środa, 28 marca 2012

Kobieta pracująca - HIPERdramat




HIPERMARKET? HIPERDRAMAT!

MIASTO W MIEŚCIE – czyli

MIASTO GALERNICZEK

Dwanaście godzin bez światła dziennego. Dwanaście godzin bez dopływu świeżego powietrza: płucom musi wystarczyć wątpliwej jakości klimatyzacja. Wątpliwej, bo klimy w hipermarketach często są nierestaurowane – nie kontrolowane od lat, są siedliskiem wielkiego brudu, który widać gołym okiem. Wystarczy porządnie umyć, wyczyścić dowolną witrynę sklepu, stoiska, która sytuuje się dokładnie pod nawiewem klimy – a po niedługim czasie nawet dziecko będzie w stanie samodzielnie zaobserwować mazisty osad, naleciały z góry, trochę podobny do zwykłego kurzu, a trochę do sadzy z pieca. Po tego typu małej i dziecinnie prostej obserwacji, doprawdy nie trudno zdać sobie sprawę z faktu, dlaczego tak wiele kobiet, pracujących w hipermarketach (bo stanowiska sprzedawców, czy mówiąc dyplomatycznie i zarazem modnie w bieżących czasach: konsultantów do spraw obsługi klienta) obejmują przeważnie kobiety – cierpi na notoryczne, nagminne czy chroniczne przeziębienia, nieżyty górnych dróg oddechowych, grypy, anginy, nawracające zapalenia krtani etc.

Kategorycznie innym, odrębnym tematem jest (temat ten można równie dobrze określić mianem jednej z „niewytłumaczalnych tajemnic życia”), dlaczego na terenie hipermarketu niejednokrotnie zdarza się, że letnią porą roku, czyli na etapie najwyższej temperatury za oknem, czy – jak kto woli – bezdusznego, ciężkiego upału, wówczas właśnie owa klima chucha ciepławym, wilgotnawym powietrzem. I dla przeciwwagi (trudno bowiem w tej okoliczności użyć słowa „równowaga”) – ta sama klima w czasie zimy wieje powietrzem lodowatym, aż w głowie huczy i w czaszce, bez mała, rzec by – trzeszczy i szczypie.

Powyższe przykłady niedogodnych warunków miejsca pracy, jakim jest hipermarket, można by mnożyć. Jednak – zamiast przysparzać pytań bez odpowiedzi, warto skupić się na kilku i spróbować właśnie je – szerzej opisać. Mowa bowiem nie o pytaniach retorycznych – siedliskiem takowych niech pozostanie filozofia, religia bądź im podobne. Tutaj, w materiale o hipermarkecie, mowa jest o pytaniach bez odpowiedzi – to jest o takich, na jakie bez wątpienia istnieją odpowiedzi w realnym świecie, lecz dotychczas nikt raczej nie pokusił się za bardzo, by je znaleźć i na tablicy rozpisać. Wróćmy jednak do problemu głównego i zogniskujmy się na kilku ważnych aspektach, próbując zarazem dotrzeć do meritum.

Otóż intencją niniejszego materiału nie jest traktowanie o „wielkich aferach” przynależnych do branży handlowej, jak na przykład głośna swego czasu kwestia kasjerek z jednej z sieci marketowych, gdzie kobiety obsługujące linie kas zmuszone były do wykonywania obowiązków z pieluchą w majtkach, gdyż brak było w pracy chwili niezbędnej na krótką przerwę w celu udania się do toalety i tam załatwienia, jakże oczywistej – zdałoby się przecież, potrzeby fizjologicznej. Jednej z podstawowych potrzeb fizjologicznych człowieka (przyp.red.: oddanie moczu), co nakazuje sądzić, że znanej gatunkowi ludzkiemu od dawien dawna – stąd w XXI wieku jedynie dziw drobny bierze, że zasadność owej potrzeby pewnym tajemnym sposobem umknęła światłej świadomości kadrze rządzącej, to jest – zatrudniającej owe kasjerki. Lecz ów dziw, zarysowujący się na twarzy człowieka (odbiorcy powyższej sensacji) za pomocą lekko i sarkastycznie unoszącego się kącika ust, które jakby pragną się roześmiać, lecz pohamowuje je empatia (wobec losu rzeczonych kasjerek) i niedowierzanie (w los rzeczonych kasjerek) – niechaj ów dziw stanowi tylko krótki cień, rzucony w tyle głowy przez stare wspomnienie onginej „afery pieluchowej”.

Dziś bowiem, tu-i-teraz, nie będzie mowy o tym podobnych znamienitych i ekstremalnych aferach. Dziś w kontekście hipermarketu jako miejsca pracy kobiet, które pełnią tam funkcję szeroko pojętych „konsultantek do spraw obsługi klienta”, pora podjąć kilka wątków, myśli – banalnych, trywialnych, zupełnie zwyczajnych i całkowicie niebrawurowych.

Lecz skoro już we wstępie wspomniano o potrzebie fizjologicznej, to wypada dodać, iż pracownice eleganckich butików sieciowych i stoisk firmowych tak zwanych galerii pasażowych na terenach wielkich molochów, centrum handlowych (hipermarketów) – mimo, że bez pieluchy w majtkach, to ich los tylko z wierzchu patrząc, wydawać się może losem lepszym, czy też losem mniej deprymującym, mniej upokarzającym albo mniej dokuczliwym – od losu wspomnianych kasjerek.

Mianowicie – te właśnie pracownice, owszem, mogą wyjść na przerwę, aby, mówiąc wprost, zrobić siusiu w przeznaczonym do tego miejscu. Wystarczy, że wywieszą na witrynie sklepu stosowną informację – prosty komunikat na piśmie w brzmieniu „ZARAZ WRACAM” albo „WRACAM ZA 10 MINUT”. Jednak w nie jednym hipermarkecie nie ma toalety oddzielnej dla personelu. Stąd ekspedientki są zmuszone korzystać z toalety tej samej, z jakiej korzystają klienci. A mówiąc konkretnie – nie klienci, lecz grube dziesiątki różnych, prze-najróżniejszych ludzi, którzy niczym bezkształtna masa koloidalna, przelewają się codziennie przez hipermarket. Codziennie, to jest w czasie dwunastogodzinnych widełek, w ramach jakich jest otwarty, czynny hipermarket – i te ogromne liczby ludzi, przewijając się przez centrum handlowe, korzystają jednocześnie z tamtejszych toalet. Ale przy tym – „ludźmi” są tylko z nazwy. Bo z toalet korzystają jak zwierzęta. Po owych „zwierzętach”(po odczekaniu pewnego czasu, bo liczba kabin w toalecie jest ograniczona, więc trzeba stać w kolejce, nim dotrze się do sedesu) – z tej samej toalety korzysta jedna czy druga ekspedientka. Zagryza zęby, by bez płaczu – poczynić, po co przyszła. Potem wraca wprost do swego sklepu – lecz tam, zaraz po zdjęciu z witryny wspomnianej informacji dla klienta, najczęściej spotyka: obrażonego klienta.

Dlatego, że klient oczekiwał sprzedawczyni „pod” zamkniętym sklepem (czy stoiskiem, czy butikiem) – bardzo, bardzo długo; z jego wypowiedzi można wręcz wywnioskować, że czekał właściwie w nieskończoność, cały zły, obelgami cisnąc w stronę sprzedawczyni z ust, a iskrami niebotycznego gniewu z oczu; no bo do czego to podobne, aby w cywilizowanym świecie, takie kartki jak „ZARAZ WRACAM”, a owo „zaraz”, to jakby „sto lat” – to godne jest politowania i kpiny wszelkiej, kompletny brak poszanowania klienta, który doczekać się na stosowną obsługę najzwyczajniej w świecie nie mógł. A jemu się przecież tak strasznie mocno spieszyło – chociaż, aby nakrzyczeć sobie na sprzedawczynię, która oczywiście zripostować w żaden sposób nie może, gdyż tego prawo jej zabrania; na to, rzecz jasna, klient odpowiednią ilość czasu jeszcze znajdzie i wytrzepie z kapelusza niczym rasowy prestidigitator. Mimo, iż jeszcze około dziesięciu minut wcześniej – ten sam klient niemiłosiernie się spieszył.

Tak: dzięki środowiskom opiniotwórczym, dzięki dziennikarzom – konsumenckie społeczeństwo zna doskonale swoje prawa. Wszystkie są w pełni uzasadnione i w całości respektowane. Dziś każdy „szary obywatel” zna się wprost niemal idealnie na kodeksie pracy – bo przecież musi się znać, bo każdy sklep, każda branża, butik i stoisko firmowe, i pracujące tam kobiety, to na pewno banda oszustów i złodziei jest, i basta. A na takowych zawsze warto mieć w zanadrzu stosowny paragraf – to jest argument do rzucenia między oczy: paragraf pierwszy z brzegu – jak as z rękawa.

Zgodnie z literą prawa – sprzedawczyni nie powinna pozostawiać stanowiska pracy na dłużej niż 10 minut. Tak – sprzedawczyni (identycznie jak konsument) również zna swoje prawa. Tyle, że w jej przypadku te prawa oznaczają w rzeczywistości – brak praw.

