacyjnych, które są beznadziejne i upokarzające. Płaczę wyłącznie cicho i w odosobnieniu, nawet nieproszona – zawsze pokornie zwieszam głowę, chętnie poddaję się manipulacjom i czerpię mnóstwo satysfakcji z przepychania mnie z kąta w kąt niczym górę cuchnących fekaliów, która nic do powiedzenia mieć nie może, bo i skąd?

Jeżeli mój list wzbudził Państwa politowanie, niekłamaną przyjemnością będzie dla mnie móc umówić się na spotkanie, podczas którego postaram się uszczegółowić moją ofertę i poniżyć tak mocno, jak tylko się da oraz, na ile to możliwe.

Łącząc wyrazy błagania i entuzjastycznych pozdrowień,
Justyna Karolak.

Łódź, dnia 28 października 2012.








wtorek, 23 października 2012

Wiedza spisana sympatycznym atramentem

Wiedza spisana sympatycznym atramentem

Jeżeli przyjąć za tezę wyjściową, że człowiek przychodzi na świat jako tabula rasa – to każdy bodziec, z jakim spotyka się od momentu narodzin, i każda informacja, którą ten bodziec ze sobą niesie – tożsame będą z pojęciem wiedzy. Wiedzy, czyli ze zbiorem danych – nabytych; zaobserwowanych, dostarczonych, zauważonych, doświadczonych...

Wiedza jest zbiorem danych na temat realnej rzeczywistości – zewnętrznej. Nie może opisywać rzeczywistości wewnętrznej, to znaczy – osobniczej esencji istoty człowieczej, skoro istota człowiecza w chwili narodzin pozostaje niczym więcej, aniżeli białą tablicą. Wszystko, co na temat człowieczeństwa można powiedzieć w oparciu o świadomość rozwijaną wraz z upływem czasu liniowego i doświadczenia nabywanego wskutek pokonywania drogi – jest nie wiedzą, a wypadkową przeżyć, oddziaływania intuicji, marzeń, snów, iluzji i racjonalnych przemyśleń. Jednak nawet racjonalne przemyślenia na temat samych siebie nie mogą stanowić w tym przypadku wiedzy obiektywnej. Co bowiem wiemy o człowieczeństwie?  


Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono – jak mówi znane porzekadło. Ale czym naprawdę jest owa wiedza?

Wiedza o nas samych, to nic innego niż świadomość naszych bezwarunkowych, warunkowych i świadomie kreowanych reakcji na określone bodźce z zewnątrz. Kto twierdzi, że zna siebie na wskroś i potrafi precyzyjnie wskazać, jak zachowałby się w dowolnej hipotetycznej sytuacji – jest albo kłamcą, albo osobą chorą psychicznie. De facto dysponujemy wiedzą nie na temat samych siebie – a na temat bodźców z zewnątrz, które sprowokowały czy wygenerowały tę lub inną reakcję. Dysponujemy jakąkolwiek wiedzą jedynie na temat zawężonej rzeczywistości zewnętrznej – tej, z którą zetknęliśmy się osobiście. Łatwiej nam opisać treść zdarzenia, niż jądro naszej osobowości – obecne, zawarte w tym zdarzeniu.

Nie sposób wymiernie prognozować ni rokować osobistych reakcji na bodźce z zewnątrz. Między innymi również dlatego, że tak zwana wiedza na temat rzeczywistości zewnętrznej bez wątpienia jest ograniczona. Jedno, co ją ogranicza, to ustalony zbiór aksjomatów, który może nie być wystarczający do dalekosiężnego konkludowania. Drugie, co ją ogranicza, to niedoskonałość naszego poznania – z góry, od początku, czy też – „z natury rzeczy” okrojona określonym szablonem zmysłów, potencjału intelektualnego i emocjonalnego.


