niedziela, 26 lutego 2012

Dzieci Kukurydzy - już w drodze



 
Dzieci Kukurydzy

Przyszłość polskiego społeczeństwa – już w drodze.
Narybek rośnie, dojrzewa – jak jasne główki dzieci między rzędami kukurydzy
w upiornym opowiadaniu Stephena Kinga

Szkoła imienia im. Feliksa Szołdrskiego z Nowego Tomyśla (woj. wielkopolskie) rozpoczęła edukację gimnazjalistów od września zeszłego roku w oparciu o iPady, tablety. Zamiast dźwigać do szkoły plik książek i zeszytów, od jakich kręgosłup się krzywi – teraz nosi się w plecaku, w tornistrze – owszem: też pliki, ale tym razem elektroniczne.

Spory, dyskusje i kłótnie na temat kręgosłupów dzieci obładowanych zbyt wieloma kilogramami książek – były gorące już od dawna. Jednak niewiele mówi się o tym, że oprócz skrzywienia kręgosłupa – równie straszne, bolesne i dramatyczne w przebiegu może być skrzywienie psychiki, skrzywienie dziecięcego umysłu.

Łatwo jest zwrócić uwagę na fizyczny ciężar dziecięcego tornistra. Natomiast widocznie bardzo trudno jest wskazać na ciężar systemu szkolnictwa i sztywność kajdanek i dybów programu edukowania dzieci i młodzieży. Słowem: medyczne, ortopedyczne paplanie o kręgosłupach dzieci, kościach i stawach jawi się jako oczywiste, uzasadnione, słuszne i zrozumiałe. Podczas gdy skostnienie programu nauczania, kształcenia, opieranie się ciała pedagogicznego na określonych anachronicznych wytycznych prowadzenia lekcji – ten motyw pewnym cudownym, „magicznym” sposobem nie wzbudza w nikim przerażenia.

Ciekawe dlaczego władza w Polsce pozostaje znieczulona na „walory” aktualnej edukacji, wedle których nie uczy się dzieci myślenia, poszerzania wyobraźni i zdolności rozumienia, a uczy się papuziego, pamięciowego powielania schematów odklejonych od rzeczywistości? Dlaczego nikogo z przedstawicieli tak zwanej władzy nie frapuje, że u współczesnych polskich dzieci – w szkołach pielęgnuje się pustkę w głowach ?

Co gorsza – powyższy stan nie wzbudza nawet zastanowienia ani pytań o jakość merytoryczną polskiego aktualnego szkolnictwa. Ciekawe dlaczego? Czyżby w tej dziedzinie wszystko było w porządku?

Pewien psycholog w oparciu o prywatne obserwacje dziedziny edukacji dzieci i młodzieży twierdzi, że poziom nauczania i wiedzy uczniów – ekspansywnie i wyraziście się obniża. Ponoć „stary typ” matury, który obowiązywał ostatnio bodaj rocznik 80. czy 81., nie będący wcale poziomem wygórowanym ani nadmiernie ambitnym, rysuje się obecnie nieporównywanie wyżej w odniesieniu do późniejszych szablonów matury. Jednak sięgnijmy w tym zagadnieniu głębszego dna.

Co do samej idei wprowadzenia etapu szkoły pod tytułem „gimnazjum” – zdania są oczywiście podzielone, jak w wielu dziedzinach problematyki społecznej. Natomiast ponoć nawet w elitarnych obecnych polskich gimnazjach – widać swoisty duży niedostatek poziomu wiedzy dzieci. Ten niedostatek bierze się z chybionej formy nauczania. Dla przykładu elitarni uczniowie, od których wymaga się sporo – utrzymują dobre i bardzo dobre oceny oraz znakomicie znają program nauczania, poruszają się w nim bardzo sprawnie. Nie tylko dokładnie wiedzą, czego nauczyciele od nich wymagają, ale też potrafią niezwykle skutecznie się w tych wymaganiach poruszać. Słowem: tak, radzą sobie. Ale – z czym?

Nauka, z którą ci uczniowie muszą mierzyć się na co dzień, nie ma nic wspólnego z rozwijaniem procesu myślenia. Nauka – to czysta „pamięciówka”. Zapytany o ten wątek psycholog mówi, że to, co jest w tym najgorsze, to brak wśród uczniów zwykłej, właściwie odruchowej, organicznej ciekawości.

Oznacza to, że dzieci uczą się, czego się od nich wymaga i bez zbytniego buntowania przystępują do sprostania nałożonym na nie oczekiwaniom. Jednak w żadnym przedmiocie szkolnym nie wykazują osobistej chęci zgłębiania dowolnego wątku. Nic ich rzeczywiście nie ciekawi, nie są niczym zainteresowane, nie odczuwają wewnętrznej potrzeby zdobywania informacji o świecie. Wypytane o dowolne zagadnienie naukowe – wskażą genezę problemu, rys historyczny, przebieg zdarzenia, formalne dane na jego temat. Ale go nie zinterpretują. Nie wyciągną własnych wniosków. Nie wiedzą, co sądzić, co samemu myśleć – z jednej strony dlatego, że kształt edukacji wyplenił z nich odruch sądzenia, suwerennego myślenia i zwyczajnego ludzkiego błądzenia. Z drugiej zaś strony – dzieci nowej generacji, tj.: takie, które urodziły się w świecie przepełnionym technizacją i łatwą, powszechną dostępnością do elektronicznych „cudów”, traktują owe cuda jako coś zwykłego i oczywistego, toteż ciekawość świata i życia zaciera się błyskawicznie nie tylko z pokolenia na pokolenie, ale i w obrębie pojedynczego pokolenia.

Dużo mówi się o problemach kręgosłupów przeciążonych książkami – trudniej wprowadzić zwykłe szafki w szkołach, od dawna normalne i obecne w krajach zachodnich. Trudno ułożyć program nauczania tak, aby naukę z podręcznika zlecić do domu lub odnieść się do podręcznika pozostawionego w szkolnej szafce. Za to bardzo łatwo, jak właśnie się okazuje – wprowadzić do szkoły zamiast podręczników – iPady, tablety. Wydają się przecież tak oczywiste w swoim obrazie i działaniu – i „naturalne”. Tymczasem podstawowe, elementarne problemy programu edukacji – pozostają nie rozwiązane, a wręcz stają się zbyte z pola ludzkiej uwagi, nie odnajdują dla siebie miejsca w społecznej świadomości. Nie ma w tym nic dziwnego, bo łatwo jest przeciążyć, przeładować ten „archaiczny” problem kolorowością nowoczesnego gadżetu, jakim jest iPad.

Zamiast skupiać się na elektronicznych cudeńkach rozszerzającej się cywilizacji i połączonej z nią technizacji – byłoby miło uświadomić sobie najpierw, że jednak meritum, zawartość treściowa szkolnictwa wymaga przemian, nie zaś oprawa szkoły jako miejsca bytowania dzieci. Zamiast skupiać się na chodzeniu na skróty, czym dokładnie jest leciuteńki i zajmujący mało miejsca w plecaku iPad, pasowałoby wcześniej zastanowić się, jak usprawnić prowadzenie, przebieg lekcji w szkole, aby wzbudzić i odrodzić dziecięcą ciekawość, która właśnie na naszych oczach zanika, zamiera, wyparowuje.

To ta ciekawość jest sprzęgnięta z wzrastaniem, z wkraczaniem w zewnętrzny świat, a potem w dorosłość – a dogodności ery komputerów są tylko narzędziami polepszającego komfort życia, lecz życia nie stanowią. Dorobek cywilizacyjny nie może być naturalny tylko dlatego, że jest i staje się coraz bardziej powszechny i łatwo dostępny. Telefony komórkowe, komputery, Internet – są narzędziami, natomiast nie mogą stanowić źródła właściwej wiedzy, jak i nie mogą zastąpić bardziej pierwotnych pomocy naukowych, choćby takich jak badania (ćwiczenia z fizyki – np.: hodowanie kryształków soli), eksperymenty (np.: w dobrze wyposażonym laboratorium szkolnym-chemicznym), dyskusje (np.: na tematy społeczne – podczas godzin wychowawczych lub zajęć z wiedzy o społeczeństwie).

Zamiast powielać niczym przez kalkę encyklopedyczne dane, które znajdują się w podręcznikach szkolnych – nauczyciele powinni traktować podręcznik jako zadanie domowe i zbiór wiadomości uzupełniających tylko temat lekcji. Dlatego, że wszystko co zostało ujęte w dowolnych książkach w sensie definicji czy rysu faktograficznego – nie powinno być wymagane od dzieci w postaci wyuczenia na pamięć. Do takich danych zawsze można sięgnąć w domu – wystarczy otworzyć odpowiednią książkę. To właśnie tego odruchu popierania prywatnych przemyśleń, umiejętności szukania argumentów uzupełniających swoje przemyślenia – dzieci powinny być uczone. W tym nie pomoże żaden iPad – a jeśli miałby pomóc, to może trzeba by wziąć pod uwagę nie tylko konieczność reform w edukacji, ale może trzeba by przeprowadzić – całkowitą rewolucję w polskich szkołach, zupełny przewrót?