Sprzedawczyni wysłucha reprymendy (delikatnie mówiąc) klienta z cierpliwością, spokojem i ładną i uśmiechniętą buzią, by nie zaogniać problemu. Ponadto wie, że złamała prawo – ma świadomość, że na przerwę w pracy przeznaczyła więcej niż 10 minut, a nie powinna, toteż nie ma nic na swoją obronę. Lecz o tym, że często kolejka do brudnej toalety, cuchnącej amoniakiem i fekaliami po szanownych klientach, którzy robią siusiu i kupkę na deski klozetowe i po ścianach (dzieje się tak i jest to zjawisko „normalne” we wszystkich polskich toaletach publicznych, damskich i męskich; do jakich zaliczają się też toalety centrum handlowych) – wymusza na pracownicy pobyt na przerwie dłuższy niż 10 minut, o tym prawie nikt nie wie, a i opowiedzieć o czymś tak żałośnie śmiesznym za bardzo nie ma ani jak, ani komu. Bo kogo to w ogóle obchodzi?

Swego czasu polskie media podały informację, iż istnieje takie prawo, iż wszędzie można się targować – to znaczy negocjować cenę artykułu ze sprzedawcą w równym stopniu, jak ongiś czyniono to na bazarach, rynkach. Od chwili, gdy ta informacja padła w mediach, wiele kobiet podczas dwunastogodzinnej trudnej, żmudnej zmiany w branży hipermarketowej – musi po wielokroć strzępić sobie język na nic nie rozumiejącego, bezmyślnego klienta, który niczym tonący brzytwy, ślepo uczepia się tego, co „powiedział mądry pan w dzienniku – w telewizorze”.

Taki klient nie rozumie, że czym innym są pojedyncze stoiska handlowe, a czym innym potężne marki sieciowe, gdzie marże i związane z nimi ceny są ściśle narzucone i ustalone i zapieczętowane przez zarząd danej firmy, to jest na samym szczycie skomplikowanej piramidy, jaką jest handel. Wielu takich klientów jest niesympatycznych, niekulturalnych, złowrogich – ujmując ich zachowanie subtelnie – a także wręcz toczy spory, awantury ze sprzedawczyniami, domagając się wglądu do faktur z dostaw towaru, by zdobyć pewność, co do faktycznej ceny, takiej czy innej, rzeczy do nabycia. Mówiąc krótko – wielu klientów docieka zasadności (bezzasadności?) cen u sprzedawczyń w taki sposób, jak gdyby sprzedawczyni była złodziejką, oszustką, czy po prostu, potocznie patrząc – zwykłą manipulatorką i zołzą, której pasją życia i najukochańszym hobby jest okłamywanie klienta i wyrządzanie mu materialnej oraz psychicznej szkody, tudzież innego nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu.

Bo jakąż inną pasję życia – może posiadać „jakaś tam sklepowa”?

Jak we wspomnianej we wstępie „aferze pieluchowej” – za zły los kasjerek winić można było pracodawców, tak oto tutaj – największe pretensje i zarzuty kierowane są w pierwszej kolejności nie do właścicieli, kierowników i zarządców hipermarketów, a więc różnego rodzaju szefów i przełożonych, lecz właśnie do konsumentów, do klientów, do społeczeństwa.

W dobie, gdzie hipermarkety mnożą się jak obmierzłe muchomory po rzęsistym deszczu, (a nikt realnie i samodzielnie myślący, zastanawiający się i żyjący w polskiej rzeczywistości nie potrafi w pełni sensownie odpowiedzieć na zagadkę, dlaczego i po co tak się dzieje) ta śliska mnogość zdaje się odpowiedzią samego społeczeństwa – na swoją własną, coraz więcej płaską, brzydką i ohydną, a do tego inercyjną, konsumpcyjność. Tak: inercyjną, ponieważ w powolnym, niby metodycznym snuciu się społeczeństwa i przelewaniu poprzez poszczególne szpalery i sklepy hipermarketu – jest wyraźna swoista bierność, bezruch, pustka zawarta w oczach i jakby odrętwienie, otępienie patrzących, lecz nie widzących, oczu. Zamiast konsumpcyjność – można śmiało powiedzieć: pasożytnictwo. Ktoś zapewne zaprzeczy, powołując się na złudny argument: skąd mowa o pasożytnictwie, jeśli klienci wydają własne, ciężko zarobione, samodzielne pieniądze? Jeśli płacą za artykuły i usługi, których przekrój jest nadzwyczaj szeroki i bogaty w obrębie właśnie hipermarketu – jeśli sami za swoje potrzeby i zachcianki płacą, to gdzie, na jakim odcinku ich zachowania cecha pasożyta jest widoczna?