Rzeczywistość zewnętrzna ujawnia przed nami dziwne atraktory, których całkowitej, spójnej natury do końca nie rozumiemy. I choć usilnie staramy się dokładnie je zrozumieć i ubrać w zasób prawidłowości i wzorów, faktycznie sam świat pozwala oprawić się w zdyscyplinowane ramy, ujawniając zaledwie jeden fragment z nieskończonej ilości własnych tajemnic tylko po to, by w chwilę później – ukryć drugie dno i inny fragment prawdy o samym sobie. To zwykle w układach nader chaotycznych natrafiamy na najwięcej zdumiewające i ładne fraktale, wciąż zadając sobie to samo pytanie – jakim sposobem, dlaczego?

Skąd się biorą fraktale? I co struktura rzeczywistości zewnętrznej może zasadnego powiedzieć o nas samych? O nas – razem, i o każdym z nas – z osobna? Na czym polega relacja człowieka ze światem? I czemu całość tej relacji usiłujemy definiować w przewadze za pośrednictwem złudnego miana, jakim jest wiedza?


Wiedza jest najgrubszą i najstarszą z ksiąg świata, do której stale można dopisywać nowe akapity. Nic, co zostało w niej opisane, nie stawia ostatecznej kropki za żadnym ze sformułowań. Wszystkie gałęzie wiedzy bez ustanku przenikają się wzajemnie, wciąż wypuszczając nowe pędy. Niektóre ze starych gałęzi wydają się obumarłe, pomimo czego nie sposób oddzielić ich od głównego pnia. Nic, co kiedykolwiek uznano za wiedzę, nie da się wyrugować z bieżącego prądu życia, ponieważ nadal możemy przeczytać o tym z kart historii – z kolejnej gałęzi wiedzy, która opisuje i charakteryzuje przeszłość. Zarazem nic, co było, nie da się odnieść wobec tego, co będzie, bo nigdy nie wiadomo, na jaki bodziec się natrafi i jakie zmiany w ogólnym całokształcie on wywoła. Czy w takim razie wiedza jest praktyczna? Do czego – na dobrą sprawę – służy? I komu?

Służy tym, którzy lubują się w rozumowaniu logicznym. Tym, którzy uznają zadziwiające zjawisko za realne z chwilą, kiedy mogą o nim przeczytać w ustanowionym dziele naukowym. Tym, którzy postrzegają świat jako obszar do podzielenia na miana, a następnie na definicje. Tym, którzy patrzą na rzeczywistość zewnętrzną jako na specyficzną materię – o konkretnych kształtach, gęstościach czy temperaturze. Tym, dla których liczą się właściwości fizyczne, mechanizmy zachowań i matryce.

Po części – wszyscy szukamy w rzeczywistości zewnętrznej właśnie tego: nazw, definicji, form, znaczeń, punktów odniesienia. Niewielu decyduje się uciekać przez całe życie od miana, jakim jest wiedza. W większości – coś jednak pragnęlibyśmy wiedzieć: wymiernego (obiektywnego) o świecie; i o samych sobie.  

Nie zmienia to faktu, że inaczej słowo „wiedza” zdefiniuje naukowiec, a inaczej poeta. Nie zmienia to faktu, że wśród matematyków, poszukujących swoistego uniwersum i jądra świata – istnieje wielu niespełnionych poetów.

Świat jest niezwykle płynny, a w chaosie zawiera się mnóstwo porządku. Trudno tylko ten porządek oprawić w sztywne ramy.

Jeszcze inaczej miano „wiedzy” może zafunkcjonować w naszym umyśle, gdy za tezę wyjściową przyjmiemy, iż człowiek jednak – nie przychodzi na świat jako biała tablica.


Co – jeśli człowiek rodzi się z wewnętrznym zbiorem „prawd”? Co z pokładami „wiedzy”, które równie dobrze – być może tkwią, uśpione, w rozległych wodach podświadomości?

Co wówczas z najstarszą, najgrubszą księgą świata, do której kardynalne akapity wciąż nie zostały dopisane? Lub jeśli dopisał je wieki temu – jakiś poeta – sympatycznym atramentem?...

Justyna Karolak.