Przecież szkoła – to przede wszystkim rozwój umiejętności funkcjonowania w społeczeństwie, a więc uspołecznianie młodych, uczenie rosnącego narybku tworzenia wspólnej struktury. Tymczasem dzieci, uczące się od września br. w oparciu o iPady – przerwę lekcyjną spędzają, stojąc na korytarzu – samotnie, w pojedynkę wpatrując się w mini komputer, ekranik przed sobą.

To jest taki obrazek: rząd dzisięciorga, dwadzieściorga dzieci stojących w milczeniu przy ścianie szkolnego korytarza. Ich buzie, twarze – nie wyrażają niczego. Dzieci nie dostrzegają siebie nawzajem, nie widzą też niczego dookoła. Są tylko one i ich tablet – i każde dziecko stoi osobno. Wydają się podobne do lalek, manekinów albo dziwnych robotów, jakie w powyższym wizerunku świeżo zeszły z nieprawdopodobnego, nieziemskiego pasa produkcyjnego lub zostały wycięte według upiornego szablonu z jednej, oderwanej od realnego życia, matrycy. Jeżeli tak ma wyglądać przyszłość nauki dzieci – należałoby zmienić formę szkoły na korespondencyjną. Dzieci i nauczyciele kontaktowaliby się wyłącznie za pośrednictwem e-maili bądź internetowych portali i forum. Po co chodzić do szkoły – spotykać się w fizycznym budynku? Czy nie jest to nierzetelna, powierzchowna kultywacja anachronizmu, historycznego sentymentu? Skoro dzieci mają chodzić do szkoły po to, aby nie odzywać się do siebie, nie komunikować ze światem zewnętrznym – po to, aby stać na przerwie i niczym małe cyborgi klikać w monitorek, w magiczny ekranik, może więc umożliwić im pozostanie w domu i klikanie stamtąd, to znaczy z domowego ciepełka – bez konieczności wychodzenia na zewnątrz?

Kiedyś dzieci na przerwie – kopały piłkę (chłopcy) i skakały w gumę (dziewczynki). Obecnie przypominają rząd surrealistycznych masek pozbawionych ciekawości, emocji, intelektualnych odruchów dążności do kreacji, pozbawionych myślenia twórczego. Taka scenka rodzajowa kojarzy się z ponurą wizją znanego horroru:

oto rosną na naszych oczach Dzieci Kukurydzy. Nowe, obecne pokolenia – rosną w obraz ludzi bezkompromisowych, nieemocjonalnych, bez własnych poglądów i bez pasji. Nikt się tym nie niepokoi, nikt za bardzo nie protestuje, nie zastanawia się, co i jak rzeczywiście koniecznie w edukacji trzeba zmienić, uplastycznić. Nikt nie lęka się tego regresu – nikt nie boi się nowych, rzeczywistych Dzieci Kukurydzy? Łatwo jest zdiagnozować źródło skrzywienia kręgosłupa – ale bardzo trudno jest uchwycić zagrożenie krzywienia ludzkiej psychiki i duszy w trakcie jego dziania się.

To jest bardzo trudne może dlatego, że ci którzy zajmują się dziedziną edukacji i polityki – sami są owocami schematycznego systemu nauczania. Wszyscy jesteśmy nie tylko więźniami obowiązujących systemów, ale też wynikamy z przestarzałych, sztucznych, zimnych mechanizmów przeszłości. I niczego nie zmieniliśmy – świat rośnie, zmienia się sam, a my pozostajemy jego naiwnymi owocami już nie zdolnymi do kreacji, nie widzącymi rzeczywistych zagrożeń człowieczeństwa.

Podczas gdy tym zagrożeniem jest nie skrzywiony kręgosłup – ale skrzywiony rdzeń konstrukcji psychicznej. Fakt, że dzieci i młodzież coraz ewidentniej stają się wyzbyte emocji i ciekawości – to jest ów dramat, nad jakim powinniśmy rozpaczać, dyskutować i – przynajmniej chcieć – zmienić.

Rebeca Serri.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz