wtorek, 28 lutego 2012

Czego chcą mężczyźni?


Czego chcą mężczyźni?



To nie jest trudne pytanie.

Znacznie trudniejsza byłaby próba przerzucenia tej zagadki na stronę żeńską. Dlatego, że nawet my same – czego chcemy, dokładnie nie wiemy.

Kobieta chce tego, czego nie chce – i nie chce tego, czego chce. Czego więc chce? Nie wiadomo. Nie ma w tym nic stałego, nic wymiernego – nie da się tego jednoznacznie uchwycić. Podczas gdy przekierowanie tego samego pytania na płeć przeciwną, na mężczyznę – to już zupełnie inna historia. Nader prosta sprawa – i żadna zagadka.

Od dawien dawna bowiem wiadomo, czego chce mężczyzna. Oczywiście chce – kobiety. Oto główna matryca i istota odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule.

Chociaż samo wskazanie, że mężczyzna chce kobiety – nie oznacza wcale, że chce jej wątpliwości, jej zmiennej, wietrznej i niezdecydowanej natury, jej wahania i niepewności co do własnych pragnień.

Dlatego, że mężczyzn nie interesuje kobiece błądzenie – kobieca nieświadomość, niezdawanie sobie sprawy z tego, czego się pragnie. Można ująć ów problem bardziej wprost:

mężczyzn nie interesują te kobiety, które nie wiedzą, czego chcą. Zupełnie oddzielną sprawą jest, że my wszystkie – nie do końca wiemy, czego chcemy, i stąd męskie poszukiwania swoistego konkretu i samoświadomości wśród płci pięknej: z góry są skazane na porażkę. W tej maskaradzie polegającej na gonieniu właściwego króliczka – po prostu nie ma szczęśliwego zakończenia. Każdy przytomnie patrzący na codzienne nieporozumienia i rozmijania się dwojga płci – pojmuje, że coś takiego jak „a potem żyli długo i szczęśliwie” - zwyczajnie nie istnieje.  

Tak czy inaczej – mężczyźni chcą kobiety pewnej siebie. Wiedzącej, do czego dąży i o czym marzy, czego sobie życzy. Takie okazy znajdują się w centrum męskich poszukiwań i męskiego zaciekawienia.



Żeby zwrócić na siebie uwagę takiej kobiety – w pierwszej kolejności mężczyzna otwiera przed nią, dla niej – nad nią swoisty parasol ochronny. Zupełnie jakby paw rozpościerał kolorowy, ponętny ogon. Pokazuje jej w ten sposób, że jest kimś ważnym i ciekawym – lecz przede wszystkim stwarza wrażenie-obietnicę, iż będzie wybraną kobietę chronił (osłaniał sobą).

W rzeczywistości jednak mężczyzny nie obchodzi chronienie kobiety. Chyba, że kobieta jest reprezentacyjna – to znaczy na tyle atrakcyjna, żeby można było się nią pochwalić przed kolegami. Wtedy owszem – mężczyzna będzie ją ochraniał. A mówiąc ściślej – podkreślał na każdym kroku, w każdym geście, że ona – przynależy jemu (jemu i tylko jemu; basta). Zajęta. Zarezerwowana. Jak stolik w ekskluzywnej restauracji.

Ma to związek raczej z oznakowaniem zdobytego, swojego terytorium, aniżeli z obietnicą ochrony i osłony wybranki serca. A właśnie: serca. Doprawdy?

Gdyby mężczyźni naprawdę w wyborze partnerki kierowali się sercem, wówczas nie szukaliby na siłę kobiety pewnej siebie i bardzo świadomej. W takiej sytuacji równie dobrze wiązaliby się ze stworzeniami kruchymi, skromnymi bądź nieśmiałymi, jakie to mogliby dowoli chronić i osłaniać.

Prosty wniosek, że kierują się czymś innym, niż serce. Czym? Rzecz jasna popędem seksualnym. I niczym ponadto.

Bo nawet jeśli kierują się indywidualnym gustem, prywatnym poczuciem estetyki i łatwością-naturalnością nawiązania kontaktu werbalnego – w efekcie i tak się okaże, że w gruncie rzeczy kierowali się popędem seksualnym. Suma sumarum – prędzej czy później (zazwyczaj prędzej, niż później) i tak wyłoni się prawda, że nie to, co miałyśmy do powiedzenia, tylko zapach naszych włosów – miał koronne znaczenie. I nie ma co się boczyć na taki stan rzeczy. Tak po prostu jest – to wszystko.

Po prostu kobieta pewna siebie i świadoma, to kobieta interesująca. A taka odbierana jest jako zwiastun, realna zapowiedź wspaniałego seksu. I oto wytłumaczenie sedna problemu – czego chcą mężczyźni, i jakich kobiet pragną.

Oczywiście w rezultacie żaden mężczyzna i tak nie otrzyma tego, czego pragnie. Dlatego, że faktycznie na świecie nie istnieje zjawisko pod tytułem Pewna siebie kobieta. Nawet jeśli część z nas, choćby nie wiem jak wielka, przejawia silny charakter i/lub uznaje się za prawdziwie wyzwolone (cokolwiek to sformułowanie w dobie szerzącego się i rozlegle pojętego feminizmu ma oznaczać) – nawet ta część kobiecego świata nadal chce tego, czego nie chce – i nie chce tego, czego chce. A taka postawa, czy też po prostu instynktowna cecha natury psychicznej, z głęboką samoświadomością oraz pewnością siebie – nic wspólnego nie ma.

Prawdziwa pewność siebie oznacza bowiem brak wahania. Pewność siebie oznacza trwanie w takim obszarze życia i pojmowania realnej rzeczywistości, jakie uznało się za swoje. To umiejętność trzymania się własnych pierwotnych ustaleń. To także – wyzbycie się zazdrości i całkowita akceptacja swojej osoby (tak walorów ciała, jak i umysłu). Któraś kobieta to potrafi?

Być może niekiedy potrafimy zbliżyć się do takiego stanu. Może miewamy takie momenty, albo nawet etapy, kiedy rzeczywiście przestajemy się wahać i wiemy ściśle, czego pragniemy. Na pewno kobietom się to zdarza. Oczywiście, że tak. Ale to tylko momenty, etapy. Nie sposób zatrzymać się w tej stałości, na długo zagrzać w niej miejsca. Nie mówiąc o tym, by zatrzymać się w takim miejscu na zawsze.  


I tak właśnie został komicznie skonstruowany nasz świat – wspólny świat kobiet i mężczyzn. Jeden wielki chaos skazujący nas na niemożność ustanowienia wspólnego mianownika. To jest świat dwojga płci, które nie mogą w pełni skomponować się i zgodzić ze sobą. Taki świat przypomina „chichot losu” albo zwykły ponury żart.

Lecz co z tymi, którym mimo wszystko się udało? – spytacie. Gdzieś są przecież szczęśliwe pary. Pięknie dobrani ludzie. Piękni, zachwycający razem.  

To prawda – gdzieś są. Słyszałam, że są. I może nawet ich widziałam.

Widziałam – ale tylko przez chwilę.

To był taki moment. Może etap. A potem wróciłam do tu-i-teraz.


Rebeca Serri.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Kapitalna posada na stołku Biedermeiera



Kapitalna posada na stołku Biedermeiera

Po co rząd podniósł granicę wieku emerytalnego? Dlaczego ludzie jeżą się na to postanowienie? Czyżby jeszcze w społeczeństwie polskim byli naiwni? To znaczy – ufający, że naprawdę na kogoś głosowali w wyborach – myślący, że rzeczywiście mieli jakikolwiek wybór? Serio? W odpowiedzi na to pytanie poleca się zastanowienie nad faktycznymi „przywilejami” posiadanymi przez polskie społeczeństwo.

