czwartek, 20 grudnia 2012

Życzenia: nie tylko dla katolików

Nie tylko dla katolików

Dla wszystkich Czytelników Story i Tropiąc jednego wilka – najserdeczniejsze życzenia świąteczne.


Jeżeli jesteście zwolennikami innego niż katolicyzm wyznania, innej – dowolnej – duchowej bądź filozoficznej ścieżki, jeżeli nadchodzący czas świątecznej, gwiazdkowej gorączki zakupowo-kulinarnej dla Was będzie czasem osobistej refleksji, wolnej od trosk dnia codziennego i pracy zawodowej – przyjmijcie ode mnie najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Jeżeli w Waszych domach niekoniecznie musi się znaleźć przebrane drzewko, jeżeli na Waszych stołach nieszczególnie pragniecie ujrzeć karpia w galarecie – te życzenia są właśnie dla Was.

Dla wszystkich, którzy w najbliższych dniach skoncentrują się na cieple domowego ogniska. Dla wszystkich, którzy tęsknią do wolnego czasu z bliskimi, którego w bieżącym nurcie, pędzie – często im brakuje. Dla wszystkich, którzy celebrować będą nie materialne prezenty, a bezcenny dar – bycia razem, wspólnego przebywania, dzielenia się wrażeniami i wnioskami z kończącego się roku oraz marzeniami o roku następnym.

Jeżeli w Waszych głowach i sercach jest przestrzeń na zastanowienie nad prywatnym życiem i losem innych, odległych Wam, dalekich – te życzenia są dla Was.

Jeżeli na Waszym świątecznym stole pojawi się dodatkowy talerzyk – wolne miejsce dla zagubionego, niespodziewanego gościa, to te życzenia są dla Was.

Jeżeli od życzeń wyrażonych w słowach ważniejszy jest dla Was pojedynczy gest, uścisk dłoni, przytulenie czy poklepanie po ramieniu – to te życzenia są dla Was.


Dla wszystkich, którzy w tym roku – choć raz – byli z kogoś dumni. Dla wszystkich, którzy znają choć jedną osobę, której chcą podziękować. Dla wszystkich, którzy – choć raz w mijającym roku – byli za coś wdzięczni. Dla wszystkich, którzy ucieszyli się, że są, że istnieją. Dla tych, którzy zerknęli w niebo i pomyśleli – jestem. Jak to dobrze, że jestem; że mogłem tu być; że jeszcze tyle dobrego może się wydarzyć, spełnić...

Justyna Karolak.





sobota, 1 grudnia 2012

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 20

Znów trochę przerwy w storowaniu (blogowaniu) - znów podyktowanej czynnikami zewnętrznymi, na jakie nie mam wpływu. Jednakże - przepraszam Czytelników Story gorąco, i zapraszam do obejrzenia kolejnego memu - z serii promującej moją debiutancką "Tropiąc jednego wilka"...

... to już dwudziesty mem... ależ czas szybko biegnie...

Justyna Karolak.

niedziela, 28 października 2012

Rozważania o wolności

Wolność – absolutnie absolutna

Jak powiedział Tom Robbins – w życiu może istnieć tylko jedna rzecz ważniejsza od szczęścia, i jest nią wolność. Ale czy realna wolność nie byłaby tożsama z pojęciem szczęścia? Czy priorytetem człowieczych poszukiwań – nie jest właśnie szczęście? Czy nie do szczęścia prowadzą wszelkie drogi naszego poznania, kluczenia, definiowania rozmaitych mian?

Jeżeli można powiedzieć o świecie cokolwiek w miarę obiektywnego, to z pewnością jedynie tyle, że większość rzeczy, składających się na świat – nie jest ani trochę obiektywna. Innymi słowy, cokolwiek chcielibyśmy uchwycić w rękę i przyjrzeć się temu z każdej strony, najprawdopodobniej nasza wnikliwa obserwacja nie wyczerpie całości danych na temat natury pochwyconego przedmiotu.


Świat jest bezwzględny w wystawianiu nas na gorzkie próby odnalezienia swojego miejsca w nim – i co do tej tezy raczej będziemy zgodni. Poza tą tezą – świat pozostaje jednak względny niezależnie od poziomu prywatnych aspiracji, przy użyciu których chcielibyśmy opisać go w sposób spójny i zbadać za pomocą ściśle sformułowanego wzoru.

Świat jest względny, stąd i sens różnych pojęć jest względny – nie może być inaczej.

A skoro tak, kardynalny cel naszych poszukiwań, za jaki można uznać wolność – niekoniecznie musi być sprowadzany do wspólnego mianownika pod tytułem Szczęście.

Wolność nie musi oznaczać szczęścia. Nie musi być stawiana na jednej szali ze stanem, w jakim wszystkie potrzeby i marzenia zostały zaspokojone, w jakim człowiek czuje wielki spokój, radość i niezmącone zadowolenie. Bo do nakarmienia pragnień i oczekiwań służy szczęście. W swej najznakomitszej i najbardziej syntetycznej definicji – oznacza bowiem nic innego, niż brak potrzeb.

Pozornie można by powiedzieć, że człowiek, który niczego nie potrzebuje, jest nieprawdziwy, zakłamany albo chory, półmartwy. Żeby wyobrazić sobie stan, w którym nie określają nas nasze potrzeby i pragnienia, trzeba jednak zajrzeć głębiej i postarać się dostrzec – niezauważalne. Dostrzec, to znaczy, że nie wystarczy patrzeć, ani nawet w skupiony sposób obserwować – trzeba także widzieć.


Od percepcji do interpretacji – jest daleka droga. Postrzeganie nie jest tym samym, co świadome konkludowanie. Patrzeć – to pojęcie powierzchowne. Natomiast widzieć – jest działaniem trudniejszym do wdrożenia, niż na pierwszy rzut oka można by przypuszczać.

Stan, w którym nie determinują nas nasze pragnienia i oczekiwania – a przestają nas one determinować z chwilą, kiedy zostają nakarmione, wypełnione, zrealizowane – jest szczęściem. Ale stan, w którym nie ograniczają nas nasze pragnienia – można przypisać wolności (nie szczęściu).


Wolność jest pierwsza przed szczęściem. To stan, w którym nadal żywimy pragnienia i marzenia, lecz te pragnienia już nas nie ograniczają (nie niewolą). Nadal chcielibyśmy więcej, lepiej, inaczej (prawdziwiej? Mocniej?...), ale już nie pójdziemy po trupach, by dopiąć swego.

Wolność. Cnota wewnętrzna, która umożliwia nam podziwianie rzeczywistości bez siania postaw sceptycznych – bez zadawania pytań: dlaczego, jakim prawem, skąd? Cnota wewnętrzna, która nie docieka genezy, która przyjmuje z otwartymi ramionami obraz świata taki, jaki maluje się tuż przed wzrokiem w swoim bieżącym nurcie. Cnota wewnętrzna, umożliwiająca bycie człowiekiem w kontekstach skłaniających do zezwierzęcenia. Cnota, wewnętrzny filtr – odcedzający znamię prawdy od polukrowanej fikcji. Zdolność widzenia rzeczy takimi, jakimi są dla naszych oczu i pozostawania lojalnym wobec własnych spostrzeżeń, z zachowaniem szacunkiem do zewnętrznych opinii.


Wyobraź sobie, że właśnie kończy się zima, ale wszędzie – jeszcze leży brudny, powoli topniejący śnieg. Idziesz na spacer do parku. Raptem zauważasz pierwszy, wczesnowiosenny liść. Któreś z, jeszcze ponurych, uśpionych, parkowych drzew – wypuściło już prawdziwy zwiastun wiosny: soczyście zielony, świeży, nowiutki liść; piękny. Widzisz, że liść jest piękny, ale nie pytasz, nie zastanawiasz się, dlaczego. Rozmyślasz o jednej z cech świata, którą jest przemijalność. Nowy liść jest żywy, i paradoksalnie poprzez to, że jest żywy – przypomina, że wszystko przemija. Jednak ty nie pytasz, dlaczego tak musi być. Uśmiechasz się na widok liścia. Cieszysz się, że jest piękny – i rozumiesz, że przemijanie rzeczy składających się na świat, jest naturalne. Ty też jesteś częścią tej natury, tych zależności. Nasycasz oczy i umysł prostym poczuciem piękna, z którym jesteś powiązany, połączony. Czy to jest szczęście?

Nie. To jest radość chwili – i wolność. Realna, stosunkowo łatwa do osiągnięcia. „Wystarczy” widzieć, nie tylko patrzeć.

Wolność jest pierwsza przed szczęściem – i o wiele bardziej realna, możliwa do zasmakowania. Dlatego, że stan, w którym wszystkie potrzeby i pragnienia zostały zaspokojone, wydaje się niemożebny – nie z tego świata. Podczas gdy stan, w którym pragnienia w nas wciąż żyją, lecz nie sprawują już nad nami kontroli, władzy – naprawdę jest osiągalny. Dlatego, że każda władza – w rzeczywistości jest iluzją.

Nawet w najpodlejszej sytuacji – gdy nic nie zależy ode mnie, a wszystko jest narzucone z góry i krępuje każdy mój ruch – w swoich myślach i interpretacji okoliczności, wciąż mogę, co zechcę – a niczego nie muszę.


Będąc uwięzionym w dybach – człowiek w dalszym ciągu może uśmiechać się do swoich myśli. W środku głowy – jest naprawdę dużo otwartej przestrzeni i możliwości w niej drzemiących. Człowiek nawet obezwładniony, pokonany – wciąż może być zwycięski wobec nałożonych na niego ograniczeń, nakazów, przymusów. Ta możliwość, ten stan – to właśnie wolność. Czasami nie ma ona nic wspólnego z poczuciem szczęścia – bywa złożona, bolesna i okaleczona, przyćmiona; może też zawierać w sobie sprzeczności i niedogodności, choć ostatecznie sprowadza się do tego, do czego powinny sprowadzać się ludzkie wybory i uczynki:

do wierności samemu sobie i umiejętności trzymania się pierwotnych ustaleń. Do wartości, które się pokochało i uznało za własne.

Wolność jest twoim ulubionym smakiem. Tym, kim zdecydowałeś się zostać. Tym, co pozwala ci spokojnie zasnąć. Tym, przed czym się nie ugiąłeś, na co się nie złapałeś – mimo że pokusa i podstęp były silne i sprytne. Dobrem, jakiego życzysz innym. Stanem, który naraża na trudy i niewygody, lecz który jest twoim osobistym, świadomym wyborem i wyraźnie narysowanym konturem, jaki oddziela cię od tłumu.

Justyna Karolak.

Jak zostać kloszardem? Część III

Jak zostać kloszardem?
Poradnik Młodego Polaka – Część III

Tym razem zapraszam do zapoznania się
z charakterystyką ofert pracy 
w ujęciu Aktywnego Bezrobotnego

Kim jest współczesny polski bezrobotny? To osobnik mocno zaktywizowany – rzec by: zawodowo, o bogatym życiorysie i wysokiej świadomości własnej wartości. Osobnik, który nie szczędził sił i czasu na edukację. Który konsekwentnie zdobywał dodatkowe kwalifikacje, a także rozwijał pasje. Który całą młodość podporządkował właśnie tej chwili: znalezieniu sensownego zatrudnienia.

Po obronieniu tytułu magisterskiego – młody bezrobotny Polak codziennie wertuje dziesiątki ogłoszeń w serwisach internetowych z ofertami pracy. Jego aktywność w tym zakresie jest tak wielka, że równie dobrze państwo mogłoby wypłacać mu normalne wynagrodzenie. Powinien zostać zatrudniony na takim właśnie stanowisku: Aktywny Bezrobotny.

Ciekawe, jak mogłoby brzmieć ogłoszenie o pracę na stanowisku Aktywnego Bezrobotnego? Hmm... Może na przykład – tak:

Prężna marka o korzeniach międzynarodowych, wkraczająca na rynek polski, w związku z rozwojem i zwiększeniem liczby komórek wewnętrznych, aktualnie poszukuje Kandydata na stanowisko Aktywnego-Bezrobotnego.

Do obowiązków Aktywnego-Bezrobotnego będzie należało:
- aktywne wyszukiwanie ofert pracy w Internecie
- selekcjonowanie ofert pracy na następujące kategorie: dziwne, trudne, niepojęte i nieprzystające
- stałe przebudowywanie swojego CV polegające na nieustającym zamienianiu danych sformułowań na kolejne, nie kończące się synonimy i zwroty bliskoznaczne
- zaangażowane kreowanie listów motywacyjnych (podstawowy target, to 10 listów/1 dzień)

Idealny Kandydat na wyżej wymienione stanowisko – powinien:
- tryskać entuzjazmem od świtu do zmierzchu
- emanować pozytywną energią i uśmiechać się bez przerwy
- być dyspozycyjny i elastyczny do granic absurdu
- uwielbiać pracę w młodym, dynamicznym, nie do zdarcia zespole
- dysponować prywatnym laptopem i łączem do Internetu
- wykazywać wysoką ponad przeciętną odporność na stres
- potrafić efektywnie wykonywać powierzone zadania pod morderczą presją czasu

Ze swojej strony – gwarantujemy:
- atrakcyjne wynagrodzenie zależne od wyników pracy (czytaj: beznadziejny procent od sprzedaży produktu, którego sprzedaż w realnym świecie graniczy z cudem)
- bogaty pakiet socjalny (czytaj.: praca w młodym, dynamicznym, nie do zdarcia zespole)
- równie bogaty pakiet szkoleń (czytaj: przymusowe, nudne wyjazdy integracyjne z noclegiem w hotelu klasy Z daleko poza miejscem zamieszkania)

Albo – inaczej. To znaczy – mniej formalnie, a więcej entuzjastycznie:

Tysiące wolnych wakatów! Praca od zaraz! Nie oczekujemy od Ciebie niczego! Gwarantujemy Tobie wszystko! Nie zwlekaj ani chwili i śmiało weź własny los w swoje ręce! Czekamy właśnie na Ciebie! Dołącz do nas już dziś i czerp niebotyczną radość z rozwoju osobistego! Zgłoś się za pomocą przycisku „aplikuj” i nie zapomnij załączyć stosownych dokumentów: CV, list motywacyjny, portfolio oraz referencje z poprzednich miejsc pracy. Dobrze uzasadnij swoją gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy w naszej firmie. W tytule wiadomości podaj numer referencyjny ogłoszenia oraz umieść dopisek z nazwą stanowiska, na jakie aplikujesz (Aktywny-Bezrobotny).

Kiedy już znajdziemy w Internecie szereg tym podobnych ogłoszeń, warto zaposiłkować się odpowiednim szablonem listu motywacyjnego – i przystąpić do konstrukcji własnego.

Jak powinien wyglądać list motywacyjny przygotowany do aplikacji na stanowisko Aktywnego Bezrobotnego? Hmm... Postaram się zaprezentować optymalny wzór:

Państwa ogłoszenie w serwisie takim a takim wzbudziło moje przeogromne i żywe zainteresowanie, toteż niniejszym z całego serca pragnę aplikować na stanowisko Aktywnego-Bezrobotnego.

Z wykształcenia jestem plastyczką i dziennikarką. Niestety moich obrazów nie można obejrzeć w żadnej galerii, ponieważ nie ukończyłam Akademii Sztuk Pięknych, w związku z czym nie mam prawa do dzielenia się ze światem swoją pasją. Drugą z pasji (szeroko pojęte pisarstwo) uprawiam z nie mniej nieudolnym skutkiem. Co prawda w sierpniu bieżącego roku miała miejsce premiera mojej debiutanckiej powieści, ale na jej wybitności nikt za bardzo się nie poznał. Krytycy bądź co bądź mnie chwalą, ale w starciu z ponurą rzeczywistością polską – moja refleksyjna i esencjonalna aura wykreowanej literackiej krainy – rozpływa się we mgle. Postaram się precyzyjnie uzasadnić, dlaczego.

Otóż w mojej książce nikt nikogo nie zamordował, bohaterzy nie uprawiali pustego, wyuzdanego seksu bogatego w opisy z natarczywym użyciem prostackiego nazewnictwa intymnych części ciała, a główna bohaterka miała normalną i dobrze płatną pracę. W swojej książce i obrazie współczesnych Polek i Polaków skupiłam się na aspektach jakże innych od prymitywnych sprawozdań na temat trywialnej niechlujności i ubóstwa życia. Pokusiłam się również o stworzenie literackich postaci współczesnych młodych Polek nie podległych pod modny i powszechny dziś nurt feministyczny. Słowem w swej książce nie wspomniałam o bezrobociu – ani o pornografii, ani o pedofilii wśród księży – nie powołałam się jednakowoż ani razu na nazwisko państwa Waśniewskich. Wszystko to czyni moją powieść mdłą i nieadekwatną do polskich realiów.

Jako jednostka skazana na malarstwo nie poświadczone dyplomem ASP oraz pisarka uprawiająca nikomu nieprzydatną literaturę opartą na niemodnej dbałości o jakość językową i głębsze, psychologiczne przesłanie – pozostaję nader świadoma swej dysfunkcyjności społecznej i nie widzę przed sobą żadnego celu.

Jestem zdania, że poszukiwanie zatrudnienia w Polsce pozbawione jest jakiegokolwiek sensu i posiadam rozległe doświadczenie życiowe, które mogę przedstawić w dowód tej tezy.

Pragnę podkreślić, iż nie dysponuję niestety prawem jazdy kategorii B, w związku z czym nie chcą mnie nająć nawet do akwizycji. A do uprawiania najstarszego zawodu świata zwyczajnie się nie nadaję z przyczyny anachronicznych i głupawych pobudek moralnych.

Jestem osobą o przemiłej aparycji, uśmiech nie schodzi mi z twarzy, ponadto doskonale sprawdzam się w takich kontekstach sytuacyjnych, które są beznadziejne i upokarzające. Płaczę wyłącznie cicho i w odosobnieniu, nawet nieproszona – zawsze pokornie zwieszam głowę, chętnie poddaję się manipulacjom i czerpię mnóstwo satysfakcji z przepychania mnie z kąta w kąt niczym górę cuchnących fekaliów, która nic do powiedzenia mieć nie może, bo i skąd?

Jeżeli mój list wzbudził Państwa politowanie, niekłamaną przyjemnością będzie dla mnie móc umówić się na spotkanie, podczas którego postaram się uszczegółowić moją ofertę i poniżyć tak mocno, jak tylko się da oraz, na ile to możliwe.

Łącząc wyrazy błagania i entuzjastycznych pozdrowień,
Justyna Karolak.

Łódź, dnia 28 października 2012.








wtorek, 23 października 2012

Wiedza spisana sympatycznym atramentem

Wiedza spisana sympatycznym atramentem

Jeżeli przyjąć za tezę wyjściową, że człowiek przychodzi na świat jako tabula rasa – to każdy bodziec, z jakim spotyka się od momentu narodzin, i każda informacja, którą ten bodziec ze sobą niesie – tożsame będą z pojęciem wiedzy. Wiedzy, czyli ze zbiorem danych – nabytych; zaobserwowanych, dostarczonych, zauważonych, doświadczonych...

Wiedza jest zbiorem danych na temat realnej rzeczywistości – zewnętrznej. Nie może opisywać rzeczywistości wewnętrznej, to znaczy – osobniczej esencji istoty człowieczej, skoro istota człowiecza w chwili narodzin pozostaje niczym więcej, aniżeli białą tablicą. Wszystko, co na temat człowieczeństwa można powiedzieć w oparciu o świadomość rozwijaną wraz z upływem czasu liniowego i doświadczenia nabywanego wskutek pokonywania drogi – jest nie wiedzą, a wypadkową przeżyć, oddziaływania intuicji, marzeń, snów, iluzji i racjonalnych przemyśleń. Jednak nawet racjonalne przemyślenia na temat samych siebie nie mogą stanowić w tym przypadku wiedzy obiektywnej. Co bowiem wiemy o człowieczeństwie?  


Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono – jak mówi znane porzekadło. Ale czym naprawdę jest owa wiedza?

Wiedza o nas samych, to nic innego niż świadomość naszych bezwarunkowych, warunkowych i świadomie kreowanych reakcji na określone bodźce z zewnątrz. Kto twierdzi, że zna siebie na wskroś i potrafi precyzyjnie wskazać, jak zachowałby się w dowolnej hipotetycznej sytuacji – jest albo kłamcą, albo osobą chorą psychicznie. De facto dysponujemy wiedzą nie na temat samych siebie – a na temat bodźców z zewnątrz, które sprowokowały czy wygenerowały tę lub inną reakcję. Dysponujemy jakąkolwiek wiedzą jedynie na temat zawężonej rzeczywistości zewnętrznej – tej, z którą zetknęliśmy się osobiście. Łatwiej nam opisać treść zdarzenia, niż jądro naszej osobowości – obecne, zawarte w tym zdarzeniu.

Nie sposób wymiernie prognozować ni rokować osobistych reakcji na bodźce z zewnątrz. Między innymi również dlatego, że tak zwana wiedza na temat rzeczywistości zewnętrznej bez wątpienia jest ograniczona. Jedno, co ją ogranicza, to ustalony zbiór aksjomatów, który może nie być wystarczający do dalekosiężnego konkludowania. Drugie, co ją ogranicza, to niedoskonałość naszego poznania – z góry, od początku, czy też – „z natury rzeczy” okrojona określonym szablonem zmysłów, potencjału intelektualnego i emocjonalnego.


Rzeczywistość zewnętrzna ujawnia przed nami dziwne atraktory, których całkowitej, spójnej natury do końca nie rozumiemy. I choć usilnie staramy się dokładnie je zrozumieć i ubrać w zasób prawidłowości i wzorów, faktycznie sam świat pozwala oprawić się w zdyscyplinowane ramy, ujawniając zaledwie jeden fragment z nieskończonej ilości własnych tajemnic tylko po to, by w chwilę później – ukryć drugie dno i inny fragment prawdy o samym sobie. To zwykle w układach nader chaotycznych natrafiamy na najwięcej zdumiewające i ładne fraktale, wciąż zadając sobie to samo pytanie – jakim sposobem, dlaczego?

Skąd się biorą fraktale? I co struktura rzeczywistości zewnętrznej może zasadnego powiedzieć o nas samych? O nas – razem, i o każdym z nas – z osobna? Na czym polega relacja człowieka ze światem? I czemu całość tej relacji usiłujemy definiować w przewadze za pośrednictwem złudnego miana, jakim jest wiedza?


Wiedza jest najgrubszą i najstarszą z ksiąg świata, do której stale można dopisywać nowe akapity. Nic, co zostało w niej opisane, nie stawia ostatecznej kropki za żadnym ze sformułowań. Wszystkie gałęzie wiedzy bez ustanku przenikają się wzajemnie, wciąż wypuszczając nowe pędy. Niektóre ze starych gałęzi wydają się obumarłe, pomimo czego nie sposób oddzielić ich od głównego pnia. Nic, co kiedykolwiek uznano za wiedzę, nie da się wyrugować z bieżącego prądu życia, ponieważ nadal możemy przeczytać o tym z kart historii – z kolejnej gałęzi wiedzy, która opisuje i charakteryzuje przeszłość. Zarazem nic, co było, nie da się odnieść wobec tego, co będzie, bo nigdy nie wiadomo, na jaki bodziec się natrafi i jakie zmiany w ogólnym całokształcie on wywoła. Czy w takim razie wiedza jest praktyczna? Do czego – na dobrą sprawę – służy? I komu?

Służy tym, którzy lubują się w rozumowaniu logicznym. Tym, którzy uznają zadziwiające zjawisko za realne z chwilą, kiedy mogą o nim przeczytać w ustanowionym dziele naukowym. Tym, którzy postrzegają świat jako obszar do podzielenia na miana, a następnie na definicje. Tym, którzy patrzą na rzeczywistość zewnętrzną jako na specyficzną materię – o konkretnych kształtach, gęstościach czy temperaturze. Tym, dla których liczą się właściwości fizyczne, mechanizmy zachowań i matryce.

Po części – wszyscy szukamy w rzeczywistości zewnętrznej właśnie tego: nazw, definicji, form, znaczeń, punktów odniesienia. Niewielu decyduje się uciekać przez całe życie od miana, jakim jest wiedza. W większości – coś jednak pragnęlibyśmy wiedzieć: wymiernego (obiektywnego) o świecie; i o samych sobie.  

Nie zmienia to faktu, że inaczej słowo „wiedza” zdefiniuje naukowiec, a inaczej poeta. Nie zmienia to faktu, że wśród matematyków, poszukujących swoistego uniwersum i jądra świata – istnieje wielu niespełnionych poetów.

Świat jest niezwykle płynny, a w chaosie zawiera się mnóstwo porządku. Trudno tylko ten porządek oprawić w sztywne ramy.

Jeszcze inaczej miano „wiedzy” może zafunkcjonować w naszym umyśle, gdy za tezę wyjściową przyjmiemy, iż człowiek jednak – nie przychodzi na świat jako biała tablica.


Co – jeśli człowiek rodzi się z wewnętrznym zbiorem „prawd”? Co z pokładami „wiedzy”, które równie dobrze – być może tkwią, uśpione, w rozległych wodach podświadomości?

Co wówczas z najstarszą, najgrubszą księgą świata, do której kardynalne akapity wciąż nie zostały dopisane? Lub jeśli dopisał je wieki temu – jakiś poeta – sympatycznym atramentem?...

Justyna Karolak.

Jak zostać kloszardem? Część II

Jak zostać kloszardem?
Poradnik Młodego Polaka – Część II

W drugim odcinku niniejszego poradnika –
proponuję kilka unikatowych
porad praktycznych, służących usprawnieniu i umileniu
prozy dnia codziennego Młodego Polskiego Kloszarda.

W pierwszej części niniejszego poradnika skupiłam się na wytłumaczeniu, dlaczego jedynym wymiernym wyjściem z polskiego marazmu i braku perspektyw tak na życie zawodowe, jak i rodzinne – jest zostanie kloszardem. Innymi słowy – wytłumaczyłam, skąd biorą się postawy kloszardowe oraz co czynić, by stać się pełnowartościowym Młodym Polskim Kloszardem. To znaczy, że geneza współczesnej kloszardowości i jej motory napędowe – zostały już wyłożone w poprzednim odcinku. A skoro tak – przyszedł czas na omówienie praktycznej strony podjętego zagadnienia. Jak bowiem powszechnie wiadomo – teoria i praktyka, mimo że z założenia są jak awers i rewers tej samej monety, to realnie reprezentują dwa zgoła odmienne i daleko od się położone poziomy interpretacji jednej materii.

A zatem – po omówieniu teorii, pora na praktykę (nie może być inaczej).


Teoretyzowanie podjętego tematu na dłuższą metę nie miałoby zresztą większego sensu. Dlatego, że w rzeczywistości nie jest nadto trudno zostać kloszardem. Mijałoby się więc z celem dalsze snucie teoretycznych opowieści.

Warto powiedzieć wprost: faktycznie – nie istnieją szczególne uwarunkowania do zostania kloszardem. Naprawdę – każdy młody Polak może nim zostać. Nie są tu wymagane specjalne predyspozycje psychosomatyczne. Nie trzeba również być przedstawicielem ściśle określonej kasty, dysponować konkretnym rodowodem – nic z tych rzeczy.

Wystarczy odrobina dobrej woli, chęci i ciekawości świata i... każdy z nas może zostać najprawdziwszym pod słońcem kloszardem! Mogę ja – możesz i ty. Wystarczy odrobina dobrej woli. Kloszardowość jawi się obecnie jako niezwykle prężna i progresywna dziedzina. Zwłaszcza Polska zdaje się wyjątkowo chłonnym gruntem sprzyjającym kloszardowości i wszystkim nią zainteresowanym.


Wystarczy systematycznie, niczym się nie zrażając, składać życiorysy i listy motywacyjne, czyli tak zwane aplikacje do pracy. Świeżo po ukończeniu studiów i obronieniu tytułu magisterskiego – należy codziennie wysyłać od dziesięciu do trzydziestu takich aplikacji. Rzadko który śmiałek nie straci w okresie żmudnego aplikowania pogody ducha i wiary w swój talent i wiedzę. W większości przypadków – już po miesiącu takiego aplikowania – młodzi Polacy poczynają wykazywać pierwsze, acz głębokie, objawy depresji. U niektórych stan depresyjny przeradza się jednakowoż w Syndrom Zaszczucia. Dlatego, że na aplikacje nikt nie odpowiada. Nawet, kiedy szczęśliwie i z wyróżnieniem ukończona uczelnia była państwowa i renomowana. Nawet wówczas – o wszystko trzeba się dopraszać; przestępować progi rozmaitych korporacji z podkulonym ogonem i błagalnym wzrokiem utrapionego, bezdomnego psa.

Tego rodzaju walka o jakikolwiek angaż – w większości przypadków skutecznie i stosunkowo prędko odbiera wiarę w siebie. Ba – wiarę. Odbiera wręcz ochotę na dalsze poszukiwanie wolnego wakatu – umowy o pracę, najniższej krajowej i tego typu niebiańskich udogodnień. Zazwyczaj już po miesiącu – większość młodych absolwentów wspaniałych uczelni bardzo naturalnie nabiera osobliwego pragnienia, by przywdziać stare filcowe palto po dziadku i piechotą pójść przed siebie, choćby boso, jak najdalej od świata cywilizacji i owego demokratycznego dobrobytu i wielości szans, które obiecano nam w dzieciństwie...


Oczywiście wśród młodych Polaków zdarzają się także jednostki wybitne. Są to ludzie, którzy ani myślą zrażać się skromnym miesiącem intensywnego poszukiwania zatrudnienia. Te jednostki próbują znacznie dłużej – pół roku, osiem miesięcy, rok... pięć lat... Przez cały ów czas ani przyjdzie im do głowy, że z tym krajem – najwyraźniej jest coś nie w porządku. Próbują oni bez wytchnienia i starają się nie przejmować. To tylko kwestia wytrwałości i konsekwencji – powtarzają w myślach jak mantrę. Wierzą, że wiara może uczynić cuda. Jeszcze są za młodzi, zbyt naiwni, aby zawczasu zrozumieć, że praca z cudem niewiele winna mieć wspólnego z cywilizowanym życiem w cywilizowanym (podobno) i dzielnie opierającemu się kryzysowi gospodarczemu (tak słyszałam) państwie. Jeszcze sądzą, że cokolwiek zależy od nich – od ich wiedzy i potencjału.

Ja mam potencjał, ty masz potencjał – wszyscy mamy (taki lub inny, do tego albo do tamtego) potencjał. Ach – wiedza. Śmieszne słowo. Niechciana zabawka...


Tak oto – do zostania kloszardem droga jest autentycznie prosta. Warto jednak do tej drogi się przygotować. Poszukać odpowiedzi na elementarne pytania – zadać sobie nieco wysiłku. Lata bezpłodnej, wysokiej edukacji oraz poszukiwania zatrudnienia – również długoletniego, bezpłodnego i zbliżonego do poszukiwania igły w stogu siana – zdążyły nas wszak nauczyć, że współcześnie – wszędzie jest konkurencja. Wszędzie. W krainie kloszardów – także. Dlatego w przypadku chęci zostania kloszardem przez duże K – nie wypada nie zaznajomić się uprzednio z tajnikami tej profesji i nie zbadać konkurencyjnego rynku. Koniecznie wręcz należy zadbać o kilka szczegółów – począwszy od zewnętrznego anturażu, aż po plany strategiczne na dalszą przyszłość. Wizja kloszarda, żyjącego z dnia na dzień – jest bowiem jednym z próżnych mitów, jakich należy stanowczo się wystrzegać. Trzeba sprostać odpowiednim standardom, opanować swobodne dryfowanie w złożonych relacjach społecznych, nabyć odpowiedniej jakości i prezencji. Nie są to wszak sprawy oczywiste, nie wymagające minimum nakładu pracy intelektualno-fizycznej. Na bycie kloszardem – też trzeba zasłużyć, mimo iż kloszardowość sama w sobie jest dziedziną niezwykle otwartą i elastyczną na tyle, iż praktycznie każdy może w niej znaleźć niszę dla siebie, którą z powodzeniem będzie uprawiał przez wiele, wiele lat.

Przede wszystkim warto zadbać o stosowne odzienie. Poleca się palta po dziadku w kolorze czarnym lub ciemnoszarym (tzw.: odcień cmentarny). Są gustowne, nobliwe i – niebrudzące. W przeciwieństwie do palt w kolorze ugru złotego (potocznie określanego jako „sraczkowaty”) mają także tę dodatkową zaletę, że sprzyjają sprawnemu kamuflowaniu się w przestrzeni miejskiej. Chociaż z kolei na paltach w kolorze ugru złotego mniej widoczne są odchody gołębi. Wybór koloru palta nie jest więc do końca jednoznaczny. Warto dokonać go, przewidując, prognozując – w jakich obszarach aglomeracji miejskiej będzie się egzystowało (gdzie będzie chciało się osiąść). Dla kloszardów marzących o osiedleniu się w eleganckich dzielnicach podmostowych – sugeruje się palta czarne i szare. Tym, którzy woleliby osiąść w sielskich parkach lub podmiejskich kompleksach leśnych – sugeruje się palta beżowe (np.: ugier złoty).

Nie mniej istotny jest dobór obuwia. O ile to możliwe, poleca się całkowitą rezygnację z typowego obuwia. Jest niepraktyczne, ponieważ rzuca się w oczy i może narażać nas na ataki złodziei, ponadto jest niemodne. Letnią porą roku – według najnowszych trendów – każdy szanujący się kloszard powinien zdecydowanie przemieszczać się boso. Chodzenie boso nawiązuje w swym wizerunku do ekologii, a więc jest poprawne politycznie, a dodatkowo – stanowi mini powrót do korzeni i odświeżająco oddziałuje na psychikę. Zimą – zamiast tradycyjnych butów proponuje się onuce z gazety. Papier jest jednym z głównych i łatwo dostępnych materiałów recyklingowych i noszenie go na co dzień sprzyja krzewieniu postaw ekologicznych, które mogą liczyć na dobre odbiory w społeczeństwie.


Obok zadbania o okrycie wierzchnie – warto rozejrzeć się za optymalną kwaterą. Nadal dużym zainteresowaniem cieszą się poczekalnie dworcowe. Należą one jednak do kwater niezbyt luksusowych – szczególnie w kategoriach noclegu. Kloszardom kładącym się na nocny spoczynek na ławce w dworcowej poczekalni – rzadko kiedy nikt nie przeszkadza. Wzmożone patrole straży miejskiej i innych organów państwa policyjnego mogą skutecznie uprzykrzyć spokojny sen. Stąd dworce poleca się raczej jako dzienne deptaki spacerowe. Opiewają w ciekawe widoki, ponieważ przepływa przez nie sporo kolorowej ludności z wyższych sfer. Wyższe sfery dostarczą naszym oczom wiele ciekawych inspiracji i można oglądać je jak barwne papugi w zoo – do tego: zupełnie za darmo.

Najbardziej godnymi polecenia kwaterami są kartonowe pudła. Porzucone lata temu przez kloszardów – dziś wracają do łask i przeżywają w pełni zasłużony renesans. Niesłusznie posądzono je niegdyś o mdłą estetykę i formalne ograniczenia. Prawda jest taka, że karton stwarza wiele możliwości konstrukcyjnych i plastycznych. Obecnie wzbudza wręcz szeroki zachwyt w dziedzinie architektury wnętrz i designu. Wielu projektantów obmyśla meble, domki dla lalek i inne gadżety właśnie z kartonowych pudeł. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolny kloszard zbudował sobie dom zgodny z najnowszymi prądami modowymi.

Jeżeli chodzi o dobór mebli do kartonowej kwatery poleca się krzesła z niebieskich beczek pcv oraz wiszące żyrandole z denek od butelek po wodzie mineralnej. Takie projekty prezentowali młodzi twórcy designu, absolwenci ASP, na Łódź Design Festival 2012, wystawie w dniach od 18 do 28 października. Można było obejrzeć na niej również lampki nocne z plastykowych zakrętek i kwietniki z plastykowych baniaków po wodzie mineralnej. Abażury stojących lamp salonowych wykonano ze zużytych fragmentów gazety i kolorowej taśmy klejącej. Wszystko to prezentuje się nadzwyczaj pięknie, nośnie, oryginalnie, a co najważniejsze – w praktyce jest tanie, a nawet darmowe, gdyż wszelkie materiały można pozyskać odbywając proste zbiory ze śmietników miejskich. „Takie coś z niczego” – to jest design w sam raz dla kloszarda. Nie wiedzą o tym jedynie wysokie kasty społeczeństwa polskiego, gotowe wyłożyć wiele tysięcy złotych za tego rodzaju gadżet zamówiony u dyplomowanego architekta.


Z odpowiednim odzieniem wierzchnim, z urządzoną kwaterą – możemy już swobodnie wyruszyć na poszukiwanie optymalnej jadłodajni. Hitem sezonu jest buszowanie po szpalerach restauracyjnych galerii handlowych. Dostać się do takich restauracji jest bardzo łatwo, gdyż mieszczą się one na terenie rozległego kompleksu marketowego. Prosto zmylić ochroniarzy swoim paltem w barwach kamuflażowych i przeniknąć do wewnątrz wraz z tłumem. Stoliki restauracyjne nie są zaś niczym obudowane i zostaje na nich mnóstwo drogich resztek – od hamburgerów i włoskiej pizzy, przez dania staropolskie (bigos, kotlet, kiełbasa na ciepło z musztardą), aż po zestawy wegetariańskie (tofu, soja, brokuły).

Po kolacji – szanujący się kloszardzi odbywają długie spacery, podziwiając architekturę miasta. W mieście Łodzi jest niesłychanie wiele interesujących dzielnic wartych zwiedzenia. Szczególnie poleca się na przykład ulicę Włókienniczą. Jest to dawna – Kamienna – z przepiękną tablicą ku pamięci Agnieszki Osieckiej. Trzeba jedynie uważać na dziurawe, odstające płyty niby-chodnikowe, turlające się okruchy szkieł po butelkach z tanim winem i psie (oraz ludzkie) fekalia. Oczywiście tym podobnych ulic w mieście Łodzi – jest bez liku. Do wyboru, do koloru...

Nie wypada nie wspomnieć, że punktem numer jeden turystyki kloszarda łódzkiego jest aktualnie dawny Dworzec Fabryczny, a obecnie – gigantyczne dziursko w ziemi. Przypomina cudny księżycowy krater albo ujście Wezuwiusza i na pewno dostarczy ogromnej i niezastąpionej pożywki estetycznej. Szczególnie frapujący jest widok „Dworca Fabrycznego” z góry. W tym celu należy udać się do hotelu Centrum i powiedzieć, że jest się dziennikarzem prasy lokalnej. Portier – pan Dzidek – zawiezie was windą na trzynaste piętro i pozwoli zerknąć na „dworcowy” obiekt z okna hotelowego hallu. Zawiezie was na pewno, bo to dla reklamy hotelu. Wrażenia – niewysłowione!

Justyna Karolak.



piątek, 19 października 2012

Jak zostać kloszardem? Część I

Jak zostać kloszardem?
Poradnik Młodego Polaka – Część I

W pierwszym odcinku niniejszego poradnika – proponuję 10 unikatowych przykazań, wiodących ku zostaniu Prawdziwym Polskim Kloszardem. Tylko dla Młodych Polaków zadających sobie pytania o przyszłość, o jakość dalszego życia i o emeryturę.



Współczesna Polska nie jest środowiskiem sprzyjającym egzystencji. Trudno w niej zwyczajnie funkcjonować, a jeszcze trudniej – funkcjonować i uśmiechać się do ludzi. A jeszcze trudniej – uśmiechać się do siebie samego.



Młody Polaku, kiedy ostatnio uśmiechałeś się do swojego odbicia lustrzanego? Hmm...



Kiedy ostatnio spojrzałam w oczy lustru – z myślą: jestem wartościowym młodym człowiekiem?...



Jestem wartościowym człowiekiem, bo mam pasję, którą staram się realizować. Mam przebogate życie wewnętrzne i przepastną wyobraźnię. Wspaniale. Mniej wspaniale – że moje życie zewnętrzne nie jest ani trochę przebogate. Od pierwszego do pierwszego dzieli mnie ponura refleksja pod tytułem: tylko jedna pensja od bankructwa. Tak: wystarczy, że złamię nogę – i już wypadam z tak zwanego, szeroko pojętego obiegu. Bez stałego zatrudnienia – miano mojej „ciągłości finansowej” z powodzeniem mogę zamienić na miano „dziury finansowej”. Tymczasem rachunki, świadczenia – rzecz constans, to znaczy – ciągła. To znaczy, że ciągle trzeba je płacić i płacić– i że ciągle rosną (i w tym sensie już nie są constans). Właściwie chyba przestałam już odróżniać chwile, w których stoję w iście komunistycznej kolejce do okienka bankowego i płacę rachunki – od chwil, kiedy nie stoję w kolejce i nie płacę. Mam wrażenie, że spędzam życie w banku czy na poczcie, gdzie bez przerwy zostawiam pieniądze. Po prostu – stoję w kolejce jak z Łodzi do Krakowa i w kółko coś opłacam. Kiedy tak stoję i stoję – po głowie krąży mi, nie wiedzieć czemu, przepiękna piosenka: Never Ending Story.



Gorzej jeszcze, jeśli złamię rękę (a nie nogę) – wtedy już na pewno nic nie napiszę (i moje życie stanie się pozbawione choć tej jednej kropli sensu)...



Patrzę w lustro i – nie czuję się młoda (i na pewno nie mam zamiaru uśmiechać się z tego powodu).



Nie czuję się młoda.



Nie mam siły ustępować starszym miejsca w tramwaju. Nie tak wychowali mnie rodzice. A staruszkowie – nie wiedzą przecież, że czuję się ich rówieśniczką (na razie z wierzchu mojej starości nie widać; ukrywa się w środku, jak dziwna zmora). Przykro mi; czuję się totalnie nierozumiana, wyalienowana. (Nawiasem mówiąc – czy z przyczyny tego wyobcowania pretenduję już do miana prawdziwego artysty? Hmm. Raczej  nie. Jeszcze za mało mam na koncie upokorzeń, krzywd i biedy).



Nadmienię, że średnio na jednego młodego łodzianina w porannym tramwaju – przypada od siedmiu do dziesięciu staruszków, którzy koniecznie muszą przemieszczać się środkami komunikacji miejskiej akurat bladym świtem, kiedy nieliczni z nas – młodzi wiekiem metrykalnym – szczęśliwie gnają do pracy na tych czy innych galerach (a nie do urzędu dla bezrobotnych). Ci staruszkowie oczywiście nie mają siły obiektywnej, więc muszą siedzieć, trzeba im ustąpić. Chociaż brak siły obiektywnej nie przeszkadza im w najmniejszym stopniu mieć siłę subiektywną (ukrytą moc), by codziennie wyprawiać się na cmentarz z wielokilogramowymi siatami z kiśćmi sztucznego kwiecia cuchnącego naftaliną oraz tonowymi siatami z milionem zniczy. I muszą wyprawiać się na cmentarz akurat o siódmej rano – tak, jakby oczekujące na ich wizytę ciała miały wyskoczyć, uciec z grobów; jakby gdzieś im się spieszyło. Co tam cmentarz na przykład o 12. w południe? Znacznie zabawniej jest wepchnąć się do tramwaju o siódmej – choćby na czczo – żeby tylko młodych udających się do roboty – staranować, nawrzeszczeć, że ta współczesna młodzież, pełna zapału i energii witalnej, nie warta funta kłaków, że miejsca ustąpić nie chcą, że Polska schodzi na psy, że w d... nam się poprzewracało od tego całego demokratycznego dobrobytu...



Tak, demokratyczny dobrobyt. Łatwodostępność wielu dóbr z zachodu. Łatwodostępność do dóbr cywilizacji i technizacji. W dodatku – dziesiątki czerwonych dywanów wprost do kariery rozścielone przez zastępy Unii Europejskiej. Ceny laptopów i komórek spadają nieomal do zera. Ale ceny prądu i jedzenia – pną się nieustająco ku górze niczym trujący bluszcz. Nie chcą spaść – na łeb, na szyję. Nie wiadomo, dlaczego. Przecież miało być tak pięknie, tak pięknie.


Owszem – my, młodzi Polacy, posiadamy laptopy. A oprócz tego po kanapki musimy chodzić do matek, żeby od pierwszego do pierwszego dotrwać, bo tylko wszak jedna pensja dzieli nas od bankructwa. Mówiąc „pensja”, mam na uwadze, rzecz jasna – najniższą krajową (przy dobrych wiatrach i kupie niebotycznego szczęścia).



Ze smętną miną staruszki patrzę w lustro i nachodzą mnie dziwne myśli o rodzinie.



O rodzinie?



Tak, mam ja rodzinę. Mam mamę i tatę. Cudownie. Nie jestem sierotą. Jestem istotą nader rodzinną. Mam regularny kontakt z rodzicami. Minimum raz w tygodniu muszę, po prostu muszę udać się do mamy, bo mnie wspiera w opierunku. Dlatego, że mi na proszkowe nie starcza (kanapką mamową, żeby się posilić, też nie pogardzę).



Ale co z rodziną, którą chciałabym, mogłabym założyć?



Mężczyzna – owszem: jest. Choć słowo „jest” można różnorako tu interpretować. Postaram się precyzyjnie wytłumaczyć, dlaczego różnorako.



Otóż rzadko się widujemy. Bo jak już oboje pracujemy, to strasznie ciężko się nam spotkać. Jakoś mijamy się na co dzień. A może po prostu nie chce nam się ze sobą spotkać? Może i tak.



Jedno niedospane, drugie zdźwigane... Nie chce nam się – najwyraźniej to prawda. I troszkę czasu nam nie styka – to też prawda.



A jak już styknie nam czasu – kiedy oboje mrówcze etaty potracimy i z przyczyny przymusowego bezrobocia czasu nagle nam przyrasta – wtedy zapału i chęci nam nieco brakuje z kolei, by porządnie się do siebie zbliżyć (fizycznie; mam na myśli – w celach prokreacyjnych, w celach założenia podstawowej komórki społecznej).



A kiedy już uda nam się do siebie zbliżyć (rzadko, bo rzadko – lecz czasami się udaje), to ostatecznie i tak stawiamy na antykoncepcję. Bo cóż my byśmy z naszym dzieciątkiem poczęli? Ze świeżo narodzonym, nowiutkim, bez skazy człowiekiem?



Ograniczone mamy na wskroś pole wyboru i manewru. Cóż – najwyżej zapeklowalibyśmy do beczki, wek zrobili, i zjedli następnej zimy – w godzinie próby i momencie prawdy... To może lepiej – jednak nie? I stąd – antykoncepcja.



No bo skazywać świeżo poczęte dzieciątko, nowego człowieka bez skazy – różowego, cudnego, takiego, który wszystko może; takiego, dla którego wszystko jeszcze może być inaczej, lepiej... – na byt w tym kapitalnym (nie mylić z kapitalistycznym) kraju, to coś, jak źle ogrzane piekło (mówiąc słowami Kisiela). Dlatego – lepiej nie. Lepiej, żebym nie została matką. Dlatego – zegar biologiczny swoje, a głowa – swoje. Trudno. W porządku. To tylko Polska. Głowa do góry. Wystarczy się pogodzić, potem, w końcu może człowiekowi przestanie na czymkolwiek zależeć – to i marzyć może przestanie i przejmować się już nie będzie, ani żałować, ani martwić, ani... Nie wszyscy muszą przecież przeżywać swoje życie – niektórzy mogą spokojnie wegetować, nie zadawać kreatywnych pytań i nie dążyć. Bo do czego – po co?



Porzuć, Justyno, pytania retoryczne, bezpłodne. Myśl realnie, racjonalnie. Przypatrz się swemu smętnemu odbiciu w lustrze i poszukaj wymiernej odpowiedzi. Pomyśl. Wysil się. Przecież wszystko, dosłownie wszystko – zależy wyłącznie od ciebie. Myślę...



Wyjść ewakuacyjnych z tego impasu, to znaczy z Polski – jest kilka.



Pierwsze, to dosłowne wyjście. Emigracja. Ale – dokąd?



Latem – do Norwegii. Piękna sceneria, fiordy, fiordy, i jeszcze raz – fiordy. Cudne pejzaże. Skały, przestrzenie, kamienne szlaki. W sam raz dla malarza – ileż wizualnych inspiracji, ileż walorów otoczenia... Tylko język trochę zgrzytający, zanadto obcy w brzmieniu. Co ja pocznę – ja pisarz, literat – bez języka polskiego w tle; bez tych wszystkich miękkich sformułowań, żonglerek deklinacyjno-stylistyczno-rodzimych?  



Ostatecznie – jest wszak zima. To może – Toskania? Wyjechać stąd, uciec, daleko, jak najdalej – może do słonecznej Toskanii, wprost do winnic... Wykopię sobie skromny dołek w piasku, owinę się pędami i wiciami winorośli, nasycę oczy niebieskością nieba i trochę się zdrzemnę nareszcie i odpocznę, niepomna trosk tego świata... Ale – za daleko Toskania. Za daleko. Myśl, Justyno, racjonalnie. Myślę. Myślę, że nie stać mnie na bilet. Ani do Toskanii, ani do Norwegii.



A zatem – wyjście numer trzy: skok z 23. piętra Manhattanu. Nie tego w Nowym Jorku. Z wieżowca w jednej z dzielnic Łodzi. Dwudzieste trzecie piętro gwarantuje bardzo efektywne wyjście z życiowego (polskiego) impasu. Bardzo efektywne: operacja jednorazowa (jednorazowy wysiłek). Nie trzeba niczego powtarzać, specjalnie planować, korygować. Po prostu – swobodnie rzucasz się w przestrzeń; to wszystko. Mogłabym zakończyć przy tym swoje problemy dosyć spektakularnie: napisać wzruszający list pożegnalny do Tuska albo dołączyć do skoku pewien performance. Mogłabym, na przykład, dajmy na to, owinąć się cała we flagę biało-czerwoną z napisem: „urodzona w przeddzień stanu wojennego – zmarła w przeddzień stanu wojennego”. Coś w tym rodzaju. Nieźle.



Ale – nie. Nie chcę skakać z 23. piętra Manhattanu z przypiętymi do ramion skrzydłami, pożyczonymi wprost od samego Ikara. Boję się, że nikt w tym kraju by nie zrozumiał, co chciałam swoim uczynkiem wyrazić, powiedzieć światu. Ktoś mógłby wiedzieć lepiej ode mnie, co miał na myśli autor. Ktoś mógłby pomyśleć, że umarłam za ojczyznę. Napisaliby pewnie o mnie raz czy dwa w gazetach, że taka młoda (miała zaledwie 31 lat, wyglądała na 24); że napisała jedną książkę i nagle – koniec... A ja nie chcę tak po prostu, po prostu przeminąć, jak to nucę czasami razem z Czasem spełnienia przy porannej kawie... Poza tym napisałam nie jedną, ale osiem książek. I jeszcze chcę napisać kolejne osiem albo trzydzieści osiem. I chcę je publikować, i żyć. Chcę mieć na chleb, żeby dalej pisać i pisać. Nie chcę odwiedzać Manhattanu.



Zostaje wyjście numer cztery: być kloszardem. Zawsze chciałam zostać kloszardem, lecz brakowało mi odwagi. Może już czas? Zastanawiam się po trosze. Może już czas... Ale – jak się do tego zabrać? Myśl, Justyno.



Myślę (chociaż nie ukrywam, że boli)... I nagle, ot:



10 przykazań prowadzących do zostania kloszardem (adresowane do młodych Polaków):



  1. Ucz się, kształć – nieskończenie długo, sumiennie oraz nakładem wszystkich możliwych sił i środków. Przyj do stypendium naukowego, a później – najszybciej jak to możliwe – do tytułów naukowych (mile widziany doktor – i dalej, jeszcze wyżej).
  2. Wyrzeknij się życia towarzyskiego i – ucz się, kształć, ucz, i jeszcze raz ucz. Nie zadawaj się z kolegami, bo koledzy ci zazdroszczą i są twoją konkurencją pod każdym względem i źle ci życzą (nigdy o tym nie zapominaj).
  3. Wyrzeknij się życia seksualnego (przyp. red.: ucz się, kształć – bez przerwy, w kółko, bez wytchnienia). A zresztą – seks, to grzech. Nie chciałbyś chyba, by społeczeństwo polskie (czytaj: społeczeństwo katolicko-kościelno-policyjno-średniowieczno-inwigilacyjne) wypominało ci, że dzieje się z tobą coś złeeegooo, i że szatan cię weźmie i będzie tobą tak dookoła obracał (parafrazując ks. Natanka). 
  4. Ucz się miliona języków obcych (począwszy od lat wczesnoszkolnych) i wyjeżdżaj na wakacje, gdzie się da, żeby chwytać prawidłowy akcent. Jeżeli nie stać cię na bilety, to pożycz, gdzie możesz, uwikłaj się w kredyty, obrośnij w długi i – w drogę!
  5. Jeżeli jesteś mężczyzną, to spłódź syna, posadź drzewo i wybuduj dom najwcześniej, jak się da – a potem urabiaj sobie ręce po łokcie tak, żeby żona i syn znali cię wyłącznie ze starych fotografii w albumie rodzinnym, i nie zapominaj systematycznie odnosić ciężko wyharowanych pieniędzy do banku na poczet pożyczki, którą zaciągnąłeś w okresie studiów z myślą o swojej edukacji, która miała ci zapewnić bardziej rozwojową i lepiej płatną posadę w przyszłości, która już zdążyła stać się przeszłością, mimo że nigdy do niej nie doszło.
  6. Jeżeli jesteś kobietą w wieku rozrodczym, dąż do urodzenia dziecka, a najlepiej kilkoro w krótkich odstępach czasu. Następnie regularnie odwiedzaj opiekę społeczną i ukorz się, żeby pani urzędniczka-królewna z sarkastycznie górującą nad tobą miną przyznała ci łaskawie jako samotnej matce zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 100 PLN/1 miesiąc na dwanaścioro dzieci.
  7. Jeżeli nie chcesz być pracownikiem najemnym, czym prędzej postaraj się zostać właścicielem franczyzy. Istnieje całe mnóstwo marek zagranicznych, które z otwartymi ramionami powitają nowych dzierżawców z Polski, bo to przecież kraj idiotami płynący jest.
  8. Jeżeli marzysz o wyprowadzeniu się od rodziców, to wyjdź za mąż (jeśli jesteś kobietą) bądź ożeń się (jeśli jesteś mężczyzną) – jak najszybciej i z kimkolwiek. Ważne, by wasza wspólna zdolność kredytowa okazała się wystarczająca na wzięcie kredytu mieszkaniowego (najlepiej we frankach) na 90 lat spłacania. Potem, w około 20 lat od ślubu, kiedy już zrozumiecie, że od początku nic was nie łączyło – droga już wolna i prosta do zostania kloszardem, bo wszak jedynie wspólny (drogi) dach będzie was skutecznie spajał i ani jedno, ani drugie nie będzie miało dokąd uciec, ani gdzie się podziać.
  9. Jak da radę, to czym prędzej zliż pianę z kolan księdza – korona ci od tego z głowy nie spadnie, a i nabierzesz pokory i zaszczepisz sobie poczucie humoru, które w życiu każdego szanującego się kloszarda ma znaczenie priorytetowe.
  10. Jeżeli jesteś porządnym, prawym, moralnym człowiekiem, to postaraj się zapisać do dowolnej frakcji politycznej. Kariera polityczna w Polsce skutecznie podziała na twoją głowę. Jeśli staniesz się mocno zaktywizowanym zawodowo politykiem, na pewno od nieustającego pchania się do złotego koryta nabędziesz wprawy niezbędnej do efektywnego rozpychania się łokciami w noclegowni, kiedy już jako kloszard – rozpoczniesz walkę o kawałek wolnego miejsca do snu.

Justyna Karolak.