czwartek, 29 marca 2012

O żałosnych polskich celebrytkach


O gwieździe, która światło ludziom nosiła,


aż przyniosła



Media są obecnie tworem żałosnym. Między innymi dlatego, że telewizja i prasa – zamiast pozostawać źródłem wiadomości, stają się coraz jawniej i częściej wielkimi promotorami osób albo zadufanych w sobie, albo po prostu głupich.



Publicystyka staje się dziedziną niezwykle wyrafinowaną i coraz częściej – odklejoną od rzeczywistości, bo nad wyraz infantylną i próżną. I ja sama – uprawiając swoistą publicystykę, czyli prowadząc bloga – zaczynam postrzegać siebie jako istotę żałosną. A to dlatego, że zamiast komentować wydarzenia ważne w sensie społecznym i kulturowym – coraz częściej „muszę” pisać o sprawach i ludziach: błahych, beznadziejnych, plastikowych, jałowych i bezsensownych. Muszę – bo nie sposób przejść obok nich, zachowując stoickie, święte milczenie.



Czy można przemilczeć promowanie przez media i przez tak zwane środowiska opiniotwórcze – intelektualnego blichtru i idiotyzmu? Może i można. Jednak czasami – krew się gotuje i przemilczeć – nie wypada.



Najpierw Kasia Tusk otrzymała nagrodę za szczególne zasługi dla polskiej blogosfery – dzięki blogowi, który – jak sugeruje tytuł – ma czynić życie łatwiejszym. Żenujące, że można nagradzać i reklamować blogową działalność subtelnych, miałkich stworzeń, takich jak Kasia. Choć nie miałabym zamiaru po raz kolejny tego komentować (skomentowałam już w tekście pt.: Przekrój się ośmiesza), gdyby nie smutny i denerwujący zarazem świeży fakt, że oto w barwnym, rozświetlonym światku wspaniałych polskich celebrytów – wyłania się kolejny twór. Wygląda więc na to, że media – zamiast mnie informować, zaczynają prześladować i straszyć. Przez co czuję się po trochu gorsza i głupsza od siebie samej – i powoli podobnie żałosna do mediów. Najpierw postraszył mnie – straszny cień pustej, śmiesznej Kasi Tusk, a teraz – kolejnej (równie abstrakcyjnej i przezroczystej w sensie duchowym) zjawy.



Mowa o „wielkiej pani mecenas sztuki” – opiekunki polskich artystów, Mai Sablewskiej. Podkreślam, bardzo chciałabym jej nie zauważyć i nie pisać o niej – niestety sumienie mi nie pozwala, gdyż w mediach głośno o tej przedziwnej postaci ostatnimi czasy. I tak właśnie otaczający blichtr – wciąga mnie w swój wir i nie potrafię zupełnie się wyłączyć z tego żałosnego wiru. Z żałosnego nurtu medialnej papki i płaskich pseudo informacji, które w rzeczywistości sieją dezinformację i psują ludziom głowy. I na pewno nie czynią życia łatwiejszym. Ani przyjemniejszym. Wróćmy jednak do pani Sablewskiej.



Początkowo pani Sablewska postanowiła zostać wspaniałą menadżerką i „wizerunkową mentorką” gwiazd – i w porządku. Nic mi do tego. Nie interesuje mnie to ani trochę.



Później panią Sablewską telewizja TVN zaangażowała do jurorowania w X Factor – też w porządku. Co mnie to obchodzi?



Ale ostatnia dana o pani Sablewskiej, o której donoszą media – zdecydowanie mnie przytłoczyła. Otóż ponoć pani Sablewska aktualnie pisze dwie książki: a to już nie jest w porządku.



Okazuje się, że można mieć problemy z poprawnym wysławianiem się na co dzień – ale i tak nie przeszkodzi to w tym kraju w zostaniu pisarzem. Włos mi się wszelki zjeżył. Jest wielu ludzi, którzy poświęcili swoje życie na pisanie – stale kształcą się w tym kierunku i uczciwie dążą do wydania swoich dzieł. Lecz o tych uzasadnionych debiutach literackich – powszechnie niewiele wiadomo. Ich promocja i działalność nie jest nawet w jednej czwartej tak czytelna, jak wątpliwej jakości postać jednej czy drugiej celebrytki.



Pani Kasia, czy pani Maja – wystarczy, że plastikowo do kamery się uśmiechnie, tu na blogu opublikuje ładny przepis kulinarny, tam przebierze się za gwiazdę á la Seks w wielkim mieście – trzepnie sobie fotę drogą cyfrówką, i po robocie. A drugi i trzeci bałwan – eksponuje jej „wielce zdolne uczynki” jako coś kapitalnego i istotnego w odbiorze polskich kobiet.



Nie rozumiem powyższych mechanizmów. Obecnie pani Sablewska została bodaj konsultantem marki Rimmel do spraw wizerunku. Zafascynowana „londyńskim look'iem” – będzie na łamach bloga, a wkrótce – swoich książek, tłumaczyła polskim dziewczynom i kobietom, jak mają się ubierać, jak malować, co jeść, jak żyć. Cóż – nie potrafiła pani Maja swoim zacnym „mentorstwem” oraz „wiedzą” życiową nakarmić artystów, nad jakimi pełniła wcześniej pieczę – lecz ze zwykłym plebsem, to jest przeciętnymi zjadaczkami chleba powinno już pójść jej jak z płatka.



My – Polki – jesteśmy wszak kretynkami pozbawionymi gustu i, co gorsza, suwerennego myślenia. W główkach mamy sitka – i niczego nie można na to poradzić. Ważne, znaczące informacje – przeciekają nam przez owe sitka, a tylko sam osad, szlam – pozostaje, unosi się na wierzchu i na dno nie chce opaść (szlam – taki jak blogowe brednie panny Kasi i pszczółki Mai). Trzeba nas stale prowadzić za rączkę i tłumaczyć nam rzeczy oczywiste. Okazuje się, że my, zwykłe kobiety – same niczego nie wiemy. Nie mamy pojęcia, jak poprawnie dobrać sobie rozmiar stanika; nie wiemy, co jeść; nie wiemy, co sądzić. Trzeba nam to po kolei jasno wyłożyć. Musimy uczyć się wszystkiego krok po kroku – z telewizji. Niezbędne nam są panienki Kasieńki – bo bez nich nasze życie nie mogłoby stać się łatwiejszym. Teraz – niezbędna nam i pszczółka Maja, która jest znana z tego, że jest znana (bo dokładnie tyle znaczy miano „celebrytka”). Zdania poprawnego gramatycznie na blogu doszukać się u niej nie sposób, ale książki – będące dodatkowo poradnikami – stworzy dwie nieomal od razu, za jednym zamachem. 



Cholera, a może jest w tym pewna logika? O co mi chodzi właściwie? Na co ja narzekam? Chyba już nie potrafię odpowiedzieć na te pytania w pełni samodzielnie. Chyba stałam się żałosna – jak Kasia, jak Maja, jak media...



Albo zwyczajnie oburzam się na chory, coraz bardziej idiokratyczny świat, w którym coraz rzadziej promuje się talenty i ludzi ciekawych – a coraz częściej postacie sztuczne jak manekiny, puste jak wydmuszka i miałkie i bezbarwne jak wyprany znaczek pocztowy.



Idzie koniec świata. Potencjał i zasób tego, co ktoś – może mieć do powiedzenia: nie ma już żadnego znaczenia. Teraz wystarczy się uśmiechnąć i wyznać publicznie, że ma się wiele pomysłów, że kipi się i emanuje pozytywną energią – że od dziś będzie się pisało książki... Ciekawe, jak to jest? Obudzić się pewnego ranka i pomyśleć: a teraz będę pisarką. Ciekawe...



A teraz będę mecenasem sztuki.



A teraz będę modelką.



A teraz będę tancerką.



A teraz będę piosenkarką.



A teraz będę gwiazdą...



Ale co to znaczy – gwiazdą? Och, no wiecie – być gwiazdą: to znaczy – chodzić i świecić. Będę niosła ludziom światło od dziś. To właśnie jest gwiazda – celebrytka.



niosąca światło – ach tak.



Chcąc, nie chcąc – przypomina mi się etymologia imienia Lucyfer. Z łacińskiego – niosący światło.



Rebeca Serri.

środa, 28 marca 2012

Związek: młoda kobieta - starszy mężczyzna


Mała piękna i poważny czarodziej – w jednym

stali domu

Wątek jak w powieści Nabokova – młodość, dziewczęcość

wabi dojrzałego mężczyznę swoim urokiem;

dziewczyna wiąże się za starszym, bo przy nim

czuje się piękniejsza

Istnieje wokoło wiele związków nieformalnych i małżeńskich, gdzie kobieta jest młoda, a mężczyzna znacznie starszy. Na pierwszy rzut oka przypominają ojca i córkę, ale w rzeczywistości są relacją partnerską. Nie ma w tym nic dziwnego – w dzisiejszej dobie nie widać już jednego kulturowego szablonu, według jakiego ludzie wchodzą w głębokie relacje ze sobą. Jest obecna w tej materii ogromna dowolność i przebogata, kolorowa paleta możliwości. Zdaje się, że im ta dowolność więcej rozległa, niczym nieskrępowana – tym mniej czynników determinuje nasze osobiste wybory. Im więcej nam wolno – tym bardziej jesteśmy świadomi swoich potrzeb i wybieramy coraz śmielej. I to różnorakich potrzeb: wewnętrznych, emocjonalnych, intelektualnych, seksualnych itd.

Ale czy na pewno? A może jednak występuje tu pewien paradoks: im więcej nam wolno – tym bardziej stajemy się zniewoleni. A w takim razie, jeśli założyć ten paradoks – stajemy się zniewoleni przez co? Który czynnik, bodziec, bądź zespół czynników warunkuje nasze osobiste, w pełni odśrodkowe wybory? Co nas określa – skoro nie świat zewnętrzny, nie główna matryca, szablon zachowań wykrojony przez społeczeństwo? Na jakiej podstawie wybieramy? Czym się kierujemy? Co nakazuje nam wybierać tak, a nie inaczej?

Młode kobiety związane ze znacznie starszymi od siebie mężczyznami jednogłośnie wskazują na atuty takiego związku. Z ich szczerych, przekonywujących opinii wynika, że starszy partner, to silne poczucie bezpieczeństwa, spokoju i komfortu psychicznego; lepszy, pełniejszy kontakt intelektualny i emocjonalny; większe zaufanie i tym samym poczucie wolności osobistej. Ponadto młode partnerki mówią o zaletach życia seksualnego ze starszym mężczyzną. Dlaczego?


Ich zdaniem starszy partner – równa się doświadczenie i mądrość. Ale to nie wszystko. Starszy partner przede wszystkim dba o swoje ciało i jego atrakcyjność – poświęca zachowaniu znakomitej sylwetki i utrzymywaniu sprawnej kondycji dużo więcej uwagi niż młody mężczyzna, a przy tym czyni to bez próżności i wynikającego z niej przesadyzmu. Młode kobiety tłumaczą też, że przewaga starszego mężczyzny nad młodym – wynika nie tylko z empirycznego poznania tajemnic alkowy, ale i z dodatkowej, banalnej przyczyny. Starszy partner, to po prostu dojrzały, kompletnie uformowany już człowiek. Dojrzały, świadomy, który w przeciwieństwie do młodego mężczyzny nie uznaje się za macho, nie uważa, że wszystko mu się należy, lecz wie, że wiele aspektów życia, w tym własne szczęście i stanowienie dla swojej partnerki atrakcyjnego partnera i kochanka, wymaga i potrzebuje jego pracy, a na pewno swoistego wysiłku. Kobiety, które są związane ze starszymi od siebie mężczyznami, uważają ich więc za bardziej wartościowych – mężczyzn, kochanków i po prostu ludzi.

Część z tych kobiet miała w przeszłości bliższe relacji z rówieśnikami. I opowiadają one na ten temat, że młody mężczyzna, to wieczny, próżny i zupełnie bezowocny pośpiech (tak w życiu codziennym, jak w łóżku), a stąd także brak wyobraźni, empatii i starania.

Młoda kobieta – to witalność, dodatkowy haust świeżego tlenu dla zdecydowanie od niej starszego mężczyzny. Dlatego wyzwala ona w mężczyźnie poczucie, że każdego dnia wspólnego życia – musi on na nią zasłużyć; potrzebuje o nią się starać, walczyć, ale potrzebuje również dbać o swoje zdrowie, poziom intelektualny i kondycję swojego ciała. Dlatego, że jest świadomy, że młoda, rozwijająca się kobieta – to ciągła przemiana, żywioł ognia. Stąd mężczyzna nie może sobie pozwolić na żaden regres, chwile bezpłodnego marazmu, bo to wszystko zmierza w linii prostej do rutyny i minięcia się w codziennej drodze. Zatem dojrzały mężczyzna wie, że nie może swojej kobiecie się znudzić – musi być dla niej niezmiennie interesujący, przykuwający, apetyczny. W efekcie – przekłada się to na wspólne dobro i zadowolenie ze związku.

Część młodych kobiet związanych ze znacznie starszymi od siebie mężczyznami – nigdy nie była w rówieśniczych związkach, lecz od razu przejawiała skłonność do dojrzałych partnerów. Niezależnie jednak od wcześniejszego doświadczenia kobiet w tym zakresie – wszystkie, które ostatecznie zdecydowały się na poważny, trwały związek ze starszym mężczyzną, podkreślają swoje indywidualne upodobania co do mężczyzn oraz fakt, że takiego wyboru dokonały najzupełniej świadomie, kierując się swoją wolną wolą, uczuciami, intuicją i prywatną definicją piękna drugiego człowieka. Wszystkie kobiety mające za partnerów starszych mężczyzn wskazują, że ze światem rówieśniczym nigdy nie miały za wiele wspólnego – zawsze odstawały od grupy, przejawiały więcej złożone od rówieśników pasje i zainteresowania. Reasumując – odbierały one własną przewagę intelektualną i emocjonalną nad rówieśnikami. Stąd związki z mężczyznami w tym samym wieku lub bardzo zbliżonym – były przez nie albo odrzucane z góry i klasyfikowane jako „nieciekawe, stanowczo nie dla mnie, niczego frapującego tutaj dla mnie nie ma”, albo kończyły się fiaskiem.

Podobno też mitem jest, że kobieta wybiera docelowego partnera na podobieństwo swojego ojca – jak i mitem jest teza, że młode kobiety w związku ze starszym mężczyzną szukają po prostu ojcowskiej opiekuńczości i troski.

Poczucie bezpieczeństwa, to nie to samo, co tatusiowatość. - mówi 26.letnia Ola związana od 3.lat ze starszym o 19 lat Wojtkiem - Poczucie bezpieczeństwa, które daje dziewczynie starszy partner, polega na jego stabilności psychicznej i mądrości. Nie chodzi o to, że Wojtek mnie uczy, wychowuje, ale o to, że mogę się na nim swobodnie oprzeć.” - argumentuje Ola.

Poza tym Ola – jak i inne partnerki starszych mężczyzn – podkreśla, że ma bardzo dobrą relację z ojcem.

Mój tata zawsze był i jest świetnym tatą. Dlatego nie mam potrzeby doszukiwania się w mężczyźnie jego zastępcy.” - tłumaczy.

„Wydaje mi się, że to, że jestem starszy od Oli o tyle lat powoduje, że staram się dawać jej to, co we mnie najlepsze. Mój wiek sprawia, że nie rozmieniam się na drobne i nie szukam wiatru w polu. Mam już za sobą chłopakowate niepokoje i wyskoki, dlatego puszczanie pary emocji w gwizdek kompletnie mnie nie obchodzi. - opowiada Wojtek, 45.letni partner Oli - Mam wrażenie, że Ola wyczuwa to właściwie poza werbalnie, stąd wie, że może mi bez problemu ufać. Tajemnica naszego zgranego bycia razem wynika więc z czegoś innego, niż schemat ojciec-córka. Oboje potrzebujemy od siebie czegoś innego od tego schematu. Potrzebujemy się rozumieć i być dla siebie równi wszędzie poza metryką biologiczną.” - wyjaśnia Wojtek.

32.letnia Dagmara (od 8.lat żona starszego o 22 lata Jerzego; mają dwoje dzieci – 6.letniego Patryka i 2.letnią Dominikę) opisuje swój związek w taki sposób:

„Zawsze byłam raczej cicha i zamknięta w sobie. Od krzykliwych rówieśników wolałam uciekać w w książki, w naukę. Może brzmi to dziwnie, ale naprawdę tak było, że nauka sprawiała mi przyjemność. Potem okazało się, że jako dojrzewająca dziewczyna również w życiu szukam spokoju i chyba ustawienia różnych rzeczy i wartości na sensownych i stałych miejscach. Co do Jerzego, którego poznałam mając 21 lat, to myślę, że głównie spodobało mi się w nim to, że nie był zaborczy, ani zazdrosny. Ludziom zdaje się, że starszy mężczyzna jest wiecznie zazdrosny o swoją młodziutką kobietę i bezkompromisowy, ale moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. Jerzy od początku był skupiony na mnie i myślał w takich kategoriach, co możemy mieć ze sobą wspólnego, a nie w takich, jakich ja mogę mieć kolegów i co mnie z nimi łączy czy nie łączy. Po prostu nigdy mnie nie ograniczał, nie zastanawiał się bezsensownie nad tym, jak ukrócić mi bezpośrednie kontakty ze światem, ani jak na mnie wpłynąć – on skupiał się na tym, jak do mnie dotrzeć, na tym, jacy możemy być dla siebie i co możemy razem stworzyć. Ta dojrzałość od razu mnie ujmowała. Jako młoda dziewczyna mimo swojej nieśmiałości chodziłam wcześniej z paroma chłopcami i chcę powiedzieć, że właśnie oni byli okropnymi zazdrośnikami.”

Tak więc o relacjach młodych kobiet i starszych mężczyzn możemy wypowiadać się w samych superlatywach. Młoda kobieta w takim związku codziennie jest dowartościowywana, komplementowana, ponadto nie musi obawiać się zdrady, możliwości „zostawienia jej dla młodszej”. Zaś starszy mężczyzna czuje się atrakcyjny, pewny siebie, odmłodniały, silny i potrzebny. Patrząc na takie związki, możemy zauważyć niewątpliwe obdzielanie się partnerów nieustającą wzajemną uwagą i szacunkiem. A zatem – same plusy.

Ale jest też druga strona medalu. Część młodych kobiet ogniskujących swoje zainteresowanie płcią przeciwną na mężczyznach starszych – nie znalazła swojej przystani i stabilizacji. Dlaczego?

31.letnia Ewelina ma za sobą relację ze starszym o 15 lat Piotrem. To, co ma do powiedzenia na podstawie osobistego doświadczenia – odbiega nie tylko od poprzednich przytoczonych tu wypowiedzi, ale i od tego, co powszechnie twierdzą psychologowie i seksuologowie na ten temat.

„Wszystkie kobiety, które interesują się starszymi mężczyznami, wydają się wewnętrznie starsze od rówieśników. Od wczesnych, szkolnych lat cechują się bardziej wyrafinowanymi, albo po prostu mniej dziewczęcymi hobby. Może to być polityka, nauki społeczne, ścisłe i wiele innych. To jest taki typ dziewczyny, młodej kobiety. Samodzielna, aktywna, pracowita, nastawiona na zdobywanie świata, konkretna, samo zdyscyplinowana. Koledzy w tym samym wieku ją nudzą albo śmieszą. Rozmowy koleżanek o chłopakach, kosmetykach czy trendach w modzie uważa za żałosne, puste i uwłaczające jej możliwościom intelektualnym. - tłumaczy Ewelina - Sama byłam podobną dziewczyną i od młodego wieku ciekawili mnie wyraźnie starsi ode mnie mężczyźni. W mojej ocenie byli atrakcyjniejsi pod każdym względem. Wydawało mi się, że szukam z nimi kontaktu, ponieważ potrzebuję być doceniona przez znawcę życia czy konesera kobiecej urody. Byłam takiego zdania, że młodzi mężczyźni mają zawężone, spłaszczone pojęcie o kobiecej urodzie. Mówiąc prosto z mostu: z moich ówczesnych obserwacji wynikało, że młodzi mężczyźni umieszczają swoją uwagę w dziewczynach płytkich o plastykowej urodzie. Tymczasem mężczyźni dojrzali, a tacy najczęściej mają już za sobą pożycie małżeńskie i wynikającą z niego wiedzę o kobietach i samych sobie, potrafią dojrzeć prawdziwą urodę przez pryzmat osobowości kobiety. To znaczy, że mężczyzna dojrzały wybiera kobietę, postrzegając ją jako całość, podczas gdy szczenię skupia się na powierzchowności, prostym seksie i łatwości dostępu do potencjalnej kochanki.” - relacjonuje swoje spostrzeżenia Ewelina.

Ewelina poznała Piotra przez przypadek, mając 27 lat. 42.letni wówczas Piotr był żonaty od 12. lat i miał 9.letniego syna. Ewelina nigdy nie posądziłaby siebie o to, że może pozwolić sobie na relację z żonatym mężczyzną. Niemniej życie napisało dla niej ten scenariusz – lecz czy napisało samo, tzn.: w oderwaniu od Eweliny, od jej wolnej woli?

„Byłam przekonana, że mam mocny kręgosłup moralny. - wyjawia Ewelina - Piotr także sprawiał takie wrażenie. Zanim do czegokolwiek między nami doszło, zapieraliśmy się przed sobą rękami i nogami. Ani on nie szukał kochanki i nie planował odejścia od żony, ani ja nie miałam zamiaru być tą drugą. Jednak emocje wzięły nad nami górę. Przystojność Piotra, jego intelektualizm, umiejętność naszego porozumiewania się na wielu zaawansowanych poziomach powodowały coraz silniejsze wsiąkanie w siebie nawzajem. Oczywiście od początku dla obojga to była ślepa uliczka. Żeby nas z niej uwolnić, musiałam poświęcić parę lat na poważne zastanowienie się nad sobą i nad motorem moich wyborów.” - opowiada Ewelina.

Mianowicie doszła do finalnego wniosku, że dojrzałych mężczyzn wybierają – młode kobiety tylko pozornie pewniejsze siebie od rówieśniczek, które z kolei wiążą się z rówieśnikami. Podczas gdy faktycznie są to kobiety mocniej zakompleksione, psychicznie słabsze, zaś emocjonalnie – jeszcze nie rozwinięte lub zwyczajnie naiwne. Ewelina popiera tę konkluzję takimi uwagami, płynącymi z autopsji:

„Przeszłam bolesną drogę, zanim udało mi się sięgnąć swojego, jak dzisiaj sądzę, dna, to znaczy prawdziwego źródła. Niewiele młodych kobiet ma tego świadomość albo zwyczajnie nie chce się do tego przyznać. Jednak jest faktem, że najczęściej wybieramy starszych partnerów, ponieważ jesteśmy tchórzliwe i mamy deprymujące kompleksy – i to na punkcie swojego ciała. To dlatego usiłujemy przykryć te kompleksy wykształceniem, pracą, za wszelką cenę próbujemy udowodnić, że mamy do powiedzenia coś więcej, niż tylko na temat nowego błyszczyka na półce w drogerii, że jesteśmy czymś więcej, niż nogami, niż biustem, niż pupą. W rzeczywistości po prostu boimy się zainteresować młodym mężczyzną, swoim rówieśnikiem, ponieważ podskórnie zdajemy sobie sprawę, że jest on trudniejszy do zdobycia. Mężczyzna starszy, dojrzały – może zachwycić się młodą kobietą niezależnie od jej urody. Dlatego, że sama jej młodość działa jak piękno, jak najlepszy afrodyzjak. Kobiety nie przyznają się do tego z wielu powodów, jednak ja spojrzawszy sobie w oczy, zrozumiałam jedno: nie tyle wolałam starszych, co tuszowałam swoje lęki i kompleksy tym, że starszy był celem łatwiejszym do osiągnięcia. Gdy związałam się z Piotrem, schlebiało mi bezwzględne uwielbienie i pożądanie, z jakimi na mnie patrzył; każdą wspólną chwilę traktował jak bonusowy dar od losu, na który w swoich oczach nie zasługiwał – chociaż w istocie nie chodziło mu o mnie, lecz o moją młodość, o jego własne poczucie, że dostarczam mu świeżego powietrza. To dzięki mnie – jemu chciało się żyć, głęboko oddychać, a ja byłam z siebie taka dumna i myślałam: cudownie jest być porcją świeżego powietrza. Porcja świeżego powietrza – tylko tyle. Dla mnie to był wtedy szczyt marzeń i miłosnych osiągnięć – bo sądziłam, że na nic więcej nie zasługuję.” - wyznaje Ewelina.

Ewelina zadecydowała o rozstaniu z Piotrem po 4.latach, jakkolwiek wspomina tę relację jako najcenniejszą lekcję uczuć, która doprowadziła ją do wiedzy o samej sobie.

„Psychologia to jest nowy kult, nowa religia. - kwituje Ewelina - Ta religia polega na tamowaniu prawdy, odzieraniu rzeczywistości z etyki i z prób dotarcia do w miarę obiektywnej genezy zachowań. Psycholog zakłada różowe okulary i na każdy problem odpowiada, że to nie szkodzi, że nie należy się potępiać za swoje złe wybory, ponieważ każde cierpienie uszlachetnia, a każda pomyłka – uczy. Nie mogę utożsamić się z tym współczesnym pojmowaniem i tłumaczeniem życia. - wyjaśnia - Obecnie jestem singlem i nie wodzę rozrzewnionymi oczyma za przystojnymi, szpakowatymi panami. Wierzę, że jeśli będzie mi dane odnaleźć swoją przystań, dokonam tego przy pomocy uczciwego patrzenia na drugiego człowieka. A wtedy jego wiek – będzie miał znaczenie drugoplanowe. A ponieważ z zawodu jestem psychologiem, dodam, że nie wszystkie uczynki należy wybaczać i usprawiedliwiać, tak samo jak nie wszystkie związki są pełnowartościowe i autentycznie partnerskie tylko dlatego, że obojgu w danej relacji jest dobrze, cudnie i wspaniale. Czasami pod spodem tego iluzorycznego szczęścia i dopasowania kryje się spychana w nieświadomość obawa przed byciem odrzuconym – i właśnie dlatego młode kobiety wiążą się ze starszymi, a starsi z młodymi kobietami. Dlatego, że to są związki bezpieczne i łatwe do zbudowania.”

Rebeca Serri.

Przyp. red.: imiona bohaterów zostały zmienione.

Polska ustawa antyaborcyjna


Polska ustawa antyaborcyjna –


ustawa przeciwdziałająca rozwojowi życia





Aborcja w Polsce jest wyjątkowo ciężkim tematem. Nie tylko dlatego, że trudno jest znaleźć na ten temat jednoznacznie określone, merytoryczne informacje, ale również dlatego, że trudno wytworzyć sobie prywatne zdanie, precyzyjną postawę odnośnie aborcji – bez narażenia się na głębokie potępienie w oczach innych. Na potępienie – niezależne od stanowiska, jakie się zajmie.



Mówiąc wprost, cokolwiek powiem o aborcji, mogę spotkać się z ruganiem, łajaniem i opluciem. Jeśli powiem „za” – szeroko pojęci „obrońcy wszech życia” nazwą mnie morderczynią bez sumienia. Jeśli powiem „przeciw” – środowiska feministyczne nazwą mnie zabójczynią kobiecej wolności. Nie ma więc oczywistych odpowiedzi na pytania o aborcję. Pomimo czego temat aborcji w Polsce – pozostaje żywy, nie rozgryziony i nie usystematyzowany w absolutnie żadnej mierze.



Wydaje się, że mniejsze emocje i kontrowersje wzbudza temat kary śmierci, niż temat aborcji – gdzie oba problemy w dyskusjach społecznych sprowadzane są do wspólnego mianownika pod tytułem: Zabijanie. Podczas gdy w rzeczywistości istnieje kolosalna różnica między skazywaniem dorosłego, świadomego człowieka na karę śmierci, a usunięciem z macicy zapłodnionej komórki jajowej. A różnica ta ogranicza się nie tylko do ustanowienia definicji życia, człowieczeństwa – do określenia, na jakim etapie ciąży mamy do czynienia już z bytem ludzkim, a na jakim jeszcze z biologiczną po prostu formą, rozpoczynającej liczne podziały, zygoty, która dopiero w dalszym przebiegu – da początek organizmowi potomnemu. Taka definicja życia i człowieczeństwa nigdy nie zostanie kompletnie ustalona i dlatego kładzenie takiej definicji na szali w debatach publicznych czy politycznych, dotyczących aborcji – jest próżne, nie wystarczające i tym samym nie prowadzące do optymalnego rozwiązania problemu. Problemu tak w sensie regulacji prawnej, jak w sensie pojedynczych sumień obywateli. Zamiast więc powszechnie spierać się na „argumenty” z góry dla stron obu utracone i przegrane, byłoby rozsądniej skupić się na spojrzeniu na problem z kilku innych stron.



Nie ma wątpliwości, że aborcja powinna być regulowana prawem ludzkim – ponieważ nie da się od takiej regulacji uciec w żadnym aspekcie życia. Jednak jeśli chodzi o Polskę, politycy (dla zdrowej dla psychiki odmiany) powinni zogniskować się na potencjalnej mądrości prawa ludzkiego, a nie na ograniczeniu swojej wyobraźni, nie na własnym idiotyzmie i wąskotorowości poglądów.



Swego czasu (niedawno) w okolicach Częstochowy znaleziono noworodka zawiniętego w materiał, wrzuconego do śmietnika. Dziecko umarło. Synchronicznie z tym zdarzeniem do pobliskiego szpitala zgłosiła się 24.letnia kobieta, będąca tuż po porodzie. Nie miała ze sobą dziecka, natomiast w wyniku porodu, który najwidoczniej odbył się poza szpitalem, w zdrowiu kobiety pojawiły się okoliczności wymagające pomocy lekarza. Personel medyczny zaniepokojony skojarzeniem tych wszystkich danych, zawiadomił policję (jak podała Gazeta.pl). Gdyby Polska nie była krajem, w którym ustawa aborcyjna de facto jest ustawą nader restrykcyjną i wyraźnie antyaborcyjną – być może przypadków, gdzie dochodzi do pozbawienia życia świeżo narodzonych dzieci lub pozostawienia świeżo narodzonych dzieci na pewną śmierć, mielibyśmy zdecydowanie mniej. Jest to oczywiście domniemanie, ale już obiektywnym faktem jest, że nawet w przypadkach ciąż zagrażających zdrowiu i życiu matki i/lub dziecka, polscy lekarzy z nieuzasadnioną rezerwą podchodzą do poszanowania przysługującego takim kobietom prawa do aborcji.



Aborcja w Polsce praktycznie jest zakazana, stąd jeszcze więcej zatrważające zdumienie, że nawet w tych nielicznych sytuacjach legalnego dopuszczenia do aborcji – lekarze niechętnie opiniują możliwość kobiety do skorzystania z jej prawa. Wydaje się to wręcz nie do uwierzenia.



Fronda.pl opisała przypadek lekarzy z Poznania, którzy odmówili prawa do aborcji kobiecie, której płód cechował się zespołem Downa. Fronda.pl traktuje o tym zdarzeniu, wychwalając działanie medyków z Poznania, co jest zgodne z tendencją profilu tego portalu. Ale już zupełnie nie zasługujące na szacunek jest to, że Fronda.pl opisała wyżej wymieniony przypadek pod pozorem wskazania na rzekomo obiektywne aspekty całego zdarzenia. Łatwo w ten sposób manipulować czytelnikami – i przypuszczalnie redaktorzy Frondy.pl wolą taką formę oddziaływania na odbiorców, niż docierać do świadomości racjonalnymi argumentami.



Być może dzieje się tak dlatego, że naprawdę racjonalnych argumentów, mających na celu wywrzeć na kobiecie presję i zmusić ją do urodzenia dziecka, którego urodzić ona z wielu złożonych powodów nie chce – po prostu nie ma. Rozważenie przez kobietę aborcji jako jednej z alternatyw wpływających na jej późniejsze życie – nigdy nie jest ani proste, ani „bezduszne”, ani typowo racjonalne. Nie może być racjonalne, bo mówimy tu o skomplikowanym świecie emocji i uczuć. Tym bardziej jest to irracjonalne, gdy wskutek badań prenatalnych okazuje się dla przyszłej matki, że dziecko znajdujące się w jej łonie jest chore, upośledzone genetycznie, cieleśnie i umysłowo – a dziecko to było owocem miłości, na narodziny jakiego kobieta czekała. Tymczasem przychodzi jej zderzyć się z gorzką prawdą o zdrowiu swojego dziecka i podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu. Zamiast pomocy medycznej wynikłej ściśle z przysługującego jej w tej sytuacji prawa do aborcji – spotyka się ona z bezprawną odmową lekarzy do przeprowadzenia zabiegu. A Fronda.pl pisze o tym wydarzeniu, skandując i wiwatując laurowe hasła i komunały na temat poznańskich lekarzy, gdyż spomiędzy wersów artykułu pobrzmiewa skrywany refren: „Brawo dla lekarzy z Poznania! Więcej takich odważnych lekarzy i ich decyzji w Polsce!”.



Gloryfikowanie ludzi z zespołem Downa przez redaktorów Frondy.pl jest obrzydliwe i niezrozumiałe – ani z punktu widzenia emocji, ani intelektu. Legalne usuwanie ciąż przez kobiety, których nienarodzone jeszcze dzieci wykazują znamiona tej choroby – opisywane jest jako mordowanie, polegające na barbarzyńskim zawiadowaniu narodzinami, które prowadzi do kontroli eugenicznej. Opisywane jest także jako zabijanie dzieci, które w przyszłości mogą być pełnowartościowymi ludźmi, w niczym nie odbiegającymi od fizycznie i psychicznie zdrowych.



Takie przedstawianie zespołu Downa jest zupełnym przekłamaniem i wizją „ochrony życia” „wbrew świadomemu życiu”, dla samej wynaturzonej idei. Nadzwyczajne, że w społeczeństwie katolickim, które lubi mianować się wyrocznią sumień wszystkich obywateli – na miejscu pierwszym, a właściwie na miejscu jedynym, stawia się uchowanie życia biologicznego za wszelką cenę, natomiast zadanie sobie pytań o dalszą jakość życia chorych, narodzonych już, dorastających dzieci oraz ich rodziców – zostaje zepchnięte celowo, bezkompromisowo w najczarniejszą czeluść świadomości. Zamiast zadać sobie tego rodzaju pytania o przyszłość i perspektywę życia ludzi – wolimy powiedzieć: tabu. O tym się nie mówi. Cicho – sza. Zamiast kłaniania się pojęciu „tabu”, proponuje się uszanować, a chociażby zdać sobie sprawę i przyznać rację bytu – okrutności, czy bezkompromisowości wpisanej w życie, gdzie na co dzień możemy zobaczyć dorosłych z zespołem Downa i ich mocno starsze już matki. Co stanie się z tymi ludźmi po śmierci matek – pozostaje wątkiem przypominającym rosyjską ruletkę: przeżyją albo nie przeżyją; w rewolwerze znajduje się tylko jeden nabój, może więc mają spore szanse na przetrwanie – zakręćmy bębenkiem i zabawmy się w loterię. Te matki kochały swoje dzieci i nie zdecydowały się na aborcję bądź odmówiono im prawa do aborcji – natomiast fakt, na jakim poziomie intelektualnym i samowystarczalnym ukształtuje się osobowość człowieka z zespołem Downa, nie jest do wymiernego zarokowania z pułapu wczesnej ciąży.



Terapeutka prowadząca pracownię rękodzieła w placówce terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych w warmińsko-mazurskim ma pod swoją opieką w pracy kilkoro dorosłych z ww schorzeniem (przyp. red.: zespół Downa). Jedna z podopiecznych, 34.letnia Madzia – jest po raz kolejny w ciąży (ojcem dziecka jest również mężczyzna z zespołem Downa). Do jej świadomości nie docierają pojęcia takie jak antykoncepcja. Na co dzień znajduje się ona pod opieką kochającej matki, pomimo czego nie może ona upilnować córki, uchronić jej przed seksem prowadzącym do prokreacji. Madzia nie rozumie nawet swojego położenia. Traktuje seks na poziomie takim samym, na jakim bawi się klockami. „Dla niej jest to tylko rodzaj zabawy służącej rozładowaniu napięcia.” – tłumaczy terapeutka.



Inna podopieczna, 26.letnia Ula, jest upośledzona w znacznie mniejszym stopniu od Madzi. Jest bardzo zrównoważona, grzeczna i zaangażowana w twórcze działania na terapii zajęciowej. Jest też nadzwyczajnie miła, ma wiele ciepłych zalet i chętnie się uczy. Jednak raz na kilka dni dzieje się z nią coś, co terapeutka opisuje jako nagły, epizodyczny przebłysk – jakoby wzrost samoświadomości. W takich chwilach Ula chwyta kawałek szkła lub czegoś podobnego i przykłada sobie do szyi, grożąc samobójstwem. Trudno stwierdzić, czy rzeczywiście ma celu pozbawienie się życia, czy jest to tylko „wołanie o pomoc”. Natomiast istotą tych epizodów zdaniem terapeutki jest olbrzymie cierpienie zawarte w oczach Uli, która w tych sytuacjach zdaje sobie sprawę ze swojego upośledzenia, ma poczucie bycia ciężarem dla opiekującego się nią otoczenia.



Trzeci podopieczny z zespołem Downa, 36.letni Piotruś, nie sprawia żadnych kłopotów. Jest bardzo zaradny, na pierwszy rzut oka wręcz niewiele odbiegający swoim zachowaniem od zupełnie zdrowych. Na co dzień również mieszka z matką. Występuje u niego wyłącznie jeden problem, którego na pierwszy rzut oka niemal nie widać. Piotruś wykonuje bowiem samodzielnie różne czynności wokół siebie: dba o higienę osobistą, potrafi posprzątać w domu, pójść na zakupy, przygotować posiłek itd. Jest tylko jeden szkopuł: trzeba mu wydać dokładne, szczegółowe polecenie. Bez tego – Piotruś jest zagubiony, w ogóle nie wie, co ze sobą począć i popada w stan podobny do dzieci autystycznych. Pewnego razu matka Piotrusia z dnia na dzień trafiła do szpitala z ostrym bólem w klatce piersiowej. Stwierdzono rozległy zawał, wyłoniła się konieczność dłuższej hospitalizacji. Terapeutka Piotrusia popełniła wykroczenie względem prawa i zabrała go na ten okres do swojego domu. Nie pojawiły się żadne problemy, dlatego że Piotruś miał indywidualną i profesjonalną opiekę. Gdyby nie kontrowersyjny uczynek terapeutki, która przyznaje się do emocjonalnego przywiązania do swego podopiecznego, co w obiektywnym świetle należałoby uznać za niezawodowe i niewskazane, Piotruś trafiłby do placówki, gdzie przebywają podobne do niego osoby, jednakże w zaawansowanym stopniu upośledzenia, nie mogące prowadzić samodzielnego życia i całkowicie niezaradne. Terapeutka z racji swojego zawodu dobrze zna tego rodzaju placówki. Podkreśla ich niski standard i niejednokrotnie niedouczenie pracującego w nich personelu – a czasami nie jest to niedouczenie, a zwykły brak środków finansowych i wsparcia ze strony państwa, które pracownikom związuje ręce i odbiera ludzkie odruchy chęci niesienia pomocy, opiekowania się. Wszystko to sprawia, że podopieczni takich ośrodków traktowani są bezosobowo i masowo – jako jednakowi ludzie pozbawieni cech osobniczych. Pobyt Piotrusia w takim miejscu uwsteczniłby jego rozwój psychiczny i radość życia, nad którymi zarówno matka, jak terapeuci – pracowali z pozytywnym skutkiem od wielu lat. Matka Piotrusia wyszła ze szpitala i Piotruś mógł wrócić do domu rodzinnego. Na jak długo? Co stanie się z Piotrusiem po nieuchronnej śmierci matki? Czy to są pytania retoryczne?



Inną stroną prawdy o życiu i aborcji jest przypadek pewnej polskiej rodziny. Mąż i żona bardzo się kochali i świadomie zaplanowali dziecko. Kobieta zaszła w ciążę bez problemu, byli bardzo szczęśliwi i oboje z radością oczekiwali narodzin potomka. We wczesnym etapie ciąży okazały się jednak wyjątkowe komplikacje w rozwoju płodu. Płód znajdujący się w łonie matki został nazwany przez lekarzy „to”, czyli – przedmiotowo. Był bowiem pozbawiony kończyn – określono go jako „syreni płód”, kaleki pod kątem wielu funkcji. Lekarze byli świadomi wyjątkowości tego przypadku pod względem rzadkości występowania. Obok widocznego na tym etapie ciąży wielopoziomowego upośledzenia sfery fizycznej – nie można było przewidzieć rozwoju i zagrożeń sfery psyche dziecka. Aborcja była w tej sytuacji oczywistym zaleceniem lekarzy. Dlatego, że nie tylko zdrowie i życie dziecka były zagrożone, ale i zdrowie psychiczne matki – w sensie jej reakcji na kalectwo dziecka. Dziecko więc, na które kochająca się para czekała z naturalną radością – nagle objawiło się jako tragedia, uzasadniony powód do rozpaczy, jakie trudno tutaj wysłowić. Rodzice „syreniego płodu” bardzo uczciwie rozważali aborcję – ostatecznie jednak nie zdecydowali się na nią. Kobieta urodziła chłopca bez rączek i nóżek, natomiast zupełnie zdrowego psychicznie. Chłopczyk jest niezwykle kochany – będąc pierwszym dzieckiem tej pary, zaplanowanym i jednocześnie wymarzonym, jak opowiadała kobieta: musiał przyjść na świat. Chciała poddać się aborcji, chciała skorzystać ze swojego prawa – ale pewnym mistycznym sposobem: po prostu nie mogła. Kochała swoje dziecko od początku, od chwili poczęcia miłością tak absurdalną i niemożebną, że nie umiała zakończyć jego życia – nawet na etapie, kiedy dziecko określane było jako „to”. To trzeba usunąć.” – mówili ponoć lekarze.



Kobieta ta, już jako matka narodzonego paroletniego chłopczyka, pojawiła się w telewizji jako jeden z bohaterów programu poświęconemu zagadnieniu aborcji. Podzieliła się z widzami swoją osobistą, szczególną historią i prywatnym stanowiskiem wobec aborcji. Na koniec tej opowieści – głos zabrała przedstawicielka Młodzieży Wszechpolskiej i obrończyni życia. Pogratulowała ona kobiecie jej odważnej, wspaniałej decyzji. Wtedy kobieta spojrzała gratulującej z surowością w oczy i powiedziała, że gratulująca nie ma prawa w ten sposób odzywać się do niej. „Nie wiesz, o czym mówisz.” – powiedziała kobieta do gratulującej. Następnie wytłumaczyła, że gdyby miała przechodzić przez swoją historię jeszcze raz – dokonałaby aborcji. Kocha swojego synka i jest szczęśliwa, że nie dokonała aborcji w jego przypadku – lecz gdyby zaszła w ciążę po raz drugi, gdyby miała rozważyć aborcję ponownie w odniesieniu do nowego dziecka o stwierdzonym na etapie prenatalnym bliźniaczym kalectwie, bez wahania skorzystałaby ze swojego prawa do aborcji. Dlatego, że wychowywanie tak kalekiego synka wymaga tylu wyrzeczeń i nakładów finansowych, że zakrawa to na cud.



Odrębną sprawą są komentarze czytelników pod artykułem Frondy.pl dotyczącym aborcji. Wydają się one jeszcze bardziej zajadłe, agresywne i narzucające opinie – od treści samego artykułu. W komentarzach, a więc wśród głosów społeczeństwa, możemy przeczytać, że na przykład – skoro kobiety mają mieć możliwość zabicia swoich dzieci ze stwierdzonym zespołem Downa na etapie ciąży, to równie dobrze można by regulować to prawnie – i legalnie zabijać dzieci już narodzone. „Obrońcy życia” – czytelnicy Frondy.pl piszą, że nie widzą różnicy między zakończeniem życia płodu a urodzonym dzieckiem. Takie zdania mrożą krew w żyłach.



Fronda.pl i frondopodobni porównują też współczesną aborcję do starożytnej Sparty. Opisują Spartian jako bezemocjonalnych barbarzyńców, którzy „selekcję naturalną” zrównali z eugeniczną kontrolą narodzin. Wyznający te stanowiska mówią o aborcji jako o zrzucaniu narodzonych, słabszych dzieci ze skały. Trudno pojąć, dlaczego miłośnicy życia nie widzą różnicy między aborcją a wrzuceniem noworodka do przepaści. Mało tego – żeby wypowiedzieć się lojalnie na temat kultury i emocjonalności Spartian, poleca się choćby obejrzenie komercyjnego przeboju filmowego pt.: Trzystu. Widać w nim przejrzyście hart ducha oraz wielkość emocji wojowników takich jak Spartianie – i w gruncie rzeczy jest to opowieść nie o frajdzie z zabijania, ale o gorących sercach prawdziwych wojowników. To jest piękny, przepastny i kolorowy, jak zazwyczaj w amerykańskiej filmografii – kinowy, plastyczny, nieomal malarski i poetycki, epos o miłości, idealizmie, sile indywidualności ludzkiej i wierze w określone wysokie wartości. A do ukształtowania tych postaw niestety doprowadził spartiański model wychowania i – tak: spartiańska kontrola narodzin, polegająca na strącaniu noworodków w przepaść. Działo się tak być może dlatego, że jeszcze nie znano wtedy aborcji. Natomiast na pewno nie ma co spłycać tego wątku z krwi i kości ludzi i ich złożonej historii – do nazywania „barbarzyńcami bez serca”. Takie stanowisko jest płytkie, głupie i odarte z odbicia w rzeczywistym świecie.



Kolejnym „argumentem” frondopodobnych przemawiającym za całkowitym zakazaniem aborcji jest powoływanie się na to, że kobieta, która jest w ciąży (obojętne, czy płód jest chory, czy zdrowy), nie musi zachować narodzonego dziecka. Może przecież donosić ciążę, urodzić, a następnie przekazać dziecko do adopcji. Dlatego, że jest bardzo wielu ludzi, którzy pragną dzieci, lecz nie mogą ich mieć. Ci ludzie chętnie adoptują dziecko – zdrowe, ale i np.: z zespołem Downa. Nie ma więc żadnych wskazań do tego, aby jakakolwiek kobieta, która nie chce dziecka, nie miała go urodzić. Takie stawianie sprawy i rzucanie światła na aborcję – to książkowy przykład „ciosu poniżej pasa”.



Dlatego, że żadna kobieta nie jest anonimowym inkubatorem-przedmiotem, ani surogatką. Jeśli kobieta zaszła w ciążę, której z różnych powodów – nie chce, powinna mieć prawo do aborcji. Macica kobiety – to nie biotechnologiczny wynalazek, który można bez jej przyzwolenia „wynająć” w celu przekazania jej „owocu” w „spragnione ręce”. Mówienie o tym, że wielu kochających się ludzi pragnie adoptować dzieci, ponieważ nie może posiadać własnych – jest tak samo niesprawiedliwe, jak mówienie o tym, że zdrowe kobiety, które mogą mieć dzieci, są okrutne, ponieważ tych dzieci mieć nie chcą. Jedna i druga strona życia jest oczywistą, odgórnie nałożoną na człowieczeństwo niesprawiedliwością – podobnie jak prosty fakt, że w Afryce dzieci umierają z głodu w tym samym momencie, gdy w krajach cywilizacyjnych młode dziewczęta umierają z przyczyny jadłowstrętu psychicznego (tj.: anoreksji). Świat doczesny, w którym wszyscy żyjemy – jest pełny tego gatunku sprzeczności. Te sprzeczności możemy nazwać niesprawiedliwością, choć równie dobrze możemy nazwać dziwną sprawiedliwością wszechświata, której tu-i-teraz nie jesteśmy w stanie ogarnąć przy pomocy ani rozumu, ani serca. Dlatego w dialogu o aborcji – to jest żaden argument.



Kobieta, która zaszła w ciążę, a nie chce urodzić i posiadać dziecka – nie powinna być zmuszana do porodu tylko dlatego, że może swoje dziecko – oddać. Mówimy tu bowiem o jej własnym dziecku – o jej materiale genetycznym. To oczywiste dla zdrowo myślących ludzi, że decyzja winna należeć do kobiety. Kto inny może mieć prawo do dysponowania jej ciałem, jej wolą, jej argumentacją? Czy kobieta może uchronić się przed powstaniem więzi z dzieckiem, którego narodzin nie chce, a które rośnie w jej łonie? Co z pamięcią ludzką, która być może podprogowo sięga chwil znacznie wcześniejszych niż chwila narodzin? Naukowcy badają te zjawiska od lat, usiłując zebrać dowody na teorię, że dziecko w łonie matki odżywia się nie tylko za pomocą pępowiny, ale także żyje jej emocjami – „nasiąka” jej nastawieniem do życia i „chłonie” jej przemyślenia i uczucia. I co z późniejszymi rodzicami adopcyjnymi, którzy zaopiekują się dzieckiem „nasiąkniętym” negatywną energią biologicznej matki? Cóż, przecież to tylko teoria.



Frondopodobni bez najmniejszych skrupułów mówią, że skoro kobieta zaszła w nieplanowaną, niechcianą ciążę i pragnie aborcji – to sytuacja, w której się znalazła, jest jej winą. Mogła wszak być lepiej zaznajomiona z metodami antykoncepcyjnymi. Jeżeli nie stosowała odpowiedniej antykoncepcji, to znaczy, że sama jest sobie winna i nie powinna mieć prawa do zabijania dziecka, które może być adoptowane – na co oczekuje wielu ludzi.



Prawda jest natomiast taka, że w kolejce do sierocińca – nie czeka wielu marzących o zostaniu rodzicami. W polskich domach dziecka panują bezsporne bród i ubóstwo, które sprawnie odstraszają bezdzietnych. Dzieci w domach dziecka są osamotnione, wrastają w życie jako sieroty, żyją z ogromną traumą i w poczuciu gorszości i okropnego wyalienowania, przez lata wyczekując nadejścia „rodziców”. A sama decyzja o adopcji dla kochających się par, które nie mogą posiadać biologicznego potomstwa – jest bardzo trudna, a w wielu przypadkach wręcz niemożliwa do przeskoczenia. Pokochanie cudzego, nawet zdrowego dziecka – to wyzwanie. Nie mówiąc o tym, bo przecież o tym głośno się nie mówi (cicho – sza; to jest „święte” tabu), że ludzie wewnętrznie, psychicznie gotowi do zaadoptowania – boją się adoptować małe dzieci, których pochodzenie w dużej liczbie przypadków nie jest do końca pewne, wiadome. Ludzie gotowi adoptować – często boją się, że zaopiekują się dzieckiem, pochodzącym od biologicznych rodziców – alkoholików albo od młodocianych matek – „galerianek”. Czym innym jest wyjazd do Kambodży Angeliny Jolie i adoptowanie ślicznej, zdrowej sierotki – a czym innym jest odśrodkowy lęk przed dziećmi z polskich domów dziecka, które często pochodzą ze środowisk patogennych.



Niedawno w mediach było głośno o kobietach z Peru, które zostały na mocy regulacji prawnej poddane zabiegowi sterylizacji. Część z nich wysterylizowano przy okazji pobytu w szpitalu z innych przyczyn – nie informując ich o tym. Innym podwiązano jajowody wbrew ich woli – głównie mieszkankom małych wiosek w rodzaju tych, „gdzie diabeł mówi dobranoc”. To też jest „święte” tabu – władza Peru uparcie milczy i nie przyznaje się do okaleczenia swoich obywatelek, podczas gdy jest ewidentne, że mamy tu do czynienia z nałożoną przez państwo kontrolą narodzin. Analogiczna sytuacja jest w Polsce, gdzie jak w odwróconym lusterku – kontrolowanie narodzin przeprowadzane jest za pomocą „katolicko-demokratycznego prania mózgu” i ustawy antyaborcyjnej, tłamszącej, zabijającej wolność osobistą i odbierającej na mocy prawa ludzkiego – boskie prawo wolnej woli. Państwowa kontrola narodzin w Polsce – odwrotnie do Peru: zmusza do rodzenia.



„Obrońcy” życia śmiało nawołują też do świadomej antykoncepcji. Bardzo słusznie, dlatego że zapobieganie (profilaktyka) jest zawsze zacniejsza od leczenia zachowawczego. Natomiast patrząc na problem aborcji z tej strony – niewytłumaczalne pozostaje usunięcie Dużej książki o aborcji z półek dla dzieci i młodzieży. Podobnie jak temat wychowania seksualnego w szkołach – wciąż nie może doczekać się wcielenia w czyn, co wpłynęłoby na rozwój świadomości dojrzewającego społeczeństwa. Podobnie jak żadne środki antykoncepcyjne w Polsce nie są objęte refundacją. Trudno więc w takiej atmosferze krzewić profilaktykę – zwłaszcza, że mówiąc o Polakach, mówimy o biednych ludziach: bez większych perspektyw zawodowych, a więc o ludziach biednych dosłownie, materialnie.



Kwitując więc temat aborcji i docierając do pojęcia profilaktyki – warto przypomnieć sobie jedno: aborcja czy zakazana, czy wskazana – zawsze miała miejsce w realnym świecie i będzie miała miejsce niezależnie od żadnego prawa ludzkiego. Obojętne, czy będzie toczyła się w świetle dziennym i na mocy prawa – czy w mrocznych korytarzach underground'u. Kobieta – to taki twór, który poradzi sobie w każdej sytuacji i zniesie doprawdy bardzo wiele, a jeśli przy tym trzeba – zniesie, zachowując „święte” milczenie i nie tłumacząc się ze swoich decyzji nikomu. Jeśli nie będzie chciała urodzić dziecka – znajdzie sposób i po prostu go nie urodzi. Zapobiegnie wszelkimi witalnymi siłami temu, czego powołać na świat i doglądać – nie chce.



Finalnym tutaj przykładem jest fakt, za pomocą którego kobiety w Kongo zakończyły tamtejszą wojnę. Otóż zabiły one wszystkich potomków płci męskiej, kierując się niewyjaśnionym racjonalnie a irracjonalnym prawidłem historii, iż kobiety zawsze rodziły synów – na wojnę. Tak oto kobiety w Kongo rozwiązały problem przemocy i rozlewu krwi – mordując swoich świeżo narodzonych synków, jacy potencjalnie mogliby wyrosnąć na wojowników. A było to działanie klasycznie barbarzyńskie i nieludzkie – prawda?



Bo co na naszym świecie jest ludzkie, a co nie? Czy aby nie wstydzimy się wpisanych w nasze jestestwo dwóch stron medalu? Czy aby nie wstydzimy się wpisanego w naszą naturę niekiedy okrucieństwa? Chcemy żywcem wstąpić do nieba? Poważnie? Poważnie: Homo sum, humani nihil a me alienum puto (z łac.: Nic co ludzkie, nie jest mi obce).



Na sam koniec – warto nakreślić jeszcze jedno. Skoro ludzie są jedynymi zwierzętami na ziemi, które uprawiają seks nie tylko w okresie rui, czyli w czasie dni płodnych, służących typowo dla prokreacji, ale kochają się również dla przyjemności i zacieśniania więzów emocjonalnych w całej skali roku – tym samym pojęcie „ciąży” nie powinno być utożsamiane wyłącznie z „przedłużaniem gatunku”.



A skoro tak – samokontrola tak swego życia uczuciowego, jak płciowego i płynących z tych działań konsekwencji, winna być indywidualnym wyborem jednostkowych istnień człowieczych. Tym samym prawo ludzkie nie powinno być mylone z boskim, lecz powinno tym wyborom sprzyjać, iść z nimi w parze – wspierać je. A jeśli negować, to za pośrednictwem cywilizowanego dialogu i negocjacji, a nie z pułapu zezwierzęcenia.



Rebeca Serri.

Kobieta pracująca - HIPERdramat




HIPERMARKET? HIPERDRAMAT!

MIASTO W MIEŚCIE – czyli

MIASTO GALERNICZEK

Dwanaście godzin bez światła dziennego. Dwanaście godzin bez dopływu świeżego powietrza: płucom musi wystarczyć wątpliwej jakości klimatyzacja. Wątpliwej, bo klimy w hipermarketach często są nierestaurowane – nie kontrolowane od lat, są siedliskiem wielkiego brudu, który widać gołym okiem. Wystarczy porządnie umyć, wyczyścić dowolną witrynę sklepu, stoiska, która sytuuje się dokładnie pod nawiewem klimy – a po niedługim czasie nawet dziecko będzie w stanie samodzielnie zaobserwować mazisty osad, naleciały z góry, trochę podobny do zwykłego kurzu, a trochę do sadzy z pieca. Po tego typu małej i dziecinnie prostej obserwacji, doprawdy nie trudno zdać sobie sprawę z faktu, dlaczego tak wiele kobiet, pracujących w hipermarketach (bo stanowiska sprzedawców, czy mówiąc dyplomatycznie i zarazem modnie w bieżących czasach: konsultantów do spraw obsługi klienta) obejmują przeważnie kobiety – cierpi na notoryczne, nagminne czy chroniczne przeziębienia, nieżyty górnych dróg oddechowych, grypy, anginy, nawracające zapalenia krtani etc.

Kategorycznie innym, odrębnym tematem jest (temat ten można równie dobrze określić mianem jednej z „niewytłumaczalnych tajemnic życia”), dlaczego na terenie hipermarketu niejednokrotnie zdarza się, że letnią porą roku, czyli na etapie najwyższej temperatury za oknem, czy – jak kto woli – bezdusznego, ciężkiego upału, wówczas właśnie owa klima chucha ciepławym, wilgotnawym powietrzem. I dla przeciwwagi (trudno bowiem w tej okoliczności użyć słowa „równowaga”) – ta sama klima w czasie zimy wieje powietrzem lodowatym, aż w głowie huczy i w czaszce, bez mała, rzec by – trzeszczy i szczypie.

Powyższe przykłady niedogodnych warunków miejsca pracy, jakim jest hipermarket, można by mnożyć. Jednak – zamiast przysparzać pytań bez odpowiedzi, warto skupić się na kilku i spróbować właśnie je – szerzej opisać. Mowa bowiem nie o pytaniach retorycznych – siedliskiem takowych niech pozostanie filozofia, religia bądź im podobne. Tutaj, w materiale o hipermarkecie, mowa jest o pytaniach bez odpowiedzi – to jest o takich, na jakie bez wątpienia istnieją odpowiedzi w realnym świecie, lecz dotychczas nikt raczej nie pokusił się za bardzo, by je znaleźć i na tablicy rozpisać. Wróćmy jednak do problemu głównego i zogniskujmy się na kilku ważnych aspektach, próbując zarazem dotrzeć do meritum.

Otóż intencją niniejszego materiału nie jest traktowanie o „wielkich aferach” przynależnych do branży handlowej, jak na przykład głośna swego czasu kwestia kasjerek z jednej z sieci marketowych, gdzie kobiety obsługujące linie kas zmuszone były do wykonywania obowiązków z pieluchą w majtkach, gdyż brak było w pracy chwili niezbędnej na krótką przerwę w celu udania się do toalety i tam załatwienia, jakże oczywistej – zdałoby się przecież, potrzeby fizjologicznej. Jednej z podstawowych potrzeb fizjologicznych człowieka (przyp.red.: oddanie moczu), co nakazuje sądzić, że znanej gatunkowi ludzkiemu od dawien dawna – stąd w XXI wieku jedynie dziw drobny bierze, że zasadność owej potrzeby pewnym tajemnym sposobem umknęła światłej świadomości kadrze rządzącej, to jest – zatrudniającej owe kasjerki. Lecz ów dziw, zarysowujący się na twarzy człowieka (odbiorcy powyższej sensacji) za pomocą lekko i sarkastycznie unoszącego się kącika ust, które jakby pragną się roześmiać, lecz pohamowuje je empatia (wobec losu rzeczonych kasjerek) i niedowierzanie (w los rzeczonych kasjerek) – niechaj ów dziw stanowi tylko krótki cień, rzucony w tyle głowy przez stare wspomnienie onginej „afery pieluchowej”.

Dziś bowiem, tu-i-teraz, nie będzie mowy o tym podobnych znamienitych i ekstremalnych aferach. Dziś w kontekście hipermarketu jako miejsca pracy kobiet, które pełnią tam funkcję szeroko pojętych „konsultantek do spraw obsługi klienta”, pora podjąć kilka wątków, myśli – banalnych, trywialnych, zupełnie zwyczajnych i całkowicie niebrawurowych.

Lecz skoro już we wstępie wspomniano o potrzebie fizjologicznej, to wypada dodać, iż pracownice eleganckich butików sieciowych i stoisk firmowych tak zwanych galerii pasażowych na terenach wielkich molochów, centrum handlowych (hipermarketów) – mimo, że bez pieluchy w majtkach, to ich los tylko z wierzchu patrząc, wydawać się może losem lepszym, czy też losem mniej deprymującym, mniej upokarzającym albo mniej dokuczliwym – od losu wspomnianych kasjerek.

Mianowicie – te właśnie pracownice, owszem, mogą wyjść na przerwę, aby, mówiąc wprost, zrobić siusiu w przeznaczonym do tego miejscu. Wystarczy, że wywieszą na witrynie sklepu stosowną informację – prosty komunikat na piśmie w brzmieniu „ZARAZ WRACAM” albo „WRACAM ZA 10 MINUT”. Jednak w nie jednym hipermarkecie nie ma toalety oddzielnej dla personelu. Stąd ekspedientki są zmuszone korzystać z toalety tej samej, z jakiej korzystają klienci. A mówiąc konkretnie – nie klienci, lecz grube dziesiątki różnych, prze-najróżniejszych ludzi, którzy niczym bezkształtna masa koloidalna, przelewają się codziennie przez hipermarket. Codziennie, to jest w czasie dwunastogodzinnych widełek, w ramach jakich jest otwarty, czynny hipermarket – i te ogromne liczby ludzi, przewijając się przez centrum handlowe, korzystają jednocześnie z tamtejszych toalet. Ale przy tym – „ludźmi” są tylko z nazwy. Bo z toalet korzystają jak zwierzęta. Po owych „zwierzętach”(po odczekaniu pewnego czasu, bo liczba kabin w toalecie jest ograniczona, więc trzeba stać w kolejce, nim dotrze się do sedesu) – z tej samej toalety korzysta jedna czy druga ekspedientka. Zagryza zęby, by bez płaczu – poczynić, po co przyszła. Potem wraca wprost do swego sklepu – lecz tam, zaraz po zdjęciu z witryny wspomnianej informacji dla klienta, najczęściej spotyka: obrażonego klienta.

Dlatego, że klient oczekiwał sprzedawczyni „pod” zamkniętym sklepem (czy stoiskiem, czy butikiem) – bardzo, bardzo długo; z jego wypowiedzi można wręcz wywnioskować, że czekał właściwie w nieskończoność, cały zły, obelgami cisnąc w stronę sprzedawczyni z ust, a iskrami niebotycznego gniewu z oczu; no bo do czego to podobne, aby w cywilizowanym świecie, takie kartki jak „ZARAZ WRACAM”, a owo „zaraz”, to jakby „sto lat” – to godne jest politowania i kpiny wszelkiej, kompletny brak poszanowania klienta, który doczekać się na stosowną obsługę najzwyczajniej w świecie nie mógł. A jemu się przecież tak strasznie mocno spieszyło – chociaż, aby nakrzyczeć sobie na sprzedawczynię, która oczywiście zripostować w żaden sposób nie może, gdyż tego prawo jej zabrania; na to, rzecz jasna, klient odpowiednią ilość czasu jeszcze znajdzie i wytrzepie z kapelusza niczym rasowy prestidigitator. Mimo, iż jeszcze około dziesięciu minut wcześniej – ten sam klient niemiłosiernie się spieszył.

Tak: dzięki środowiskom opiniotwórczym, dzięki dziennikarzom – konsumenckie społeczeństwo zna doskonale swoje prawa. Wszystkie są w pełni uzasadnione i w całości respektowane. Dziś każdy „szary obywatel” zna się wprost niemal idealnie na kodeksie pracy – bo przecież musi się znać, bo każdy sklep, każda branża, butik i stoisko firmowe, i pracujące tam kobiety, to na pewno banda oszustów i złodziei jest, i basta. A na takowych zawsze warto mieć w zanadrzu stosowny paragraf – to jest argument do rzucenia między oczy: paragraf pierwszy z brzegu – jak as z rękawa.

Zgodnie z literą prawa – sprzedawczyni nie powinna pozostawiać stanowiska pracy na dłużej niż 10 minut. Tak – sprzedawczyni (identycznie jak konsument) również zna swoje prawa. Tyle, że w jej przypadku te prawa oznaczają w rzeczywistości – brak praw.

Sprzedawczyni wysłucha reprymendy (delikatnie mówiąc) klienta z cierpliwością, spokojem i ładną i uśmiechniętą buzią, by nie zaogniać problemu. Ponadto wie, że złamała prawo – ma świadomość, że na przerwę w pracy przeznaczyła więcej niż 10 minut, a nie powinna, toteż nie ma nic na swoją obronę. Lecz o tym, że często kolejka do brudnej toalety, cuchnącej amoniakiem i fekaliami po szanownych klientach, którzy robią siusiu i kupkę na deski klozetowe i po ścianach (dzieje się tak i jest to zjawisko „normalne” we wszystkich polskich toaletach publicznych, damskich i męskich; do jakich zaliczają się też toalety centrum handlowych) – wymusza na pracownicy pobyt na przerwie dłuższy niż 10 minut, o tym prawie nikt nie wie, a i opowiedzieć o czymś tak żałośnie śmiesznym za bardzo nie ma ani jak, ani komu. Bo kogo to w ogóle obchodzi?

Swego czasu polskie media podały informację, iż istnieje takie prawo, iż wszędzie można się targować – to znaczy negocjować cenę artykułu ze sprzedawcą w równym stopniu, jak ongiś czyniono to na bazarach, rynkach. Od chwili, gdy ta informacja padła w mediach, wiele kobiet podczas dwunastogodzinnej trudnej, żmudnej zmiany w branży hipermarketowej – musi po wielokroć strzępić sobie język na nic nie rozumiejącego, bezmyślnego klienta, który niczym tonący brzytwy, ślepo uczepia się tego, co „powiedział mądry pan w dzienniku – w telewizorze”.

Taki klient nie rozumie, że czym innym są pojedyncze stoiska handlowe, a czym innym potężne marki sieciowe, gdzie marże i związane z nimi ceny są ściśle narzucone i ustalone i zapieczętowane przez zarząd danej firmy, to jest na samym szczycie skomplikowanej piramidy, jaką jest handel. Wielu takich klientów jest niesympatycznych, niekulturalnych, złowrogich – ujmując ich zachowanie subtelnie – a także wręcz toczy spory, awantury ze sprzedawczyniami, domagając się wglądu do faktur z dostaw towaru, by zdobyć pewność, co do faktycznej ceny, takiej czy innej, rzeczy do nabycia. Mówiąc krótko – wielu klientów docieka zasadności (bezzasadności?) cen u sprzedawczyń w taki sposób, jak gdyby sprzedawczyni była złodziejką, oszustką, czy po prostu, potocznie patrząc – zwykłą manipulatorką i zołzą, której pasją życia i najukochańszym hobby jest okłamywanie klienta i wyrządzanie mu materialnej oraz psychicznej szkody, tudzież innego nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu.

Bo jakąż inną pasję życia – może posiadać „jakaś tam sklepowa”?

Jak we wspomnianej we wstępie „aferze pieluchowej” – za zły los kasjerek winić można było pracodawców, tak oto tutaj – największe pretensje i zarzuty kierowane są w pierwszej kolejności nie do właścicieli, kierowników i zarządców hipermarketów, a więc różnego rodzaju szefów i przełożonych, lecz właśnie do konsumentów, do klientów, do społeczeństwa.

W dobie, gdzie hipermarkety mnożą się jak obmierzłe muchomory po rzęsistym deszczu, (a nikt realnie i samodzielnie myślący, zastanawiający się i żyjący w polskiej rzeczywistości nie potrafi w pełni sensownie odpowiedzieć na zagadkę, dlaczego i po co tak się dzieje) ta śliska mnogość zdaje się odpowiedzią samego społeczeństwa – na swoją własną, coraz więcej płaską, brzydką i ohydną, a do tego inercyjną, konsumpcyjność. Tak: inercyjną, ponieważ w powolnym, niby metodycznym snuciu się społeczeństwa i przelewaniu poprzez poszczególne szpalery i sklepy hipermarketu – jest wyraźna swoista bierność, bezruch, pustka zawarta w oczach i jakby odrętwienie, otępienie patrzących, lecz nie widzących, oczu. Zamiast konsumpcyjność – można śmiało powiedzieć: pasożytnictwo. Ktoś zapewne zaprzeczy, powołując się na złudny argument: skąd mowa o pasożytnictwie, jeśli klienci wydają własne, ciężko zarobione, samodzielne pieniądze? Jeśli płacą za artykuły i usługi, których przekrój jest nadzwyczaj szeroki i bogaty w obrębie właśnie hipermarketu – jeśli sami za swoje potrzeby i zachcianki płacą, to gdzie, na jakim odcinku ich zachowania cecha pasożyta jest widoczna?

W odpowiedzi na to pytanie samoistnie nasuwa się dwuwiersz:

W świecie hamburgera popitego puszką koli,

szczęściem dla mutanta – może nowy być batonik.

I tu jest mowa właśnie o takim pasożytnictwie, jakie sugeruje ów dwuwiersz. Dla „inteligentnych inaczej” – kwestię dotłumaczając (choć winno pozostać mniej-więcej czytelne, iż kwestia nie wymaga komentarza… cóż, dla jednych więcej, dla drugich – mniej; niestety), można ująć prawdę klarowniej i bez ogródek: Otóż w krainie (niezmiennie mowa o krainie pod flagą biało-czerwoną), w której NIEDZIELNYM KULTEM staje się rodzinna wyprawa do hipermarketu – podstawowe „kamienie” tego kraju, czyli ludzie stanowiący o wartościach twardych i stałych, czyli główny wypełniacz strukturalny krainy (społeczeństwo) – to ludzie, to przedstawiciele społeczeństwa, to osobnicy zachowujący się jak pasożyty. Czy inaczej, wedle uznania: jak robaki. Owszem, kupują według prywatnej woli i za prywatne pieniądze – lecz w kwestii obyczajowości, kultury osobistej, podług miary swoich marzeń i dążeń, jakże ściśle sprzęgniętych z zasobnością portfela – są tak, jakby robaki (jakby chaotyczna chmara pasożytów).

Nawet Pan Bóg pracował przez sześć dni, siódmego zaś odpoczywał – by zregenerować siły i przygotować się na kolejny poniedziałek. Tymczasem ludzie są ponoć na Jego obraz i podobieństwo. Okazuje się, że nie wszyscy – Polacy na przykład nie są (mimo iż narodem są podobno nader chrześcijańskim, o czym świadczy niezwykłe zamieszanie wokół krzyża, lecz to już temat na odrębny artykuł).

A może temat ugryźć z innej strony?

Może za daleko szukać przykładu w Bogu (wydaje się przecież tak odległy, odklejony od racjonalnej rzeczywistości, aż nieobecny)? Niech za racjonalny przykład posłuży więc bliski sąsiad Polski – Niemcy. Tam w czasie weekendów wszystkie sklepy są zwyczajnie zamknięte – i mało, że nikt nie narzeka z tego powodu, to jeszcze zdaje się, iż poprzez ów banalny fakt, społeczeństwo funkcjonuje zupełnie dobrze, aż korci, by powiedzieć – NORMALNIE.

W Polsce jest jednak inaczej: narzekanie jest współczesną, aktualną cechą narodową i rozpoznawczą Polaków. Na pytanie znajomego, przypadkowo spotkanego na ulicy, brzmiące „Co słychać?” (How do you do? Commment ca va?), Polak odpowie: „Stary, nie uwierzysz, co mi się przytrafiło, jak bardzo jest źle (…)” (I’m fine, thanks. Ca va bien, merci; et toi?).

W Niemczech para zakochanych bądź rodzina – w niedzielę wybiera się na spacer. Do parku, do lasu, na wycieczkę, tu lub tam. W Polsce – obraz typowego CENTRUM HANDLOWEGO, czym dokładnie jest obiekt kryjący się pod nazwą „hipermarket”, został zaburzony przez samą, porównaną tu do pasożytniczej, wyobraźnię, interpretację społeczeństwa. Szeroka oferta, bez wytchnienia narastających, stale się rozbudowujących i przebudowujących hipermarketów – skłoniła płytkie umysły naszego społeczeństwa do, coraz częściej powszechnego i tym samym „naturalnego”, postrzegania hipermarketów jako cudownych parków rozrywki, wielobarwnych placów zabaw, i tak dalej.

Dlaczego zapomnieliśmy, że sklep – nie jest niczym więcej, niż SKLEP? Dlaczego tak szybko, niczym głupia rybka na nieprawdziwą przynętę, dajemy się złowić sztucznie wygenerowanej ilustracji hipermarketu – jako WESOŁEGO MIASTECZKA, jako KOLOROWEGO PASAŻU stworzonego do spacerowania całą rodziną? Dlaczego zapomnieliśmy, że sklep, to tylko sklep – nie muzeum, nie galeria z dziełami sztuki, nie wartościowa rozrywka?

Polacy w niedzielę – idą do hipermarketu: zjeść gofra, czy loda z automatu; a najchętniej i najczęściej – pooglądać towar, niczego nie kupując; pobawić się czasem pracy sprzedawczyni, utrzeć jej nosa, udowodnić, że jest głupia, tępa i nic nie umie, zaczaić się za węgłem, by w chwilę potem wyskoczyć zza niego jak diabeł z pudełka i ze stoperem w ręku – zaskoczyć sprzedawczynię i wygarnąć jej prosto z mostu, przez ile to minut była sobie w pracy nieobecna, udając się na trwającą „w nieskończoność” przerwę. Nie idą na prawdziwe zakupy – dlatego w niedzielę, że w tak zwanym roboczym tygodniu zabrakło na nie czasu. Taka motywacja jest w większości czystą nieprawdą. Polacy ubierają się elegancko, czy po prostu „niedzielnie” – i zarówno mieszkańcy wsi, jak i środka dużych miast, lgną do hipermarketu jak muchy do słodkiego lepu. Spacerują w tę i we w tę – i tak spędzają jałową, iluzoryczną kolejną, i kolejną niedzielę swego ponurego (bo pełnego narzekania) życia.

Hipermarket w Polsce z dnia na dzień – coraz ściślej przeistacza się w narodowy sport… dawniej była nim piłka nożna, później – Adam Małysz, a dziś… no cóż: hipermarket, a więc twór w stylu „sklepiku z marzeniami”. Oby tylko panem za ladą nie okazał się sam diabeł, jak to było u Stephena Kinga w książeczce pod takim samym tytułem.

Łatwo jest narzekać na system, na polityków, na służbę zdrowia i szkolnictwo – i bardzo trudno jest ponarzekać na samych siebie. Trudno jest spojrzeć w lustro i zauważyć autentycznie w nim obecne odbicie. A to odbicie mówi dość jasno, że za oknami naszych domów zastajemy rzeczywistość taką, jaką poniekąd pragniemy zastawać. Inaczej mówiąc: obraz polityki, takiej czy innej dziedziny życia, nie bierze się ani z powietrza, ani w sposób jakkolwiek magiczny czy samozwańczy. Władza czy ogólnie przyjęta obyczajowość, kulturowość, są efektem naszego własnego wyboru – zwierciadlanym odbiciem społeczeństwa. Jest w tym sformułowaniu prawda, a człowiek świadomie czyniący wgląd w siebie i bilans sumienia – z pewnością się jej nie wyprze.

Zatem oto społeczeństwo polskie – i jego ramowa charakterystyka:

Ulubieni artyści Polaków?
Doda, Jolanta Rutowicz, Feel
i Marina Łuczenko (bardzo rodzima i „utalentowana” w szerokim rozumieniu słowa „talent”).

Ulubiony sport Polaków?
Hipermarket. A zwłaszcza w niedzielę. (Świadczy o tym badanie opinii publicznej, wskutek którego w wyniku przeprowadzonych sondaży – lwia część społeczeństwa opowiada się za tym, aby w niedziele centrum handlowe były otwarte.)

Ulubione porzekadło Polaków?

Wszyscy są równi. Ale niektórzy są równiejsi.

Ostatnia myśl, wyłoniona prosto z Orwellowskiego świata, jest boleśnie widoczna w zachowaniu właśnie klientów, czy może należałoby rozszerzyć pojęcie do – UŻYTKOWNIKÓW hipermarketu.

Fakt, że niektórzy w społeczeństwie są równiejsi od pozostałych – jest ewidentny do zaobserwowania właśnie w kontekście relacji klient-sprzedawczyni. Tym samym pora powrócić do meritum niniejszego materiału – a więc do sytuacji kobiet, pracujących w hipermarketach jako sprzedawczynie.

Otóż sprzedawczynie zatrudniane przez firmy, posiadające swoje jednostki handlowe (stoiska lub butiki) na terenie tak zwanych galerii hipermarketu, to w większości studentki. I choć dziś wykształcenie wyższe (czy to na poziomie licencjata, czy magisterium) nie jest żadnym „wyższym uwarunkowaniem”, ni najmniejszą „przepustką ku wygodniejszemu bytowi” – to o studiujących dziewczynach naprawdę trudno wypowiadać się jako o idiotkach bez krztyny dobrych manier, jakiejkolwiek wiedzy o życiu, czy bez grama towarzyskiej ogłady, niezbędnej wszak do wykonywania pracy wśród ludzi (na czym opiera się praca w handlu).

Trudno o studentkach, które w większości podejmują pracę sprzedawczyń w hipermarkecie, mówić jako o głupich ofiarach losu, nie przejawiających zdolności do niczego – stąd zapewne zatrudniających się w handlu, jako że wszyscy wiedzą, że ten rodzaj pracy jest najłatwiejszym z możliwie dostępnych w tym kraju. Mówiąc uczciwie: w ten właśnie sposób społeczeństwo polskie odnosi się do pracy sprzedawczyń. Wielu się zdaje, iż każdy mógłby wykonywać tę pracę – gdyż jest ona płytka, łatwa i przyjemna (by nie powiedzieć naiwna i prostacka). Bardzo wielu – zwraca się do sprzedawczyń jak do kretynek, całkowicie nie znających się ani na swojej pracy i jej trudach, ani na żadnej innej dziedzinie egzystencji i jakości ludzkiej.

Jak do kretynek – pozbawionych wszelkiego wykształcenia, zainteresowań i przywilejów. Naogół zapominając o tym, a wręcz pozostając ślepymi na to, że w rzeczywistości patrzą na młode, atrakcyjne i bystre kobiety. Kobiety, które poza hipermarketem starają się prowadzić ciekawe życie – dużo z nich posiada, pielęgnowane czynnie, zainteresowania artystyczne; wiele jest wolontariuszkami itp. Niemniej klienci zwracają się do sprzedawczyń z nieskrywanym poczuciem wyższości – niezwykle często zwracają się jak do bydła.

Do bydła – nawet nie jako do służącej, którą, de facto, sprzedawczyni nie jest. Lecz społeczeństwo, które w około 90.procentach po przestąpieniu progu sklepu nie tylko nie mówi „dzień dobry”, ale i nie raczy odpowiedzieć na nie ze strony sprzedawczyni, do takich oto ról (bydło, służąca) pracujące w handlu kobiety sprowadza. Tak właśnie nie inaczej postrzega je i w tym stylu do nich się odnosi.

Wygląda, że dlatego, że chociaż wszyscy są równi – niektórzy jednak bezspornie bywają równiejsi. Pozostaje gorzką łzę uronić nad obecnym polskim krajobrazem, w jakim istnienie KAST jest niezaprzeczalne – i nigdzie indziej chyba nie objawiające się równie czytelnie, co w hipermarkecie.

Lecz nawet i nie kasty winny przemówić do sumy sumień naszego społeczeństwa – do anonimowego roju, jakim obecnie się stajemy, z jakiego się składamy. Ostatecznie – oprócz kast, oprócz relacji klient-sprzedawczyni – godny przemyślenia wydaje się jeszcze inny smutny mechanizm.

Ów mechanizm, zjawisko – rodzi się ze wskazanego już faktu, że sprzedawczynie w hipermarketach, to w większości studentki. Wykonują swoją pracę starannie, z zaangażowaniem, dobrą wolą i sumiennie. Dlatego, że ich młode głowy jeszcze są nabite marzeniami o innego rodzaju przyszłości zawodowej. W danej linii czasu, osobistego rozwoju – dziewczyny, które się uczą, NARAZIE są sprzedawczyniami. A o swoich marzeniach, planach na przyszłość sądzą, iż są one realne i wymierne: za parę lat ukończą edukację i z odpowiednim dyplomem w ręku ambitnie poszukają dla siebie zawodowego spełnienia.

Tymczasem parę lat – najczęściej szybko, nie wiadomo kiedy mija. I wtedy się okazuje, że pracy dla absolwentek kierunków zarówno humanistycznych, jak i ścisłych, naukowych – NIE MA. Praca sprzedawczyni była optymalna i wystarczająca, jeśli pieniądze z wynagrodzenia (najczęściej jest to ok. 1000 PLN netto/miesiąc) można było przeznaczyć na książki, kosmetyki i ubrania (oczywiście przynależne do „średniej półki”). Z chwilą, gdy świeżo upieczona absolwentka – dotąd dziewczyna, a odtąd ustanawiająca się PRACUJĄCA KOBIETA – rozpoczyna prowadzenie w pełni suwerennego życia, rozpoczyna jednocześnie prywatną walkę z ponurą rzeczywistością za oknem. I w tym przypadku ponurość oznacza najzupełniej uzasadniony powód do narzekań. Dlatego, że najczęściej jest to walka „z góry skazana” na porażkę.

Czasami po kilku miesiącach od ukończenia studiów, a czasami po kilku latach – kobieta systematycznie zapomina o swoich wcześniejszych marzeniach. I nie chodzi tutaj o skłonienie Czytelnika do infantylnego płaczu nad utraconymi ideałami dzieciństwa, młodości.

Chodzi o poważną sytuację: kobiety – sprzedawczynie w hipermarketach przechodzą bolesny, bezkompromisowy kurs dojrzewania. Zapominają o aktywnym poszukiwaniu dla siebie innej pracy – i w tym sensie hipermarket przypomina bagno, które wciąga, wchłania w siebie sukcesywnie. Jest jakby grzęzawiskiem, czy ruchomymi piaskami, z jakich nie ma już odwrotu.

Dlatego, że nie ma w Polsce innej realnej pracy dla kobiet – jeśli nie posiadają one tytułów doktorskich, nie władają pięcioma językami, nie mają bogatych rodziców, po których mogłyby odziedziczyć prowadzenie własnej działalności, lub po prostu loteryjnego haustu szczęścia itd.

Jest oczywiste, że i te wymienione czynniki nie są gwarantem sukcesu, lecz przynajmniej pozostają jego potencjalnym nośnikiem: zawierają w sobie taką możliwość, są potencjalną przestrzenią dla dokonywania indywidualnych wyborów i mogą stworzyć poczucie kierowania własnym życiem.

Hipermarket natomiast niczego podobnego nie umożliwia – jest jak bagno, z wierzchu pokryte barwnym blichtrem, które wsysa, będąc jednocześnie jedynym realnym punktem zaczepienia, jedynym zajęciem, po które kobieta może sięgnąć, by spróbować się usamodzielnić. Z chwilą, gdy świeżo upieczonej absolwentce przychodzi zacząć samodzielnie opłacać czynsz i wszystkie inne świadczenia – zaczynają się także istotne problemy. Źródłem tych problemów jest brak, niedobór pieniędzy – i podług takiego źródła, problem dwunastogodzinnej zmiany bez światła słonecznego, bez dopływu czystego powietrza, w środowisku zabrudzonej, starej klimy: rysuje się już jedynie jako nieznaczny, nieważny, aż stopniowo przeistacza się w całkiem niezauważalny, jakby nie istniejący.

Kobieta pracująca w Polsce? To sprzedawczyni w hipermarkecie: „jakaś tam sklepowa”;
bez perspektyw, przedstawicielka „gorszej kasty”.

Początkowo takiej kobiecie zaczyna „po prostu” brakować pieniędzy – „od pierwszego do pierwszego”. Ponieważ nie ma możliwości wpłynięcia na swoją sytuację egzystencjalną, najpierw nieco zaciśnie pasa, by móc sobie poradzić – to znaczy przetrwać. Lecz, nie daj Boże, przyjdzie jej do głowy zakochać się i założyć rodzinę – zostać matką. Jakże szybko się przekona, że jeden cały etat sprzedawczyni nie wystarczy, by opłacić wszystkie rachunki oraz stworzyć dom dziecku. Aby kobieta i jej rodzina przetrwały, aby wspomóc męża i domowy budżet, szybko zatrudni się w PRACY NR 2.

I tak – idąc na zakupy do galerii hipermarketu, często można spotkać znajomą buzię. Wczoraj ta kobieca buzia stała za ladą stoiska z biżuterią, dzisiaj widzimy ją przy akcesoriach góralskich. A jutro? Kto wie? Może ta sama sprzedawczyni pojawi się przed naszymi oczami w branży nr 3? Jest to nader prawdopodobne, wnosząc po prostych faktach i łącząc te fakty w swoim świadomym rozumie. Te fakty brzmią: aby pracująca kobieta mogła w miarę godnie przeżyć, potrzebuje podjąć pracę w dwóch (czasami trzech) miejscach; potrzebuje pracować często po dwanaście godzin dziennie, potrzebuje pracować w niedziele. INACZEJ W TYM KRAJU SIĘ NIE DA.

I jak w starożytności mieliśmy do czynienia z miastem-państwem, tak w bieżących realiach mamy do czynienia z MIASTEM W MIEŚCIE – czyli z hipermarketem. Hipermarket jawi się jako oddzielna rzeczywistość. Rzeczywistość, w której życie jest ciężkie i przykre, ale zarazem polskie kobiety mogą żywić wobec tej rzeczywistości jedynie sentyment i wdzięczność za to, że istnieje. Bez niej bowiem – najprawdopodobniej nie miałyby żadnej szansy na zatrudnienie. Najczęściej są więc wdzięczne – nawet kiedy klient jest niegrzeczny, bezczelny i źle wychowany.

Wiele spośród młodych, wykształconych kobiet – wyjeżdża z Polski, pragnąc żyć i pracować inaczej. Te, które pozostają – rano nie ustępują miejsca starszym w tramwaju czy w autobusie, bo najzwyczajniej nie mają na to fizycznej siły. Społeczeństwo starzeje się w sposób porażający i ekspansywny. I będzie się starzało, zwielokrotniało w takowym wizerunku – nie ma innej rady. Pracujące kobiety nie chcą rodzić dzieci – i nie chcą coraz bardziej. O liczebności populacji w Polsce będzie stanowiło potomstwo „galerianek” i im pokrewnych. I o liczebności – to mało powiedziane:

POTOMSTWO „GALERIANEK” BĘDZIE STANOWIŁO O JAKOŚCI POLSKIEGO SPOŁECZEŃSTWA. Dokładnie do tego „narybku” należy przyszłość Polski
i jej strukturalna i jakościowa kreacja.

A skoro już mowa o „galeriankach” – do głowy wpada następująca gra słów i związana z nimi okoliczność:

Następnym razem, wybierając się do hipermarketu na zakupy, pamiętajmy, że mijając tę lub inną elegancko ubraną czy uśmiechniętą sprzedawczynię danego butiku, faktycznie mijamy GALERNICZKĘ. Tym bowiem jest praca sprzedawczyń – GALERAMI, to jest grząskim gruntem, z którego najczęściej nie ma już ucieczki.

A kiedy w WOLNĄ NIEDZIELĘ najdzie nas ochota zanurzyć się w fotelu-leniwcu z dobrą lekturą w dłoni, by zrelaksować się (zresztą prawidłowo i zasłużenie) po roboczym tygodniu wytężonej pracy (innej niż hipermarket) – sięgnijmy dla przypomnienia po „Nędzników” Victora Hugo. I w opisie dzielnego Jeana Valjeana zesłanego na dożywotnie galery – dopatrzmy się ilustracji współczesnej polskiej KOBIETY PRACUJĄCEJ.


P.S.:
  • niektóre sprzedawczynie w hipermarketach systematycznie zażywają środki typu Ketonal, by uśmierzyć ból głowy spowodowany klimatyzacją (deklarują, iż przed podjęciem ww pracy nigdy nie dokuczały im podobne dolegliwości)
  • większość sprzedawczyń w hipermarketach, w których nie ma toalety oddzielnej dla personelu, cierpi na chroniczne i bolesne zapalenie pęcherza moczowego (infekcje te często przekładają się także na funkcjonowanie narządów kobiecych)
  • większość sprzedawczyń, których staż pracy w hipermarkecie przekracza pół roku, skarży się na chroniczne zapalenie spojówek (prawdopodobnie spowodowane natężeniem świateł), chroniczny problem „suchego oka” oraz „piasek-okruchy szkła pod powiekami” (prawdopodobnie spowodowane przebywaniem w klimatyzowanym pomieszczeniu), bolesne wysuszenie błony śluzowej nosa, uporczywe kłopoty z suchością cery oraz włosów
  • część sprzedawczyń w hipermarketach ma za sobą długofalowe leczenie grzybicy stóp i paznokci, wynikające z konieczności wielogodzinnego przebywania w zakrytych pantoflach w czasie wysokich upałów (przyp.red.: wewnętrzne statuty niektórych marek zakazują zakładania obuwia z odkrytymi palcami jako nieestetycznego i tym samym niedopuszczalnego przez obowiązujące standardy obsługi klienta)
  • wiele spośród sprzedawczyń w hipermarketach zmaga się z dolegliwościami typu refluks (przyp.red.: jest to zarzucanie treści pokarmowej z danego odcinka układu pokarmowego do odcinka wcześniejszego, najczęściej z żołądka do przełyku). Dolegliwość ta w przypadku sprzedawczyń najprawdopodobniej spowodowana jest tym, iż czas trwania ustalonej przepisami prawa pracy przerwy na posiłek w zestawieniu z brakiem stosownego zaplecza lub pomieszczenia socjalnego w sklepach i stoiskach handlowych prowadzi do spożywania przez pracownice posiłku w pośpiechu i stresie; kęsy posiłku najczęściej są też wypluwane, by jak najprędzej podbiec do lady i obsłużyć klienta, który jest „natarczywie zniecierpliwiony”
  • sprzedawczynie w hipermarketach, które pracują 12.godzinnym trybem pracy, podkreślają, iż w czasie zimy wychodzą do pracy, kiedy jeszcze jest ciemno i wychodzą z pracy, kiedy już jest ciemno. Wskutek czego porównują swoją pracę do życia kretów albo „szczurów kanałowych”. Pomimo tego wiele z nich deklaruje, iż zdecydowanie wolą tryb swojej pracy od trybu 6.godzinnego. Dlatego, że w drugim przypadku musiałyby przychodzić do pracy codziennie – bez dnia wolnego, czyli bez możliwości psychicznego i fizycznego „odetchnięcia od klimatu hipermarketu”, jak mówią
  • zdecydowana większość sprzedawczyń z hipermarketów woli przeznaczyć przerwę w pracy na posiłek i/lub udanie się do toalety – na zrobienie prywatnych zakupów „do domu”: po to, by nie musieć wchodzić do żadnego sklepu w swój dzień wolny od pracy

Rebeca Serri.