A poświęcając choćby chwilę na takie zastanowienie, na refleksję nad tym, co się dookoła przeciętnych ludzi dzieje i toczy – można niechcący dojść do w miarę prostych wniosków. Niestety – mimo niezaprzeczalnej prostoty i czytelności, będą to wnioski porażające, bolesne i niezwykle trudne do zaakceptowania.

Pierwszy, elementarny wniosek wynika bezpośrednio z owego podniesienia granicy wieku emerytalnego. Dlaczego rząd postanawia coś tak absurdalnego? Ponieważ rząd(zący) Polską – są chodzącymi absurdami. Stąd nie działają na korzyść społeczeństwa, ani z myślą o społeczeństwie i o jego dobru w przyszłości. Myślą o swojej władzy, o własnej wygodzie – tu-i-teraz, jutro i w każdych kolejnych latach.

Zawsze: rano, w południe i wieczorem; równo 24 h/d – osobnicy u tak zwanej władzy myślą wyłącznie o sobie. O swoich korzyściach w pracy, i o swoich weekendowych wypadach na narty – ze szczęśliwymi żonami u boku i rozradowanymi dziećmi. Ich dzieci są wszak ważniejsze od zwykłych, to jest – od dzieci nie-polityków.

Takim weekendowym wypadem na narty pochwalił się niedawno były minister sprawiedliwości, Krzysztof Kwiatkowski – w programie Dzień dobry TVN. Na banerze z danymi personalnymi widniał napis informujący telewidza, że były minister jest aktualnie najbardziej obiecującym prawnikiem w Polsce. Najpierw w pogodnej rozmowie z prowadzącymi TVN'ową telewizję śniadaniową – najbardziej obiecujący prawnik w Polsce wyjaśnił, że tajemnicą jego zawodowego sukcesu są wartości, jakie wyznaje, to znaczy pracowitość, konsekwencja w działaniu i wiara w swoje możliwości i umiejętności. Ta, jakże głęboka, rozmowa zwieńczyła się zapytaniem byłego ministra o jego plany na najbliższy weekend. Wtedy opowiedział on pokrótce o wyżej wspomnianym wypadzie na narty, na myśl o którym – bardzo się cieszył. Był to niesamowicie ważny wątek porannych dyskursów o problematyce społecznej.

Tymczasem dlaczego niemożność doczekania się w tym kraju emerytury – miałaby nas zdumiewać, czy tym bardziej niepokoić? Przecież motywy ludzi u władzy są tu nadzwyczaj wyeksponowane. Zrozummy to nareszcie:

Jeżeli rząd musi już zapewnić ludziom otrzymanie jakichkolwiek świadczeń ze strony państwa – to przecież oczywiste, że opóźni wszystko i ukarkołomni całą procedurę najlepiej, jak będzie umiał. A w dziedzinie mataczenia, siania chaosu i bałaganu – potencjał ma bardzo duży.

Po co „dać” ludziom emerytury – o sensownym czasie? Tym ludziom, których – choć są już w nader stosownym wieku – można zaprząc na następne, dodatkowe, nadprogramowe roboty tak, jak robiono to niegdyś z końmi pociągowymi i galernikami. Bo właśnie to obecnie się z nami dzieje. Państwo nie będzie tworzyło dla nas warunków – trzymało nierobów, kalek i starców. Wszyscy oni muszą tyrać na diety poselskie – bo z czego taki poseł (osioł) pojedzie sobie na narty kontemplować na stoku o własnej konsekwencji i wytrwałości w sukcesywnym dążeniu do celu? Przecież to oczywiste, że jego inteligencja oznacza tyle, co sprawne zorganizowanie dla swoich czterech liter ciepłej, kapitalnej posady, wokół jakiej rój niewolniczych mrówek (czyli nas – społeczeństwa) będzie uwijał się i ręce urabiał do krwi i po łokcie, w tym samym czasie, gdy ów cwany idiokrata popierdzi sobie w stołek stylizowany na Biedermaiera.

Rebeca Serri.


Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego


Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego


W Polsce źle się dzieje – i wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy, którzy patrzą na życie przytomnie. Wszyscy, którzy funkcjonują w realnej rzeczywistości – a nie w rzeczywistości surrealnej. Ta ostatnia – piękna jest w kategorii sztuki, lecz w prozie dnia codziennego nie sprawdza się ani trochę.


Jedynie „wybrańcy losu” – z powyższego nie zdają sobie sprawy. Należą do nich politycy i wielu dziennikarzy – czyli ci wszyscy, którzy prezentują i wyrażają sobą postawy, dające jednoznacznie do zrozumienia, że powszechny surrealizm dzisiejszej polskości nie jest żadną prawdą, a tym bardziej - nie może być ich (polityków i dziennikarzy) udziałem. Nie zdają sobie z niego sprawy – bądź udają, że ponura rzeczywistość (pogmatwana, nadrealna, czy absurdalna) – zawiązuje się i ustanawia samowolnie, bez polityków i dziennikarzy - świadomości.


Stąd można określić te dwie grupy prześmiewczo – jako właśnie „wybrańców losu”. Jako lepszych, ważniejszych – czyli równiejszych od przeciętnych obywateli (choć w obecnym ustroju ponoć wszyscy jesteśmy równi – jednak jak w dawnym orwellowskim świecie, tak i dzisiaj: niektórzy nadal są równiejsi od pozostałych). Te dwie grupy można określić również w sposób zwykły, prostolinijny i oczyszczony z ironii: jako ludzi u tak zwanej władzy oraz jako ludzi budujących tak zwane opinie. Mowa tu po prostu – o politykach i o dziennikarzach.


Zarówno jedni, jak i drudzy dają do powszechnego zrozumienia, że absurdalność i surrealność obecnej polskiej codzienności - zwyczajnie nie dotyczy tych dwóch "wybranych", społecznie uposażonych kast, do jakich jedni i drudzy przynależą.



Politycy myślą i wdrażają – dziennikarze zaś konkludują i skłaniają do ufania w ich "świato"-poglądy. Z pozoru – można by się na to nawet nabrać. Ale jeżeli zajrzeć nieco głębiej...


Polacy żyją w kraju, który podobno opiera się ogólnoświatowemu kryzysowi gospodarczemu i obrasta – ku dobru wszystkich obywateli – w strukturę silną, legitymującą się statutem odpowiadającym rozwojowi europejskiemu. Społeczeństwo winno w to wierzyć – i udawać analogicznie do przedstawicieli tak zwanej władzy i tak zwanej kasty opiniotwórczej, że nie dostrzega nienormalności i braku perspektyw, z jakimi każdy współczesny przedstawiciel społeczeństwa polskiego styka się na co dzień.


Prawda jest taka, że rzeczywistość, którą mamy za oknami – choć wygląda niejednokrotnie na wymyśloną, niemożebną, zakręconą i od podstaw niespójną, jest niemniej rzeczywistością autentyczną. I ta nędzna, miałka rzeczywistość – nie uwija się i nie rzeźbi samoistnie, w kompletnym oderwaniu od wysokich kast. Pozostaje więc traktować jako retoryczne pytanie, dlaczego politycy i dziennikarze – uparcie udają, że nic podobnego za oknami ludzi się nie odbywa, i że wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku. Jest to pytanie retoryczne – aż nieomal poetyckie; jakby pohukiwanie zadumanej sowy gdzieś w mrocznej dali.


Prawda jest taka, że we współczesnej Polsce – są kasty. I nie ma co udawać, że się tego nie dostrzega i zupełnie nie widzi. Są kasty – bo chociaż wszyscy jesteśmy równi, to na gładkiej tafli – na powierzchni tej równości, bezkarnie dryfuje sobie swoista śmietanka. Lub innymi słowy – unosi się ładny kożuszek, któremu wszystko się należy. Należy się, i już – bo to wszak lepsza, wyższa kasta jest, i basta.


Politycy lenią się i kłamią – w tym samym czasie, gdy media z lubością oddają się korupcji.


I dla tych dwóch wysokich kast – surrealizm w podejmowanych działaniach jest na porządku dziennym. Politycy udają logicznych, opanowanych i kluczowych. Natomiast przedstawicieli mass mediów – trudno określić mianem „dziennikarzy”, ponieważ głoszenie wszem i wobec populistycznej papki, najpewniej opłaconej z boku i pod stołem opasłymi tantiemami, do miana dziennikarstwa, a tym bardziej rzetelnego opiniotwórstwa, pretendować się nie godzi.


Każdy człowiek, który co dzień wstaje do pracy (lub chciałby do niej wstawać – gdyby nie fakt, że Polskę zżera bezrobocie i niebawem wszyscy w niej będą żebrakami), dobrze widzi tę maskaradę polityczno-pseudo-dziennikarską, która otacza go i towarzyszy codziennie od bladego świtu. I nie ma sposobu, by nie karmiono tzw.: „szarych zjadaczy chleba” tą właśnie żałosną, łykowatą, przepełnioną niedociągnięciami i przekłamaniami – papką. Nie da się przed nią uciec, osłonić, ani schować.


Debaty polityczne i głupawe, tendencyjne pytania wielu prezenterów telewizyjnych – wyzierają i łypią na ludzi praktycznie z każdego kąta. Przewijają się nie tylko w tak zwanych „wiadomościach” i „dziennikach”. Daleko posunięty kretynizm, inercja intelektualna i  udawane moralizatorskie-idiokratyczne-gadki-szmatki – wyzierają też (jak kościotrupy z szaf) z większości narzucanych na ludzi z góry reklam; z większości „międzywersów”, prasowych komunikatów i publicznych wystąpień.


W telewizji śniadaniowej były minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski (podpisany na banerze jako najbardziej obiecujący prawnik w Polsce) – uśmiechając się do ludzi przez sterylny, przekoloryzowany ekran telewizora, opowiada z namaszczeniem o ciężkiej pracy, o konsekwencji w życiu i o tym, że w najbliższych dniach wybiera się z żoną i dziećmi na narty.


Co mnie obchodzą Pana narty, Panie Krzysztofie? Mam się wzruszyć? Też bym pojeździła – ale mnie nie stać.


Bez udziału woli, bez pytania nikogo o zgodę – karmi się ludzi codziennie praktycznie wymiocinami, w jakich żadnej wartościowej treści pokarmowej – po prostu być nie może. Wynika to zresztą z samej definicji wymiocin – będących de facto wyplutą z głębi flaków, poprzetrawianą na wskroś i pomieszaną z żółcią porcją tego, co pierwotnie było pokarmem. W tym, co słyszy się od polityków oraz w tym, co słyszy się od prezenterów i niby-publicystów – nie ma już nic, na co powinno się zwracać uwagę, na co należałoby nastawiać uszu. Po prostu nic – ani jednego sformułowania, ani jednego zacnego, normalnego, trzeźwego zwrotu i zdrowego osądu sytuacji. Dlatego, że to wszystko – to wymiociny. Nic niewarte, strawione, papkowate, luźne resztki.


Rebeca Serri.

Wywody o seksie - dowodem życia


 Wywody o seksie – dowodem życia  



W wielu publicystycznych tekstach na temat seksualności można przeczytać tezę, że przepaść poglądowa, dotycząca tej sfery życia, dzieląca rodziców od dorastających dzieci – nigdy nie była równie głęboka, co dzisiaj. Podobno dzisiejsi nastolatkowie dysponują wiedzą z zakresu seksu, która do tej pory była zarezerwowana dla doświadczonych w tej materii wysoko ponad przeciętną. Tylko – tak naprawdę, kto ustala poziom owej przeciętnej? Kto dysponuje miarodajnym narzędziem poznawczym? Kto przepytał rzesze ludzi dojrzałych i podlotków, mając przy tym pewność, że odpowiedzieli szczerze? Czy rzeczywiście ankietę bądź podobne badanie opinii publicznej można uznawać za rzetelne źródło informacji?

Oto zagwostka, co jest wiedzą wynikłą z empirycznego poznania, samoświadomością – a świadomością seksopochodnych frazesów, od których i w Internecie, i w mediach – się roi, gra i buczy. Czy oddzielenie tych prawd od fikcji może podlegać pod badanie społeczeństwa za pośrednictwem wiele mówiących ankiet? To pytanie można sformułować też i tak:
jaka jest różnica między świadomością a wypłukaniem umysłu strumieniem złudnych, papkowatych danych na temat seksu, krzewiących się wszędzie? Pewnego razu, choć nie było to wcale dawno temu – owe złudne, papkowate dane kwalifikowane były jednoznacznie do pornografii. Obecnie ów wypasiony strumień danych przybrał tak czytelny i przystępny format, że zda się, iż hasło „pornografia” już nie istnieje. Zalewanie prostackimi, oczywistymi, nieomal wytrzewionymi obrazami modelek i innych humanoidów (chyba metroseksualnych) ubranych w stroje Adama i Ewy, względnie w sznurkopodobne skrawki lateksu – nikogo nie dziwi i nie krępuje. A powódź tych obrazów i krótkich form niby publicystycznych na temat seksu – namnaża niedomówienia i z minuty na minutę zapycha podstawowy dzisiaj kanał komunikacyjny: Internet – głowa. W tym kontekście trudno wyobrazić sobie prawdziwą pornografię – bo co pornografia obecnie miałaby oznaczać, co zawierać? Nie ma sensu dopytywać o to – wszak pojęcie jest już nieaktualne, nieobecne. Zważyło się jak jogurt przydługo trzymany w lodówce. Najgorsze, że tę regresyjną powódź seksoidalnej chały – liczni publicyści zwą „kultem ciała” albo „wzrostem świadomości młodzieży i ogółu społeczeństwa”. Poważnie?


I tu wracamy do wątków zawiązanych na wstępie: czy już zdajemy sobie sprawę, na czym polega różnica między doświadczeniem, wyobrażeniem, świadomością a merytoryczną wiedzą?   

Innymi słowy – pornografia, to dzisiaj – po prostu grafia. Przedrostek przebrzmiałego słowa opadł w dziejowej ścieżynce człowieczeństwa jak zeszłoroczny liść z drzewa. A szkoda. Zdaje się, że zbyt wiele pojęć traci na wyjściowym znaczeniu – lecz w ich miejscu brakuje nowości. Czy brakuje dlatego, że szanownym publicystom, a więc środowisku rzekomo opiniotwórczemu, nie chce się ruszyć głową? A może ich opiniotwórstwo – między półki odłóżmy, a najlepiej wysoko na zakurzony, z rzadka odwiedzany strych. Czy ktokolwiek oczekuje jeszcze od mediów sensownego kierunku? Czy ktoś tęskni za tworzeniem przez media sensownej, rasowej opinii?

Po co miałby tęsknić – przecież wszyscy wiemy o wszystkim – prawie wszystko. Korci, by dopowiedzieć, że bardzo modne od pewnego momentu stało się porzekadło – „prawie” czyni sporą różnicę. No-ale: mielibyśmy potrzebować, chcieć wiedzieć więcej, i więcej – po co? Czemu? W jakim celu? Wszak tyle już wiemy, nie wspominając o dorastającej młodzieży – bo jej znajomość tematu bije minione pokolenia jak pięciu torreadorów ubiłoby wściekłe, bycze monstrum jednym ciosem spięciokrotnionej ręki... Zbierzmy fakty do jednego pudełka.



Media trąbią, że:

  • współczesna młodzież przewyższa świadomością seksualną – świadomość rodziców w tym temacie o kilka pokoleń
  • młodzież zawsze była szybsza (o jedno zwyczajowe pokolenie) od swoich rodziców i wiedziała od nich dużo więcej i wcześniej (przyp.red.: na temat seksu) – była od rodziców dużo bardziej świadoma
  • monogamia seryjna prawie nie różni się od monogamii – prawie.  
  • między pornografią a erotyką właściwie nie ma różnicy – to tak, jakby uciec się do chwytliwego fortelu, już wskazanego powyżej, pod tytułem: „Prawie – czyni sporą różnicę”. Albo jednakowo jak nie ma różnicy między postacią Calineczki a megierą.

A teraz sprostowanie, wyjaśnienie i prawdomówne nazwanie powyższych punktów po imieniu – w zgodzie z następującym przekazem: oddzielmy ironię i żarty od powagi sytuacyjnej. A mianowicie:

to nieprawda, że młodzi ludzie zawsze byli więcej świadomi dziedziny seksu od swoich rodziców. Takie opisywanie sprawy jest niedorzecznością i atrapą pojęć. Dlatego, że łykanie i wchłanianie sieciowej papki niby informacyjnej nie ma nic wspólnego ze świadomością. Świadomość to wysepkowa struktura ludzkiej jaźni, która ustanawia się wprost proporcjonalnie do procesu dojrzewania i wrastania w dorosłość. Świadomość to głębokie, stopniowo budujące się pojęcie. Nie sposób wytworzyć świadomości jak gadżetu na taśmie produkcyjnej przyspieszając jej obroty kliknięciem pojedynczego guzika włącz-wyłącz („lubię” – „nie lubię”). Natomiast fakt, że każde kolejne pokolenie rozwija się szybciej i wcześniej niż pokolenie poprzednie – jest zjawiskiem należnym do nauki biologii i nie oznacza, że można je uogólniać do pojęcia „wyjątkowo dużej świadomości seksualnej młodzieży XXI wieku”.

Tym bardziej nie jest prawdą porównanie tej międzypokoleniowej różnicy w poziomach do formatu przepaści kilkupokoleniowej. Medialny natłok rozchełstanych, nic nie wnoszących, ociekających seksualnością nawet nie tyle treści – co sugestii lub spłaszczonych obrazów nie oznacza, że świat przyspieszył, a świadomość – wzrosła jakoby rykoszetem od tego niewiadomego pochodzenia kopa. Natłok głupot – to nie łatwo dostępność do merytorycznych źródeł. To pomieszanie z poplątaniem – i pomylenie z obłąkaniem wyrżnięte na jednej matrycy wedle ogólnego szablonu pt.: Seks. Ale w rzeczywistości miałkości te nagie i wyzierające ze wszystkich kątów jak cielesne mary – oscylują koło seksu, nie w jego centrum. Dlatego trudno tu mówić o wiedzy.

Po trzecie – fakt, że ludzie spotykają się i wiążą z wieloma partnerami zanim trafią do partnera trwałego, docelowego – nie musi wzbudzać obłudnych manifestów, ni odezw moralizatorskich. Ale nazywanie takiej okoliczności „monogamią” i oprawianie jej jakże oszczędnym i skromnym epitetem „seryjna” – jest bez wątpienia skondensowaną, gorzką, zawiesistą esencją idiotyzmu.

I po ostatnie – pornografia od erotyki, rzecz jasna, różni się jak dzień od nocy, jak kluska od makaronu, jak pomidorowa od kartofli z omastą aż po brodzie cieknie, jak piękno od brzydoty, jak blizna od otwartej rany i jak walkman grundig od wieży technics (i również jak Kod Leonarda da Vinci od Pieśni nad pieśniami). Pierwsze pojęcie – wyparowało z naszej świadomości, bo powódź widoków i wzmianek pornograficznych rozpasła się na wszystkie strony i zżarła wszystko po drodze jak wygłodniała plaga szarańczy. Otępiła w ten sposób zmysły odbiorców na tyle, że kierując się pojemnością swojej „świadomości” – teraz pornografię zwiemy erotyką. Pierwsze słowo zostało wykasowane z rozumu jak odinstalowuje się wadliwy program z komputera. Drugie natomiast słowo (erotyka) dryfuje – najzupełniej bezwiednie, jak to w przypadku dryfu zwykle przebiega, gdzieś po mrocznych, szerokich wodach nieświadomości, i na światło dzienne wydostać się nie może, gdyż jest nadto małe i nieśmiałe.



Bo po co wyłaniać jakąkolwiek wartość czy źródło z tych mroków zaspanego intelektu? Po co mamy z powszechnego własnego uśpienia się wybudzać, wymykać, wydostawać?

Nie ma realnych wskazań po temu, ponieważ wszystko wokół – ma dla nas jawny, czytelny „ład”. A młodzież wie już tyle, że więcej jej nie trzeba (pewnie dlatego w szkołach ciągle nie ma porządnego wychowania seksualnego – ale przy „takim” pułapie świadomości i wiedzy, po co – prawda?).

I tak dzień za dniem – jak gangrena trawi świadomość współczesnych nowoczesne i nośne przeświadczenie, że nie to atrakcyjne, ciekawe, co się komu podoba, lecz to, co odarte z tajemnicy, na stronę główną wystawione i dostępne na wyciągnięcie ręki – niczym sklepowy towar.

Stąd nazywanie obecnych czasów przesyconymi kultem ciała, wypacza antyczną ideę umiłowania fizycznego piękna, czyniąc z ówczesnej poezji śmieszną wydmuszkę i banialuk, a ówcześnie żyjących – zmuszając do tego, by w grobach się przewracali.

Bowiem tak jak Calineczka od megiery, jak wiedza od domysłu, jak kult ciała od dys-kultu ... – tak różnią się prywatny gust i smak od próby przydawania samemu sobie życia dowodów, i jak po prostu: życie, przeżywanie i kochanie różnią się od rozmyślań nad życiem i kochaniem.


Rebeca Serri.

niedziela, 26 lutego 2012

Wyzwolenie a uprzedmiotowienie




Cnota a niewinność – wyzwolenie a uprzedmiotowienie



Dwie skrajności – z jednej strony świat gimnazjalistów, gdzie swingowanie wydaje się na porządku dziennym (głośna ostatnio zabawa pt.: Słoneczko albo staroświecka gra w butelkę, gdzie lekki, powierzchowny pocałunek obecni nastolatkowie zastąpili seksem oralnym bądź klasycznym stosunkiem). Z drugiej strony – wcale nie węższy, nie marginalny, na pewno nie niszowy świat sympatyków kościoła – i ich pruderyjne przekonania o konieczności zachowania cnoty do chwili nocy poślubnej; epatowanie przez gimnazjalne dziewice swoją niewinnością i patrzenie ze sztuczną pogardą i wyższością na swoich rówieśników, którzy już rozpoczęli życie seksualne. Gdzie leży środek tej szerokiej nierównowagi, owych skrajnych, rozwarstwionych, kategoryzujących postaw? Którędy przebiega droga środka w świetle tych rozbieżnych opinii wpsółczesnej młodzieży? I komu udzielić większego kredytu zaufania – w czyje codzienne zachowanie i przekonywanie uwierzyć: tego nastolatka, którego doświadczenie seksualne odpowiada bądź przekracza obszar zarezerowany dotychczas dla prostytucji, czy tego nastolatka, który nauki kościoła traktuje z naiwną dosłownością starego wiekiem, obmierzłego fanatyka w moherowym berecie?

Innymi słowy – jaka jest prawda o współczesnej młodzieży? Czy tak kontrowersyjne i zarazem głośne tematy jak wystawianie przez dziewczynki swojego dziewictwa na sprzedaż w Internecie, wymienianie się partnerami seksualnymi w czasie imprez-prywatek – rzeczywiście są na porządku dziennym zainteresowań i realnych uczynków nastolatków?

Czy raczej należy i można ufać w wyznania tych dzieci, które mają się za lepsze od rówieśników – właśnie dlatego, że odsunęły od siebie (bardzo naturalne przecież i intensywne w tym wieku) zainteresowanie erotyką, a moment inicjacji seksualnej świadomie odłożyły na odległą przyszłość małżeńską, ponieważ poczuły takową wewnętrzną potrzebę z pobudek religijnych?

Nie wiadomo, komu wierzyć – zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją. Nie wiadomo, kto mówi prawdę, a kto nie – lecz głównie nie wiadomo dlatego, że mass media demonizują problematykę erotyki i seksualności młodzieży. I to mass media właśnie rozstrzeliwują tę problematykę na dwa skrajne, kompletnie przeciwstawne „obozy wyznaniowe”.



Podobnie zresztą postępuje kościół, gdyż nie nawiązuje do pierwotnych, źródłowych idei i nie przybliża wiernym swoich archetypów i podwalin ideowych. Kościół po prostu straszy piekłem i potępieniem we wszelkich możliwych aspektach, usilnie kodując w ludziach pojmowanie i widzenie seksu jako czynności niechlujnej, brudnej i wstydliwej.

W tym sensie zatem media i kościół, wbrew pozorom, są do siebie niezwykle podobne – bowiem tak jedno, jak i drugie przybiera kształt przekłamanej maskarady i demona.

Kościół demonizuje świat seksu, sprowadzając go jedynie do stricte szatańskich sztuczek. W tym samym czasie, idąc śladem popularnego dziennikarskiego credo, że „dobry trup ożywi każdą gazetę” – świat seksu mass media ciągną w drugą stronę, gdzie wyzwolenie seksualne i świadomość tej materii przekracza wszystkie wyobrażalne bariery, rozrasta się do ostatnich granic brawury, a wszystkimi możliwymi perwersjami, odmoralnieniem i totalnym brakiem zasad – pokazuje, że przecież nie prawda, nie docieranie do bliskiego obiektywności meritum są podstawą wartościowego materiału dziennikarskiego, a staje się nim każdy zwykły news.

Im news więcej szokujący, perwersyjny, agresywny – tym lepiej. Odarcie tematyki seksualności z otuliny intelektualnej, refleksyjnej, emocjonalnej czy wręcz mistycznej – jest widocznie koniecznością, aby utrzymać się na powierzchni. Skoro jedno medium podejmie wątek np.: o przedwczesnej z kolei inicjacji seksualnej – następne medium przystąpi do wyścigu: przekoloryzuje sprawę, zaokrągli statystykę, a zamiast rzetelnej bibliografii jako źródło swoich informacji wskaże jedno czy drugie forum internetowe albo wikipedię. 

Z takiego budowania informacji kościół potem będzie miał tylko uroczą dla się pożywkę: docieranie do opinii publicznej modnej dzisiaj perwersyjności, szerzących się nielegalnych, złych aborcji wśród nastolatek, a właściwie dziewczynek, etc., etc., etc... – z tych nierzetelnych, nie usystematyzowanych, naciągniętych danych kościół wyciągnie swoje wnioski. Potem na podstawie tych wniosków na niedzielnym kazaniu – objawi się kolejny ksiądz Natanek, który nawet „pozytywne myślenie” zakwalifikuje do grupy „szatańskich college'ów”.

Można wychwytywać środek tej medialno-sensacyjno-kościelnej burzy w nieskończoność. Ten kołowrotek już się kręci – prawda i fikcja mieszają się na łamach gazet i w złamanych kazaniach niedzielnych jak w dobrym shakerze. Sprawne oddzielenie jednego od drugiego wydaje się awykonalne.

Zamiast więc wyciągać nieuczciwe wnioski z bezproduktywnych, nieskończonych prób analizowania tego stanu rzeczy, warto przypomnieć sobie sprawę trywialną, że żadna skrajność – nie jest dobrym rozwiązaniem.



I tak jak wystawianie swojej cnoty na licytację w sieci lub wkraczanie w świat seksu z pozycji anonimowego przedmiotu nie powinno mieć miejsca w normalnym, realnym świecie – tak i patrzenie z fanatyczną kpiną, będąc dziewicą, na dziewczynę-młodą kobietę-koleżankę, która jest aktywna seksualnie: również ani nie przystoi, ani nie jest godne najmniejszej aprobaty, ni tolerancji.

Warto głośno powiedzieć, że tak jak życiu dorosłych nie zawsze towarzyszy pełna świadomość swoich potrzeb seksualnych i rozumienia tej materii – tak i światopoglądu nie wysysa się z mlekiem matki.

Jakkolwiek emocje związane z seksualnością i prywatnymi potrzebami w tym zakresie niezdrowo jest wiązać z pojęciem handlu – tak samo wyrzekanie się swojej seksualności z przyczyny ślepego cytowania fragmentów Biblii nie jest żadną wartością. I w tym sensie – nieskazitelna, absolutnie czysta cnota zadzierającej nos nastolatki, cnotą pozostaje tylko z nazwy. Dlatego, że cytując Dana Browna – Biblia nie jest bezpośrednim faksem z nieba, lecz zwykłym ludzkim przekazem, utoczonym z pokolenia na pokolenie.

Rebeca Serri.

Przedwczesny wytrysk radości Donalda Tuska


Przedwczesny wytrysk radości Donalda Tuska
– pozorny podział sił

Patrząc na ostatnie wybory pozornie – koncentrując oczy na obrazie wyników (na tym, że Platforma Obywatelska po raz drugi wybiła się na prowadzenie), można by odnieść wrażenie, że Donald Tusk jawi się jako zwycięzca wyborczej kampanii. Naród bowiem zaufał mu ponownie – wybrał PO jako pierwszą siłę rządu.

W rzeczywistości jednak Polacy nie tyle zaufali Tuskowi i PO – co po prostu brawurowo zdobyli się na zaskakujący poniekąd gest, polegający na udzieleniu Tuskowi i PO ogromnego kredytu zaufania. Kredyt zaufania a zaufanie – to dwa odrębne aspekty jednej, omawianej tu okoliczności. Można powiedzieć, że społeczeństwo w istocie nie tyle zawierzyło Tuskowi, co poparło go jako „tylko odrobinę mniej krzywdzące zło konieczne”. A do tej kluczowej opinii społecznej przysłużył się budzący powszechną grozę i trwogę – Jarosław Kaczyński.

To, co udało się Kaczyńskiemu najlepiej we własnej kampanii wyborczej – to utwierdzić Polaków, iż on i PiS jest realnie i potencjalnie najgorszym, najgłupszym, najwięcej zaborczym etc. złem, jakie jest za naszymi oknami obecne i jakie może nam się przytrafić.

Tak więc nie ma mowy o realnym zwycięstwie Tuska. Radość na twarzy Tuska w chwili ogłoszenia pierwszych sondażowych wyników – prognoz wyborczych była albo przedwczesna, albo nieprawdziwa.

Czy to możliwe, żeby Tusk naprawdę nie zdawał sobie sprawy, ile zawdzięcza Kaczyńskiemu?

Tak, zawdzięcza.

Dlatego, że ci, którzy zagłosowali na PO, nie kierowali się proponowanym przez nią programem reform, działań służących podniesieniu Polski z bruku i wyłowienia jej z gospodarczej mielizny, gdzie od dłuższego już czasu – Polska dryfuje bezpańsko: opuszczona, rozchełstana, brudna, poniżona i okradziona. Wyborcy kierowali się prywatnym strachem – przed Kaczyńskim, przed jego, zawstydzającym nas wszystkich na forum świata, „krasomówstwem” i przed paszkwilowymi uczynkami.

To, co złego mógłby wyrządzić Polsce PiS – od wepchnięcia na dno gospodarczej klęski, poprzez wdrożenie systemu państwa policyjno-kościelnego, skończywszy na ośmieszeniu w przestrzeni polityki zagranicznej – przeraziło wyborców skuteczniej, niż przekonał program ideowy Tuska i ugrupowania, któremu on przewodzi.

Toteż podział sił w parlamencie – jest pozorny. Pozostanie przez PO w głównej sile na drugą kadencję – nie oznacza rzeczywistej zgody Polaków na obecność tych samych twarzy w pierwszych ławkach sali obrad. Te twarze nie mają z czego się cieszyć – ich radość, duma z właściwie spełnionego zadania (tzn.: ze skutecznego przeprowadzenia kampanii wyborczej) jest zupełnie nie na miejscu. Muszą oni mieć świadomość – nie ma możliwości, aby nie wiedzieli, że pokpiwszy swój program i kampanię wyborczą, ewidentnie i bezdyskusyjnie pomógł im Kaczyński i PiS.

Banialuki i autokratyczne esy-floresy, od jakich roi się w wystąpieniach Kaczyńskiego, nie wspominając o aferach w rodzaju wypowiedzi o Angeli Merkel (bo na samo wspomnienie ludziom wstyd za fatalnego bliźniaka i gorączkowym rumieńcem się oblewają) – to klasyczny przykład „gola-samobója”.

Ludzie nie chcieli trafić z deszczu pod rynnę, mówiąc kolokwialnie, aczkolwiek delikatnie – nie było zatem innej rady, niż opowiedzieć się ponownie za PO.

Niemniej powtarzam, że ten, kto na chwilę obecną „wygrał” - nie ma najmniejszych powodów do radości.

Na „nowym” rządzie spoczywa teraz nowa odpowiedzialność. Całkiem nowa, ponieważ zawiódłszy Polaków w czasie kadencji nr 1 – w kadencji nr 2 trzeba będzie nareszcie się wykazać. A nazywając rzecz po imieniu – podwinąć rękawy i zacząć pracować.

Ale nie ma się co łudzić, że świeżo powołany do aktywności rząd – pozwoli poznać się społeczeństwu ze strony wymiernej, pozytywnej pracy.

My – ludzie, my – społeczeństwo to mówimy:

tchnęliśmy w nowy rząd – stare tchnienie, reanimując stary rząd zastrzykiem swoich głosów, udzielonego poparcia. Podnieśliśmy stary rząd niczym odrodzonego feniksa z popiołów. Lecz z działań tego rządu nie zostanie nic bardziej wymiernego ponad tę przytoczoną „legendę” (o feniksie). Zagłosowaliśmy ze strachu – wybraliśmy, nie posiadając wyboru.

A jedyne wymierne działanie świeżego rządu, jaki zobaczymy na własne oczy, jakiego doświadczymy na swojej skórze – będzie krwawe usunięcie krzyża ze ściany, wzajemne wyrywanie go sobie ze szponów (przyp.red.: front świecko-krucjatowy, innymi słowy – front Palikot-kościół), krzykliwa legalizacja roślinki dającej ludziom radość (czasami radość na wyrost, czasami być może przedwczesną), a także przemawiające do wyobraźni wywody Anny Grodzkiej, działającej z kolei na froncie po tytułem Wojna płci.

Rebeca Serri.

Rój ludzi "oburzonych"


Rój ludzi „oburzonych”
czy wściekły atak pszczół?

Kiedy pod szyldem Wall Street przemaszerował tłum „oburzonych” – protestujących przeciwko kapitalizmowi...

„Pod szyldem” – ponieważ marsz „oburzonych” w rzeczywistości odbył się ulicę czy dwie dalej – od Wall Street.

… wtedy – tłum „oburzonych” był uformowany w rój. Pojęcie roju możemy zobrazować najprościej poprzez porównanie do mrówek, pszczół itp. Ale o ile owady i zwierzęta (np.: ławica ryb, klucz ptaków) przybierają formę roju z przyczyny instynktu, który determinuje ich zachowanie – o tyle ludzki rój jest efektem świadomego wyboru.

Świadomego – ale czy do końca?

Jest zastanawiające, czy płaski intelektualnie tłum, uformowany w strumień ludzi przypominających metodycznie maszerujące owady – naprawdę posiada całkowitą świadomość swojej siły. Na pewno jest on bardziej świadomy od bezładnego tłumu, bezkształtnego spędu – jaki pojawia się na rozmaitych promocjach i tego typu akcjach publicznych (jak np.: promocje organizowane w galeriach handlowych). W takich sytuacjach – mamy do czynienia po prostu z tłumem. Taki tłum również pojawia się połączony wspólną ideą – jednak jest to idea, która nie przekłada się na wspólne dobro zgromadzonych, lecz na interes i korzyść poszczególnych. Tłum uformowany w strumień roju, jak dzieje się to we wszystkich akcjach w rodzaju buntów, protestów etc. – już z punktu jest tworem różniącym się od zwykłego tłumu.  

Tymczasem rój ludzki ma swoją świadomość i wynikający z niej szablon dla zachowań. Z tego powodu różni się nie tylko od rojów zwierzęcych, przynależnych naturze opisywanej zasadami biologii, ale różni się także od tłumu. Świadomość masowej formy, którą się stanowi, w jakiej się uczestniczy – powoduje też pojęcie, uzmysłowienie sobie własnej siły. W tego rodzaju zbiorowości – główna idea, która przywołała i połączyła zebranych: może być najpłytszą ideą pod słońcem, nie musi wyrażać sobą niczego głębokiego. Dlatego, że dla roju, który jest świadomy swojej siły, swojego szyku, swojej samoorganizacji formalnej – główna idea, leżąca u genezy tej samoorganizacji, zawsze będzie wyłącznie pretekstem do spotkania.

Innymi słowy, rój ustanowiony z ludzi – nie ma potrzeby wyrażać sobą niczego głębokiego. Nie ma potrzeby utożsamiać się z pojęciami jakichkolwiek postulatów, walki, konfrontacji z systemem bądź jednostkami reprezentującymi ten system, wobec którego rój „oburza się” i protestuje. Wystarczy pretekst do masowego spotkania – i rój jest gotowy do zaznaczenia swojej obecności. Pojawia się w danym miejscu, o umówionej godzinie – i mówi: jesteśmy. To w zupełności wystarczy, aby zademonstrować swoje potrzeby i właściwości. Wydaje się, że nikt nie mógłby przeciwstawić się tej zbiorowej sile – głównie dlatego, że rój ludzki nie jest już chmarą, nie jest wielobarwną, bezkształtną plamą. W szyku o nazwie „rój” – każdy zna swoje miejsce, wszyscy są równi i spleceni swoim jestestwem. Jestestwem, które zaistniało na hasło. Wystarczy jakakolwiek idea – proste słowo-klucz, i jednostki rozstrzelone po globie, gotowe będą do stawienia się na alert.

Jeden z uczestniczących w marszu „oburzonych” zapytany przez dziennikarza: o co walczycie? Odpowiedział:
- O sprawiedliwość. Chcemy, żeby wszystko było po równo, żeby każdy miał tyle samo.
- To znaczy, że jesteś komunistą. - odparł dziennikarz.
„Oburzony” - zdumiał się ogromnie. Wyraźnie nie brał tej postawy pod uwagę. Nie przyszło mu do głowy, że „oburzeni” mogą być utożsamiani z konkretnymi postawami politycznymi.  

I nie ma się co temu dziwić. Rój jest świadomy swojej, co prawda kształtującej się dopiero, istoty. Jednak nie jest świadomy jej całkowicie – nie jest świadomy do końca.

Rój ludzki – w największym stopniu jest świadomy swojej płytkości intelektualnej. I być może na tym polega jego siła? Na tym, że rój nie musi zgłębiać żadnych dziedzin, ani mechanizmów – czy to społecznych, czy politycznych. Wystarczy, że stawił się – uformował, zorganizował na określone hasło wywoławcze. Być może taki rodzaj świadomości zbliża rój ludzki do pierwotnego roju – a więc do świata biologii, zwierząt, owadów; do instynktowności, która jest jakością odklejoną od świadomości, od rozumu.

Oczywiście i w tym zorganizowanym już tłumie, a więc w roju „oburzonych” – pojawiły się akcenty typowe jednak dla zwykłego tłumu (jak głośny gwałt 28.letniej kobiety, wciągniętej przez kilku uczestników do jednego z namiotów, o czym swego czasu doniosły media). A pokazuje to bezdyskusyjnie, że rój jeszcze wiele musi się nauczyć, zrozumieć i wykształcić w ramach swojej formacji.

Rój jeszcze wiele musi się nauczyć, choćby w ramach własnej świadomości zbiorowej – nawet jeśli z założenia ma cechować się intelektualną płycizną. W przeciwnym bowiem razie – stanie się zagrożeniem dla samego siebie, powodując człowieczy-jakościowy regres wszechczasów.

Rebeca Serri.

Dzieci Kukurydzy - już w drodze



 
Dzieci Kukurydzy

Przyszłość polskiego społeczeństwa – już w drodze.
Narybek rośnie, dojrzewa – jak jasne główki dzieci między rzędami kukurydzy
w upiornym opowiadaniu Stephena Kinga

Szkoła imienia im. Feliksa Szołdrskiego z Nowego Tomyśla (woj. wielkopolskie) rozpoczęła edukację gimnazjalistów od września zeszłego roku w oparciu o iPady, tablety. Zamiast dźwigać do szkoły plik książek i zeszytów, od jakich kręgosłup się krzywi – teraz nosi się w plecaku, w tornistrze – owszem: też pliki, ale tym razem elektroniczne.

Spory, dyskusje i kłótnie na temat kręgosłupów dzieci obładowanych zbyt wieloma kilogramami książek – były gorące już od dawna. Jednak niewiele mówi się o tym, że oprócz skrzywienia kręgosłupa – równie straszne, bolesne i dramatyczne w przebiegu może być skrzywienie psychiki, skrzywienie dziecięcego umysłu.

Łatwo jest zwrócić uwagę na fizyczny ciężar dziecięcego tornistra. Natomiast widocznie bardzo trudno jest wskazać na ciężar systemu szkolnictwa i sztywność kajdanek i dybów programu edukowania dzieci i młodzieży. Słowem: medyczne, ortopedyczne paplanie o kręgosłupach dzieci, kościach i stawach jawi się jako oczywiste, uzasadnione, słuszne i zrozumiałe. Podczas gdy skostnienie programu nauczania, kształcenia, opieranie się ciała pedagogicznego na określonych anachronicznych wytycznych prowadzenia lekcji – ten motyw pewnym cudownym, „magicznym” sposobem nie wzbudza w nikim przerażenia.

Ciekawe dlaczego władza w Polsce pozostaje znieczulona na „walory” aktualnej edukacji, wedle których nie uczy się dzieci myślenia, poszerzania wyobraźni i zdolności rozumienia, a uczy się papuziego, pamięciowego powielania schematów odklejonych od rzeczywistości? Dlaczego nikogo z przedstawicieli tak zwanej władzy nie frapuje, że u współczesnych polskich dzieci – w szkołach pielęgnuje się pustkę w głowach ?

Co gorsza – powyższy stan nie wzbudza nawet zastanowienia ani pytań o jakość merytoryczną polskiego aktualnego szkolnictwa. Ciekawe dlaczego? Czyżby w tej dziedzinie wszystko było w porządku?

Pewien psycholog w oparciu o prywatne obserwacje dziedziny edukacji dzieci i młodzieży twierdzi, że poziom nauczania i wiedzy uczniów – ekspansywnie i wyraziście się obniża. Ponoć „stary typ” matury, który obowiązywał ostatnio bodaj rocznik 80. czy 81., nie będący wcale poziomem wygórowanym ani nadmiernie ambitnym, rysuje się obecnie nieporównywanie wyżej w odniesieniu do późniejszych szablonów matury. Jednak sięgnijmy w tym zagadnieniu głębszego dna.

Co do samej idei wprowadzenia etapu szkoły pod tytułem „gimnazjum” – zdania są oczywiście podzielone, jak w wielu dziedzinach problematyki społecznej. Natomiast ponoć nawet w elitarnych obecnych polskich gimnazjach – widać swoisty duży niedostatek poziomu wiedzy dzieci. Ten niedostatek bierze się z chybionej formy nauczania. Dla przykładu elitarni uczniowie, od których wymaga się sporo – utrzymują dobre i bardzo dobre oceny oraz znakomicie znają program nauczania, poruszają się w nim bardzo sprawnie. Nie tylko dokładnie wiedzą, czego nauczyciele od nich wymagają, ale też potrafią niezwykle skutecznie się w tych wymaganiach poruszać. Słowem: tak, radzą sobie. Ale – z czym?

Nauka, z którą ci uczniowie muszą mierzyć się na co dzień, nie ma nic wspólnego z rozwijaniem procesu myślenia. Nauka – to czysta „pamięciówka”. Zapytany o ten wątek psycholog mówi, że to, co jest w tym najgorsze, to brak wśród uczniów zwykłej, właściwie odruchowej, organicznej ciekawości.

Oznacza to, że dzieci uczą się, czego się od nich wymaga i bez zbytniego buntowania przystępują do sprostania nałożonym na nie oczekiwaniom. Jednak w żadnym przedmiocie szkolnym nie wykazują osobistej chęci zgłębiania dowolnego wątku. Nic ich rzeczywiście nie ciekawi, nie są niczym zainteresowane, nie odczuwają wewnętrznej potrzeby zdobywania informacji o świecie. Wypytane o dowolne zagadnienie naukowe – wskażą genezę problemu, rys historyczny, przebieg zdarzenia, formalne dane na jego temat. Ale go nie zinterpretują. Nie wyciągną własnych wniosków. Nie wiedzą, co sądzić, co samemu myśleć – z jednej strony dlatego, że kształt edukacji wyplenił z nich odruch sądzenia, suwerennego myślenia i zwyczajnego ludzkiego błądzenia. Z drugiej zaś strony – dzieci nowej generacji, tj.: takie, które urodziły się w świecie przepełnionym technizacją i łatwą, powszechną dostępnością do elektronicznych „cudów”, traktują owe cuda jako coś zwykłego i oczywistego, toteż ciekawość świata i życia zaciera się błyskawicznie nie tylko z pokolenia na pokolenie, ale i w obrębie pojedynczego pokolenia.

Dużo mówi się o problemach kręgosłupów przeciążonych książkami – trudniej wprowadzić zwykłe szafki w szkołach, od dawna normalne i obecne w krajach zachodnich. Trudno ułożyć program nauczania tak, aby naukę z podręcznika zlecić do domu lub odnieść się do podręcznika pozostawionego w szkolnej szafce. Za to bardzo łatwo, jak właśnie się okazuje – wprowadzić do szkoły zamiast podręczników – iPady, tablety. Wydają się przecież tak oczywiste w swoim obrazie i działaniu – i „naturalne”. Tymczasem podstawowe, elementarne problemy programu edukacji – pozostają nie rozwiązane, a wręcz stają się zbyte z pola ludzkiej uwagi, nie odnajdują dla siebie miejsca w społecznej świadomości. Nie ma w tym nic dziwnego, bo łatwo jest przeciążyć, przeładować ten „archaiczny” problem kolorowością nowoczesnego gadżetu, jakim jest iPad.

Zamiast skupiać się na elektronicznych cudeńkach rozszerzającej się cywilizacji i połączonej z nią technizacji – byłoby miło uświadomić sobie najpierw, że jednak meritum, zawartość treściowa szkolnictwa wymaga przemian, nie zaś oprawa szkoły jako miejsca bytowania dzieci. Zamiast skupiać się na chodzeniu na skróty, czym dokładnie jest leciuteńki i zajmujący mało miejsca w plecaku iPad, pasowałoby wcześniej zastanowić się, jak usprawnić prowadzenie, przebieg lekcji w szkole, aby wzbudzić i odrodzić dziecięcą ciekawość, która właśnie na naszych oczach zanika, zamiera, wyparowuje.

To ta ciekawość jest sprzęgnięta z wzrastaniem, z wkraczaniem w zewnętrzny świat, a potem w dorosłość – a dogodności ery komputerów są tylko narzędziami polepszającego komfort życia, lecz życia nie stanowią. Dorobek cywilizacyjny nie może być naturalny tylko dlatego, że jest i staje się coraz bardziej powszechny i łatwo dostępny. Telefony komórkowe, komputery, Internet – są narzędziami, natomiast nie mogą stanowić źródła właściwej wiedzy, jak i nie mogą zastąpić bardziej pierwotnych pomocy naukowych, choćby takich jak badania (ćwiczenia z fizyki – np.: hodowanie kryształków soli), eksperymenty (np.: w dobrze wyposażonym laboratorium szkolnym-chemicznym), dyskusje (np.: na tematy społeczne – podczas godzin wychowawczych lub zajęć z wiedzy o społeczeństwie).

Zamiast powielać niczym przez kalkę encyklopedyczne dane, które znajdują się w podręcznikach szkolnych – nauczyciele powinni traktować podręcznik jako zadanie domowe i zbiór wiadomości uzupełniających tylko temat lekcji. Dlatego, że wszystko co zostało ujęte w dowolnych książkach w sensie definicji czy rysu faktograficznego – nie powinno być wymagane od dzieci w postaci wyuczenia na pamięć. Do takich danych zawsze można sięgnąć w domu – wystarczy otworzyć odpowiednią książkę. To właśnie tego odruchu popierania prywatnych przemyśleń, umiejętności szukania argumentów uzupełniających swoje przemyślenia – dzieci powinny być uczone. W tym nie pomoże żaden iPad – a jeśli miałby pomóc, to może trzeba by wziąć pod uwagę nie tylko konieczność reform w edukacji, ale może trzeba by przeprowadzić – całkowitą rewolucję w polskich szkołach, zupełny przewrót?

Przecież szkoła – to przede wszystkim rozwój umiejętności funkcjonowania w społeczeństwie, a więc uspołecznianie młodych, uczenie rosnącego narybku tworzenia wspólnej struktury. Tymczasem dzieci, uczące się od września br. w oparciu o iPady – przerwę lekcyjną spędzają, stojąc na korytarzu – samotnie, w pojedynkę wpatrując się w mini komputer, ekranik przed sobą.

To jest taki obrazek: rząd dzisięciorga, dwadzieściorga dzieci stojących w milczeniu przy ścianie szkolnego korytarza. Ich buzie, twarze – nie wyrażają niczego. Dzieci nie dostrzegają siebie nawzajem, nie widzą też niczego dookoła. Są tylko one i ich tablet – i każde dziecko stoi osobno. Wydają się podobne do lalek, manekinów albo dziwnych robotów, jakie w powyższym wizerunku świeżo zeszły z nieprawdopodobnego, nieziemskiego pasa produkcyjnego lub zostały wycięte według upiornego szablonu z jednej, oderwanej od realnego życia, matrycy. Jeżeli tak ma wyglądać przyszłość nauki dzieci – należałoby zmienić formę szkoły na korespondencyjną. Dzieci i nauczyciele kontaktowaliby się wyłącznie za pośrednictwem e-maili bądź internetowych portali i forum. Po co chodzić do szkoły – spotykać się w fizycznym budynku? Czy nie jest to nierzetelna, powierzchowna kultywacja anachronizmu, historycznego sentymentu? Skoro dzieci mają chodzić do szkoły po to, aby nie odzywać się do siebie, nie komunikować ze światem zewnętrznym – po to, aby stać na przerwie i niczym małe cyborgi klikać w monitorek, w magiczny ekranik, może więc umożliwić im pozostanie w domu i klikanie stamtąd, to znaczy z domowego ciepełka – bez konieczności wychodzenia na zewnątrz?

Kiedyś dzieci na przerwie – kopały piłkę (chłopcy) i skakały w gumę (dziewczynki). Obecnie przypominają rząd surrealistycznych masek pozbawionych ciekawości, emocji, intelektualnych odruchów dążności do kreacji, pozbawionych myślenia twórczego. Taka scenka rodzajowa kojarzy się z ponurą wizją znanego horroru:

oto rosną na naszych oczach Dzieci Kukurydzy. Nowe, obecne pokolenia – rosną w obraz ludzi bezkompromisowych, nieemocjonalnych, bez własnych poglądów i bez pasji. Nikt się tym nie niepokoi, nikt za bardzo nie protestuje, nie zastanawia się, co i jak rzeczywiście koniecznie w edukacji trzeba zmienić, uplastycznić. Nikt nie lęka się tego regresu – nikt nie boi się nowych, rzeczywistych Dzieci Kukurydzy? Łatwo jest zdiagnozować źródło skrzywienia kręgosłupa – ale bardzo trudno jest uchwycić zagrożenie krzywienia ludzkiej psychiki i duszy w trakcie jego dziania się.

To jest bardzo trudne może dlatego, że ci którzy zajmują się dziedziną edukacji i polityki – sami są owocami schematycznego systemu nauczania. Wszyscy jesteśmy nie tylko więźniami obowiązujących systemów, ale też wynikamy z przestarzałych, sztucznych, zimnych mechanizmów przeszłości. I niczego nie zmieniliśmy – świat rośnie, zmienia się sam, a my pozostajemy jego naiwnymi owocami już nie zdolnymi do kreacji, nie widzącymi rzeczywistych zagrożeń człowieczeństwa.

Podczas gdy tym zagrożeniem jest nie skrzywiony kręgosłup – ale skrzywiony rdzeń konstrukcji psychicznej. Fakt, że dzieci i młodzież coraz ewidentniej stają się wyzbyte emocji i ciekawości – to jest ów dramat, nad jakim powinniśmy rozpaczać, dyskutować i – przynajmniej chcieć – zmienić.

Rebeca Serri.