W odpowiedzi na to pytanie samoistnie nasuwa się dwuwiersz:

W świecie hamburgera popitego puszką koli,

szczęściem dla mutanta – może nowy być batonik.

I tu jest mowa właśnie o takim pasożytnictwie, jakie sugeruje ów dwuwiersz. Dla „inteligentnych inaczej” – kwestię dotłumaczając (choć winno pozostać mniej-więcej czytelne, iż kwestia nie wymaga komentarza… cóż, dla jednych więcej, dla drugich – mniej; niestety), można ująć prawdę klarowniej i bez ogródek: Otóż w krainie (niezmiennie mowa o krainie pod flagą biało-czerwoną), w której NIEDZIELNYM KULTEM staje się rodzinna wyprawa do hipermarketu – podstawowe „kamienie” tego kraju, czyli ludzie stanowiący o wartościach twardych i stałych, czyli główny wypełniacz strukturalny krainy (społeczeństwo) – to ludzie, to przedstawiciele społeczeństwa, to osobnicy zachowujący się jak pasożyty. Czy inaczej, wedle uznania: jak robaki. Owszem, kupują według prywatnej woli i za prywatne pieniądze – lecz w kwestii obyczajowości, kultury osobistej, podług miary swoich marzeń i dążeń, jakże ściśle sprzęgniętych z zasobnością portfela – są tak, jakby robaki (jakby chaotyczna chmara pasożytów).

Nawet Pan Bóg pracował przez sześć dni, siódmego zaś odpoczywał – by zregenerować siły i przygotować się na kolejny poniedziałek. Tymczasem ludzie są ponoć na Jego obraz i podobieństwo. Okazuje się, że nie wszyscy – Polacy na przykład nie są (mimo iż narodem są podobno nader chrześcijańskim, o czym świadczy niezwykłe zamieszanie wokół krzyża, lecz to już temat na odrębny artykuł).

A może temat ugryźć z innej strony?

Może za daleko szukać przykładu w Bogu (wydaje się przecież tak odległy, odklejony od racjonalnej rzeczywistości, aż nieobecny)? Niech za racjonalny przykład posłuży więc bliski sąsiad Polski – Niemcy. Tam w czasie weekendów wszystkie sklepy są zwyczajnie zamknięte – i mało, że nikt nie narzeka z tego powodu, to jeszcze zdaje się, iż poprzez ów banalny fakt, społeczeństwo funkcjonuje zupełnie dobrze, aż korci, by powiedzieć – NORMALNIE.

W Polsce jest jednak inaczej: narzekanie jest współczesną, aktualną cechą narodową i rozpoznawczą Polaków. Na pytanie znajomego, przypadkowo spotkanego na ulicy, brzmiące „Co słychać?” (How do you do? Commment ca va?), Polak odpowie: „Stary, nie uwierzysz, co mi się przytrafiło, jak bardzo jest źle (…)” (I’m fine, thanks. Ca va bien, merci; et toi?).

W Niemczech para zakochanych bądź rodzina – w niedzielę wybiera się na spacer. Do parku, do lasu, na wycieczkę, tu lub tam. W Polsce – obraz typowego CENTRUM HANDLOWEGO, czym dokładnie jest obiekt kryjący się pod nazwą „hipermarket”, został zaburzony przez samą, porównaną tu do pasożytniczej, wyobraźnię, interpretację społeczeństwa. Szeroka oferta, bez wytchnienia narastających, stale się rozbudowujących i przebudowujących hipermarketów – skłoniła płytkie umysły naszego społeczeństwa do, coraz częściej powszechnego i tym samym „naturalnego”, postrzegania hipermarketów jako cudownych parków rozrywki, wielobarwnych placów zabaw, i tak dalej.

Dlaczego zapomnieliśmy, że sklep – nie jest niczym więcej, niż SKLEP? Dlaczego tak szybko, niczym głupia rybka na nieprawdziwą przynętę, dajemy się złowić sztucznie wygenerowanej ilustracji hipermarketu – jako WESOŁEGO MIASTECZKA, jako KOLOROWEGO PASAŻU stworzonego do spacerowania całą rodziną? Dlaczego zapomnieliśmy, że sklep, to tylko sklep – nie muzeum, nie galeria z dziełami sztuki, nie wartościowa rozrywka?

Polacy w niedzielę – idą do hipermarketu: zjeść gofra, czy loda z automatu; a najchętniej i najczęściej – pooglądać towar, niczego nie kupując; pobawić się czasem pracy sprzedawczyni, utrzeć jej nosa, udowodnić, że jest głupia, tępa i nic nie umie, zaczaić się za węgłem, by w chwilę potem wyskoczyć zza niego jak diabeł z pudełka i ze stoperem w ręku – zaskoczyć sprzedawczynię i wygarnąć jej prosto z mostu, przez ile to minut była sobie w pracy nieobecna, udając się na trwającą „w nieskończoność” przerwę. Nie idą na prawdziwe zakupy – dlatego w niedzielę, że w tak zwanym roboczym tygodniu zabrakło na nie czasu. Taka motywacja jest w większości czystą nieprawdą. Polacy ubierają się elegancko, czy po prostu „niedzielnie” – i zarówno mieszkańcy wsi, jak i środka dużych miast, lgną do hipermarketu jak muchy do słodkiego lepu. Spacerują w tę i we w tę – i tak spędzają jałową, iluzoryczną kolejną, i kolejną niedzielę swego ponurego (bo pełnego narzekania) życia.

Hipermarket w Polsce z dnia na dzień – coraz ściślej przeistacza się w narodowy sport… dawniej była nim piłka nożna, później – Adam Małysz, a dziś… no cóż: hipermarket, a więc twór w stylu „sklepiku z marzeniami”. Oby tylko panem za ladą nie okazał się sam diabeł, jak to było u Stephena Kinga w książeczce pod takim samym tytułem.

Łatwo jest narzekać na system, na polityków, na służbę zdrowia i szkolnictwo – i bardzo trudno jest ponarzekać na samych siebie. Trudno jest spojrzeć w lustro i zauważyć autentycznie w nim obecne odbicie. A to odbicie mówi dość jasno, że za oknami naszych domów zastajemy rzeczywistość taką, jaką poniekąd pragniemy zastawać. Inaczej mówiąc: obraz polityki, takiej czy innej dziedziny życia, nie bierze się ani z powietrza, ani w sposób jakkolwiek magiczny czy samozwańczy. Władza czy ogólnie przyjęta obyczajowość, kulturowość, są efektem naszego własnego wyboru – zwierciadlanym odbiciem społeczeństwa. Jest w tym sformułowaniu prawda, a człowiek świadomie czyniący wgląd w siebie i bilans sumienia – z pewnością się jej nie wyprze.

Zatem oto społeczeństwo polskie – i jego ramowa charakterystyka:

Ulubieni artyści Polaków?
Doda, Jolanta Rutowicz, Feel
i Marina Łuczenko (bardzo rodzima i „utalentowana” w szerokim rozumieniu słowa „talent”).

Ulubiony sport Polaków?
Hipermarket. A zwłaszcza w niedzielę. (Świadczy o tym badanie opinii publicznej, wskutek którego w wyniku przeprowadzonych sondaży – lwia część społeczeństwa opowiada się za tym, aby w niedziele centrum handlowe były otwarte.)

Ulubione porzekadło Polaków?

Wszyscy są równi. Ale niektórzy są równiejsi.

Ostatnia myśl, wyłoniona prosto z Orwellowskiego świata, jest boleśnie widoczna w zachowaniu właśnie klientów, czy może należałoby rozszerzyć pojęcie do – UŻYTKOWNIKÓW hipermarketu.

Fakt, że niektórzy w społeczeństwie są równiejsi od pozostałych – jest ewidentny do zaobserwowania właśnie w kontekście relacji klient-sprzedawczyni. Tym samym pora powrócić do meritum niniejszego materiału – a więc do sytuacji kobiet, pracujących w hipermarketach jako sprzedawczynie.

Otóż sprzedawczynie zatrudniane przez firmy, posiadające swoje jednostki handlowe (stoiska lub butiki) na terenie tak zwanych galerii hipermarketu, to w większości studentki. I choć dziś wykształcenie wyższe (czy to na poziomie licencjata, czy magisterium) nie jest żadnym „wyższym uwarunkowaniem”, ni najmniejszą „przepustką ku wygodniejszemu bytowi” – to o studiujących dziewczynach naprawdę trudno wypowiadać się jako o idiotkach bez krztyny dobrych manier, jakiejkolwiek wiedzy o życiu, czy bez grama towarzyskiej ogłady, niezbędnej wszak do wykonywania pracy wśród ludzi (na czym opiera się praca w handlu).

Trudno o studentkach, które w większości podejmują pracę sprzedawczyń w hipermarkecie, mówić jako o głupich ofiarach losu, nie przejawiających zdolności do niczego – stąd zapewne zatrudniających się w handlu, jako że wszyscy wiedzą, że ten rodzaj pracy jest najłatwiejszym z możliwie dostępnych w tym kraju. Mówiąc uczciwie: w ten właśnie sposób społeczeństwo polskie odnosi się do pracy sprzedawczyń. Wielu się zdaje, iż każdy mógłby wykonywać tę pracę – gdyż jest ona płytka, łatwa i przyjemna (by nie powiedzieć naiwna i prostacka). Bardzo wielu – zwraca się do sprzedawczyń jak do kretynek, całkowicie nie znających się ani na swojej pracy i jej trudach, ani na żadnej innej dziedzinie egzystencji i jakości ludzkiej.

Jak do kretynek – pozbawionych wszelkiego wykształcenia, zainteresowań i przywilejów. Naogół zapominając o tym, a wręcz pozostając ślepymi na to, że w rzeczywistości patrzą na młode, atrakcyjne i bystre kobiety. Kobiety, które poza hipermarketem starają się prowadzić ciekawe życie – dużo z nich posiada, pielęgnowane czynnie, zainteresowania artystyczne; wiele jest wolontariuszkami itp. Niemniej klienci zwracają się do sprzedawczyń z nieskrywanym poczuciem wyższości – niezwykle często zwracają się jak do bydła.

Do bydła – nawet nie jako do służącej, którą, de facto, sprzedawczyni nie jest. Lecz społeczeństwo, które w około 90.procentach po przestąpieniu progu sklepu nie tylko nie mówi „dzień dobry”, ale i nie raczy odpowiedzieć na nie ze strony sprzedawczyni, do takich oto ról (bydło, służąca) pracujące w handlu kobiety sprowadza. Tak właśnie nie inaczej postrzega je i w tym stylu do nich się odnosi.

Wygląda, że dlatego, że chociaż wszyscy są równi – niektórzy jednak bezspornie bywają równiejsi. Pozostaje gorzką łzę uronić nad obecnym polskim krajobrazem, w jakim istnienie KAST jest niezaprzeczalne – i nigdzie indziej chyba nie objawiające się równie czytelnie, co w hipermarkecie.

Lecz nawet i nie kasty winny przemówić do sumy sumień naszego społeczeństwa – do anonimowego roju, jakim obecnie się stajemy, z jakiego się składamy. Ostatecznie – oprócz kast, oprócz relacji klient-sprzedawczyni – godny przemyślenia wydaje się jeszcze inny smutny mechanizm.

Ów mechanizm, zjawisko – rodzi się ze wskazanego już faktu, że sprzedawczynie w hipermarketach, to w większości studentki. Wykonują swoją pracę starannie, z zaangażowaniem, dobrą wolą i sumiennie. Dlatego, że ich młode głowy jeszcze są nabite marzeniami o innego rodzaju przyszłości zawodowej. W danej linii czasu, osobistego rozwoju – dziewczyny, które się uczą, NARAZIE są sprzedawczyniami. A o swoich marzeniach, planach na przyszłość sądzą, iż są one realne i wymierne: za parę lat ukończą edukację i z odpowiednim dyplomem w ręku ambitnie poszukają dla siebie zawodowego spełnienia.

Tymczasem parę lat – najczęściej szybko, nie wiadomo kiedy mija. I wtedy się okazuje, że pracy dla absolwentek kierunków zarówno humanistycznych, jak i ścisłych, naukowych – NIE MA. Praca sprzedawczyni była optymalna i wystarczająca, jeśli pieniądze z wynagrodzenia (najczęściej jest to ok. 1000 PLN netto/miesiąc) można było przeznaczyć na książki, kosmetyki i ubrania (oczywiście przynależne do „średniej półki”). Z chwilą, gdy świeżo upieczona absolwentka – dotąd dziewczyna, a odtąd ustanawiająca się PRACUJĄCA KOBIETA – rozpoczyna prowadzenie w pełni suwerennego życia, rozpoczyna jednocześnie prywatną walkę z ponurą rzeczywistością za oknem. I w tym przypadku ponurość oznacza najzupełniej uzasadniony powód do narzekań. Dlatego, że najczęściej jest to walka „z góry skazana” na porażkę.

Czasami po kilku miesiącach od ukończenia studiów, a czasami po kilku latach – kobieta systematycznie zapomina o swoich wcześniejszych marzeniach. I nie chodzi tutaj o skłonienie Czytelnika do infantylnego płaczu nad utraconymi ideałami dzieciństwa, młodości.

Chodzi o poważną sytuację: kobiety – sprzedawczynie w hipermarketach przechodzą bolesny, bezkompromisowy kurs dojrzewania. Zapominają o aktywnym poszukiwaniu dla siebie innej pracy – i w tym sensie hipermarket przypomina bagno, które wciąga, wchłania w siebie sukcesywnie. Jest jakby grzęzawiskiem, czy ruchomymi piaskami, z jakich nie ma już odwrotu.

Dlatego, że nie ma w Polsce innej realnej pracy dla kobiet – jeśli nie posiadają one tytułów doktorskich, nie władają pięcioma językami, nie mają bogatych rodziców, po których mogłyby odziedziczyć prowadzenie własnej działalności, lub po prostu loteryjnego haustu szczęścia itd.

Jest oczywiste, że i te wymienione czynniki nie są gwarantem sukcesu, lecz przynajmniej pozostają jego potencjalnym nośnikiem: zawierają w sobie taką możliwość, są potencjalną przestrzenią dla dokonywania indywidualnych wyborów i mogą stworzyć poczucie kierowania własnym życiem.

Hipermarket natomiast niczego podobnego nie umożliwia – jest jak bagno, z wierzchu pokryte barwnym blichtrem, które wsysa, będąc jednocześnie jedynym realnym punktem zaczepienia, jedynym zajęciem, po które kobieta może sięgnąć, by spróbować się usamodzielnić. Z chwilą, gdy świeżo upieczonej absolwentce przychodzi zacząć samodzielnie opłacać czynsz i wszystkie inne świadczenia – zaczynają się także istotne problemy. Źródłem tych problemów jest brak, niedobór pieniędzy – i podług takiego źródła, problem dwunastogodzinnej zmiany bez światła słonecznego, bez dopływu czystego powietrza, w środowisku zabrudzonej, starej klimy: rysuje się już jedynie jako nieznaczny, nieważny, aż stopniowo przeistacza się w całkiem niezauważalny, jakby nie istniejący.

Kobieta pracująca w Polsce? To sprzedawczyni w hipermarkecie: „jakaś tam sklepowa”;
bez perspektyw, przedstawicielka „gorszej kasty”.

Początkowo takiej kobiecie zaczyna „po prostu” brakować pieniędzy – „od pierwszego do pierwszego”. Ponieważ nie ma możliwości wpłynięcia na swoją sytuację egzystencjalną, najpierw nieco zaciśnie pasa, by móc sobie poradzić – to znaczy przetrwać. Lecz, nie daj Boże, przyjdzie jej do głowy zakochać się i założyć rodzinę – zostać matką. Jakże szybko się przekona, że jeden cały etat sprzedawczyni nie wystarczy, by opłacić wszystkie rachunki oraz stworzyć dom dziecku. Aby kobieta i jej rodzina przetrwały, aby wspomóc męża i domowy budżet, szybko zatrudni się w PRACY NR 2.

I tak – idąc na zakupy do galerii hipermarketu, często można spotkać znajomą buzię. Wczoraj ta kobieca buzia stała za ladą stoiska z biżuterią, dzisiaj widzimy ją przy akcesoriach góralskich. A jutro? Kto wie? Może ta sama sprzedawczyni pojawi się przed naszymi oczami w branży nr 3? Jest to nader prawdopodobne, wnosząc po prostych faktach i łącząc te fakty w swoim świadomym rozumie. Te fakty brzmią: aby pracująca kobieta mogła w miarę godnie przeżyć, potrzebuje podjąć pracę w dwóch (czasami trzech) miejscach; potrzebuje pracować często po dwanaście godzin dziennie, potrzebuje pracować w niedziele. INACZEJ W TYM KRAJU SIĘ NIE DA.

I jak w starożytności mieliśmy do czynienia z miastem-państwem, tak w bieżących realiach mamy do czynienia z MIASTEM W MIEŚCIE – czyli z hipermarketem. Hipermarket jawi się jako oddzielna rzeczywistość. Rzeczywistość, w której życie jest ciężkie i przykre, ale zarazem polskie kobiety mogą żywić wobec tej rzeczywistości jedynie sentyment i wdzięczność za to, że istnieje. Bez niej bowiem – najprawdopodobniej nie miałyby żadnej szansy na zatrudnienie. Najczęściej są więc wdzięczne – nawet kiedy klient jest niegrzeczny, bezczelny i źle wychowany.

Wiele spośród młodych, wykształconych kobiet – wyjeżdża z Polski, pragnąc żyć i pracować inaczej. Te, które pozostają – rano nie ustępują miejsca starszym w tramwaju czy w autobusie, bo najzwyczajniej nie mają na to fizycznej siły. Społeczeństwo starzeje się w sposób porażający i ekspansywny. I będzie się starzało, zwielokrotniało w takowym wizerunku – nie ma innej rady. Pracujące kobiety nie chcą rodzić dzieci – i nie chcą coraz bardziej. O liczebności populacji w Polsce będzie stanowiło potomstwo „galerianek” i im pokrewnych. I o liczebności – to mało powiedziane:

POTOMSTWO „GALERIANEK” BĘDZIE STANOWIŁO O JAKOŚCI POLSKIEGO SPOŁECZEŃSTWA. Dokładnie do tego „narybku” należy przyszłość Polski
i jej strukturalna i jakościowa kreacja.

A skoro już mowa o „galeriankach” – do głowy wpada następująca gra słów i związana z nimi okoliczność:

Następnym razem, wybierając się do hipermarketu na zakupy, pamiętajmy, że mijając tę lub inną elegancko ubraną czy uśmiechniętą sprzedawczynię danego butiku, faktycznie mijamy GALERNICZKĘ. Tym bowiem jest praca sprzedawczyń – GALERAMI, to jest grząskim gruntem, z którego najczęściej nie ma już ucieczki.

A kiedy w WOLNĄ NIEDZIELĘ najdzie nas ochota zanurzyć się w fotelu-leniwcu z dobrą lekturą w dłoni, by zrelaksować się (zresztą prawidłowo i zasłużenie) po roboczym tygodniu wytężonej pracy (innej niż hipermarket) – sięgnijmy dla przypomnienia po „Nędzników” Victora Hugo. I w opisie dzielnego Jeana Valjeana zesłanego na dożywotnie galery – dopatrzmy się ilustracji współczesnej polskiej KOBIETY PRACUJĄCEJ.


P.S.:
  • niektóre sprzedawczynie w hipermarketach systematycznie zażywają środki typu Ketonal, by uśmierzyć ból głowy spowodowany klimatyzacją (deklarują, iż przed podjęciem ww pracy nigdy nie dokuczały im podobne dolegliwości)
  • większość sprzedawczyń w hipermarketach, w których nie ma toalety oddzielnej dla personelu, cierpi na chroniczne i bolesne zapalenie pęcherza moczowego (infekcje te często przekładają się także na funkcjonowanie narządów kobiecych)
  • większość sprzedawczyń, których staż pracy w hipermarkecie przekracza pół roku, skarży się na chroniczne zapalenie spojówek (prawdopodobnie spowodowane natężeniem świateł), chroniczny problem „suchego oka” oraz „piasek-okruchy szkła pod powiekami” (prawdopodobnie spowodowane przebywaniem w klimatyzowanym pomieszczeniu), bolesne wysuszenie błony śluzowej nosa, uporczywe kłopoty z suchością cery oraz włosów
  • część sprzedawczyń w hipermarketach ma za sobą długofalowe leczenie grzybicy stóp i paznokci, wynikające z konieczności wielogodzinnego przebywania w zakrytych pantoflach w czasie wysokich upałów (przyp.red.: wewnętrzne statuty niektórych marek zakazują zakładania obuwia z odkrytymi palcami jako nieestetycznego i tym samym niedopuszczalnego przez obowiązujące standardy obsługi klienta)
  • wiele spośród sprzedawczyń w hipermarketach zmaga się z dolegliwościami typu refluks (przyp.red.: jest to zarzucanie treści pokarmowej z danego odcinka układu pokarmowego do odcinka wcześniejszego, najczęściej z żołądka do przełyku). Dolegliwość ta w przypadku sprzedawczyń najprawdopodobniej spowodowana jest tym, iż czas trwania ustalonej przepisami prawa pracy przerwy na posiłek w zestawieniu z brakiem stosownego zaplecza lub pomieszczenia socjalnego w sklepach i stoiskach handlowych prowadzi do spożywania przez pracownice posiłku w pośpiechu i stresie; kęsy posiłku najczęściej są też wypluwane, by jak najprędzej podbiec do lady i obsłużyć klienta, który jest „natarczywie zniecierpliwiony”
  • sprzedawczynie w hipermarketach, które pracują 12.godzinnym trybem pracy, podkreślają, iż w czasie zimy wychodzą do pracy, kiedy jeszcze jest ciemno i wychodzą z pracy, kiedy już jest ciemno. Wskutek czego porównują swoją pracę do życia kretów albo „szczurów kanałowych”. Pomimo tego wiele z nich deklaruje, iż zdecydowanie wolą tryb swojej pracy od trybu 6.godzinnego. Dlatego, że w drugim przypadku musiałyby przychodzić do pracy codziennie – bez dnia wolnego, czyli bez możliwości psychicznego i fizycznego „odetchnięcia od klimatu hipermarketu”, jak mówią
  • zdecydowana większość sprzedawczyń z hipermarketów woli przeznaczyć przerwę w pracy na posiłek i/lub udanie się do toalety – na zrobienie prywatnych zakupów „do domu”: po to, by nie musieć wchodzić do żadnego sklepu w swój dzień wolny od pracy

Rebeca Serri.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz