poniedziałek, 12 marca 2012

Gdzie jest Matrix?


Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy Matrix

11. marca 2012. – w Dzień dobry TVN pojawił się „ciekawy” gość. Była to pani, którą przedstawiono jako socjologa internetu. Ten tytuł przykuł moją uwagę. Bo cóż może oznaczać termin „socjolog internetu”?

Obecnie Internet stał się naturalną częścią życia większości ludzi. Świat, który jeszcze niedawny czas temu wydawał się wyłącznie wirtualny, w całości odklejony od rzeczywistości – dzisiaj stanowi już bardzo realną, nieomal namacalną sferę codziennej egzystencji. W znacznym stopniu przyczyniły się do tego stanu portale społecznościowe, chociaż nie tylko one.

Portale społecznościowe – rozwinęły się do tego stopnia, że właściwie pełnią dziś funkcję typowych, zwyczajnych komunikatorów. Kiedyś – telefon, później – komórka; teraz – e-mail, Facebook i Google+. To, o czym rozmawiają ze sobą ludzie za pośrednictwem forum w sieci, a także wszystkie treści, które są przez ludzi publikowane na tablicy Facebook'owej lub w strumieniu na Google+ – jest bardzo spójne nie tylko z prywatną percepcją, ale i z charakterem danego człowieka. Z tym, czym dany człowiek zajmuje się na co dzień, co leży w centrum jego zainteresowań i wszelkiej uwagi. Także z tym, za pomocą czego chciałby on łączyć się z innymi, wymieniać poglądami, zestawiać i konfrontować. Ci inni, to tak zwani „znajomi” albo „kręgi obserwowane”.

Dla starszych pokoleń – wszystkie powyższe mechanizmy i relacje wydają się kompletnie oderwane od rzeczywistości. Ale dla młodszych (tak metrykalnym wiekiem, jak duchem, umysłem – i swoim podejściem do życia, do aktualnych realiów) – są one już całkowicie zwyczajną częścią codziennego, realnego życia. Świat wirtualny wsączał się powoli, aż wsiąkł – wciekł do świata realnego, stapiając się z nim na dobre. I nie ma co się temu dziwić. Dlatego, że zdaje się to bardzo naturalnym procesem, świadczącym o budowaniu wręcz dziejowej – a na pewno kluczowej – przemiany społeczeństw. A ta przemiana, którą tu-i-teraz możemy obserwować, opiera się też w dużej mierze na odświeżeniu samej definicji pojęcia „społeczeństwo”.

Obok zrzeszania się na portalach społecznościowych, dyskutowania na forum internetowym oraz oprócz komentowania innych użytkowników – kolejną sprawą jest tak zwane dziennikarstwo obywatelskie. Jest to dziennikarstwo, którym może zajmować się każdy – ponieważ świat sieci daje wszystkim równe prawo do udostępniania swoich osobistych opinii. W Internecie – wszyscy mamy jednakowe i ważne prawo komentowania sytuacji w kraju i na świecie; prawo do subiektywnego opisywania sytuacji politycznej, problematyki społecznej, ekonomicznej, gospodarczej; każdej. Tworzenie przez „szarych zjadaczy chleba” blogów bądź pojedynczych tekstów – rozrasta się z dnia na dzień. W tym środowisku każdy obywatel, każdy człowiek – niezależnie od wieku, wykształcenia, zawodu itd. – ma prawo do „mentorstwa”, a przede wszystkim – do tworzenia opinii. A co ważne – może tę opinię łatwo rozsiać; podzielić się nią wszem i wobec – bez większych, narzuconych odgórnie, ograniczeń.

Cały świat „medialny”, „dziennikarski” – przeprowadza się dziś do Internetu. Prasa papierowa upada – i dzieje się tak z dwóch prostych przyczyn. Po pierwsze – papierowa forma tekstu jest wyraźnie zbyt nudna dla nowych pokoleń, które zdążyły się przyzwyczaić do interfejsowania, a zwłaszcza dla tych pokoleń, które narodziły się w erze informacji – które wyrosły w tym nowoczesnym, przepełnionym technizacją i komputeryzacją, „wirtualnym” świecie. Po drugie – z dnia na dzień gubi swoją „moc sprawczą” tak zwane „środowisko opiniotwórcze”. Współcześni młodzi-gniewni, ale również ci wszyscy, którzy nadążyli w swoim rozwoju osobistym za sposobem myślenia tychże młodych-gniewnych – oczekują dziś czegoś innego od świata mediów i ich przedstawicieli. Mianowicie – nie oczekują od nich autorytetów i stąd nie uznają „opiniotwórstwa” za cnotę wyższą, z założenia mającą pozostawać niedostępną dla ogółu.

Użytkownicy Internetu, to kształtująca się obecnie coraz ekspansywniej i prężniej – Kultura Roju. A Rój – nie lubi kast i nie lubi w państwie „demokratycznym” podziału (niepisanego) na „równych i równiejszych”. Dlatego właśnie tworzenie opinii w ocenie Roju nie jest już domeną specjalnie uprzywilejowanej warstwy społecznej. Z tej przyczyny na wyżyny zaczyna się wznosić dziennikarstwo obywatelskie. Zaś grupy takie jak dziennikarze, a także pedagodzy – a nawet naukowcy – przestają mieć znaczenie nie tylko w sieci, nie tylko w świecie „wirtualnym”, ale i w tym w pełni realnym, który wszyscy mamy za oknami – na wyciągnięcie ręki.

Innymi słowy – świat wirtualny, tak zwany Matrix: dziś jest już światem realnym. To, co dzieje się i odbywa na portalach społecznościowych i na różnego rodzaju blogach – staje się, jest normalnym życiem, którego nie sposób odkreślić od wcześniejszego – od staroświecko pojmowanego, realnego życia – grubą, czarną kreską.

A skoro bytowanie w Internecie można określić mianem „życia”, a potem rozpatrywać je pod kątem relacji międzyludzkich i funkcji poszczególnych jednostek w społeczeństwie – niedziwne, że materia ta frapuje i przyciąga socjologów. Problem polega na tym, co ma oznaczać tytuł naukowy - „socjolog internetu”? W obliczu sprzęgnięcia się Internetu z fizycznym, zwyczajnym, codziennym życiem – równie dobrze taki socjolog mógłby posłużyć się tytułem „socjolog życia”. Ale jak zabrzmiałby taki tytuł? Jak można zostać, stać się, być – socjologiem życia? Wykształcić się w tym kierunku, uzyskać i obronić taki tytuł naukowy? Jakimi torami przebiega ta kariera? Jak to jest – możliwe?

Zadanie powyższych pytań skłania do uprzytomnienia sobie absurdalności, w jaką popada tak zwany „rzeczywisty” świat. Wychodzi na to, że świat „wirtualny” jest obecnie realnym, a świat „realny” – wirtualnym, typowym Matrix'em.

Poza tym sama idea wykrystalizowania się dziedziny nauki do postaci „socjologii internetu” – zdaje się bardzo kusząca, a na pewno uzasadniona. Psikus jednak polega na tym, że pani socjolog internetu, która pojawiła się w TVN – wystąpiła jako ekspert, specjalista do spraw problematyki Internetu – podczas gdy w ramach swego telewizyjnego wystąpienia nie powiedziała absolutnie nic precyzyjnego na ten temat. Jak to możliwe, skoro jest specjalistką?

Owa pani „socjolog internetu” (a mówię tu o najbardziej „konkretnej” informacji, jaką pani podzieliła się łaskawie z telewidzami) wypowiedziała się wyłącznie na temat portali randkowych. Otóż stwierdziła, że specyfika umawiania się na randki za pośrednictwem sieci – niesie ze sobą ryzyko czy dyskomfort, że umawiając się z drugim człowiekiem w ten sposób, skazujemy się z góry na myślenie pod kątem, „czy randka się uda – czy nie uda”. Co ma do tego – Internet? Czyżby ludzie umawiający się ze sobą w „normalny” sposób (tj.: nie poprzez portal randkowy, a jakkolwiek bezpośrednio) nie zastanawiali się przed wyjściem z domu, czy randka się uda, czy nie uda? Doprawdy istnieje tutaj tajna opcja nr 3? Być może i istnieje – jednakże ta pani socjolog nie sprawiała wrażenia, że intelektualnie dorównuje postaciom takim, jak Kisiel, który powiedział, że „zawsze lubował się w stanowiskach trzecich”. Dlatego zaprezentowanie problematyki portali społecznościowych przez ww panią w jakże błahy, odpustowy sposób – stawia pod znakiem zapytania nie tylko samą panią jako „socjolog internetu”, ale przede wszystkim – jej wykształcenie i zawodową drogę. Naraża ją bowiem na ogromną śmieszność i maskaradę – w oczach widzów, odbiorców.

A przede wszystkim takie jałowe, prostackie wypowiedzi świadczą o całkowitej nieznajomości tematu. O nieświadomości kształtowania się Kultury Roju. Nie wystarczy bowiem, będąc niewątpliwie starannie wykształconym socjologiem, zalogować się parokrotnie na portalu randkowym i wejść w krótki dialog z kilkoma przypadkowymi osobami, by wyciągać dalekosiężne, „naukowe” wnioski.

W zamian takiej żałosnej zabawy w cyrk – proponowałabym pani „socjolog internetu” pobyć na portalu randkowym przez co najmniej rok. Sugerowałabym, żeby pani „pożyła” w tym miejscu codziennie, co wieczór, co rano – przez choćby rok. I żeby jak najbardziej świadomie zapoznawała w tym środowisku osoby, z jakimi będzie prowadziła bardzo realne rozmowy i dyskusje.

Moja propozycja i sugestia wynika nie tylko z osobistego szacunku do Roju – nie tylko z faktu, że uznaję, iż należy szanować nowe i przyjmować je ze spokojem, próbując zdobyć się na jak najbardziej szczery wysiłek, by za nowością podążyć i zrozumieć mechanizmy, wedle których nowe – funkcjonuje i żyje. Moja propozycja wynika również stąd, że martwię się o wymienioną tu panią „socjolog internetu”, bardzo jej współczuję i chciałabym pomóc.

Mówiąc wprost – jakoś nie mogę zaufać w kompetencje pani, która wydaje się zaniedbana, ubrana w stylu, który przypomina estetykę iście jarmarczną – bez ładu i składu, brzydką i infantylną, kojarzącą się z przynależnością do innej, zamierzchłej już, epoki. Wszystkie te składowe upublicznionego wizerunku – powodują moją litość i wzmagają empatię. Nie wróżę takiej pani owocnej kariery naukowej – choć może w populistycznych mediach jej wizerunek ma szansę się przyjąć i zadomowić. Bo media kochają przecież fricków – jakkolwiek o rzetelnej wiedzy w tym przypadku mówić nie sposób.

Tak oto, obserwując wszystko – wszelkie „głosy” i „oblicza” profesjonalistów i ekspertów – za głowę tylko się chwytam i pytam samą siebie (po części wciąż naiwnie) – gdzie biegnie granica między prawdą a fikcją? Co na tym świecie jest prawdziwe, co fałszywe? Co jest normalne, a co nie?

Zastanawiam się nad tym właściwie każdego dnia. I docieram do coraz bardziej ewidentnej i niezaprzeczalnej w moim mniemaniu konkluzji, że Matrix – jest jednak za oknem, a nie w sieci. A w sieci – jest prawda i normalność. Dla moich oczu – właśnie tak to wygląda.

Tym akcentem – pozdrawiam wszystkich „socjologów internetu” (a więc socjologów życia).

A co do pani, którą zobaczyłam wczoraj w TVN – życzę jej, aby Rój założył jej ciekawy profil na Twitterze. Tak jak po tegorocznej gali wręczenia Oscarów – prawa noga Angeliny Jolie doczekała się natychmiastowego własnego profilu na Twitterze. A doczekała się go dlatego, że Angelina naraziła się na śmieszność i kpinę ludzi. Mam nadzieję, że ww pani doczeka się podobnych kpin i politowania ze strony ludzi, którzy na co dzień bytują w sieci i w niej prowadzą znaczną, ważną część normalnego, bardzo realnego życia. Podczas gdy wygląd, stylistyka, treść i sposób mówienia tej pani – nie przystoi do tego, by eksponować ją w telewizji jako obraz eksperta. Po prostu – czysty Matrix. Coś nie do pomyślenia.

Rebeca Serri.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz