czwartek, 29 marca 2012

O żałosnych polskich celebrytkach


O gwieździe, która światło ludziom nosiła,


aż przyniosła



Media są obecnie tworem żałosnym. Między innymi dlatego, że telewizja i prasa – zamiast pozostawać źródłem wiadomości, stają się coraz jawniej i częściej wielkimi promotorami osób albo zadufanych w sobie, albo po prostu głupich.



Publicystyka staje się dziedziną niezwykle wyrafinowaną i coraz częściej – odklejoną od rzeczywistości, bo nad wyraz infantylną i próżną. I ja sama – uprawiając swoistą publicystykę, czyli prowadząc bloga – zaczynam postrzegać siebie jako istotę żałosną. A to dlatego, że zamiast komentować wydarzenia ważne w sensie społecznym i kulturowym – coraz częściej „muszę” pisać o sprawach i ludziach: błahych, beznadziejnych, plastikowych, jałowych i bezsensownych. Muszę – bo nie sposób przejść obok nich, zachowując stoickie, święte milczenie.



Czy można przemilczeć promowanie przez media i przez tak zwane środowiska opiniotwórcze – intelektualnego blichtru i idiotyzmu? Może i można. Jednak czasami – krew się gotuje i przemilczeć – nie wypada.



Najpierw Kasia Tusk otrzymała nagrodę za szczególne zasługi dla polskiej blogosfery – dzięki blogowi, który – jak sugeruje tytuł – ma czynić życie łatwiejszym. Żenujące, że można nagradzać i reklamować blogową działalność subtelnych, miałkich stworzeń, takich jak Kasia. Choć nie miałabym zamiaru po raz kolejny tego komentować (skomentowałam już w tekście pt.: Przekrój się ośmiesza), gdyby nie smutny i denerwujący zarazem świeży fakt, że oto w barwnym, rozświetlonym światku wspaniałych polskich celebrytów – wyłania się kolejny twór. Wygląda więc na to, że media – zamiast mnie informować, zaczynają prześladować i straszyć. Przez co czuję się po trochu gorsza i głupsza od siebie samej – i powoli podobnie żałosna do mediów. Najpierw postraszył mnie – straszny cień pustej, śmiesznej Kasi Tusk, a teraz – kolejnej (równie abstrakcyjnej i przezroczystej w sensie duchowym) zjawy.



Mowa o „wielkiej pani mecenas sztuki” – opiekunki polskich artystów, Mai Sablewskiej. Podkreślam, bardzo chciałabym jej nie zauważyć i nie pisać o niej – niestety sumienie mi nie pozwala, gdyż w mediach głośno o tej przedziwnej postaci ostatnimi czasy. I tak właśnie otaczający blichtr – wciąga mnie w swój wir i nie potrafię zupełnie się wyłączyć z tego żałosnego wiru. Z żałosnego nurtu medialnej papki i płaskich pseudo informacji, które w rzeczywistości sieją dezinformację i psują ludziom głowy. I na pewno nie czynią życia łatwiejszym. Ani przyjemniejszym. Wróćmy jednak do pani Sablewskiej.



Początkowo pani Sablewska postanowiła zostać wspaniałą menadżerką i „wizerunkową mentorką” gwiazd – i w porządku. Nic mi do tego. Nie interesuje mnie to ani trochę.



Później panią Sablewską telewizja TVN zaangażowała do jurorowania w X Factor – też w porządku. Co mnie to obchodzi?



Ale ostatnia dana o pani Sablewskiej, o której donoszą media – zdecydowanie mnie przytłoczyła. Otóż ponoć pani Sablewska aktualnie pisze dwie książki: a to już nie jest w porządku.



Okazuje się, że można mieć problemy z poprawnym wysławianiem się na co dzień – ale i tak nie przeszkodzi to w tym kraju w zostaniu pisarzem. Włos mi się wszelki zjeżył. Jest wielu ludzi, którzy poświęcili swoje życie na pisanie – stale kształcą się w tym kierunku i uczciwie dążą do wydania swoich dzieł. Lecz o tych uzasadnionych debiutach literackich – powszechnie niewiele wiadomo. Ich promocja i działalność nie jest nawet w jednej czwartej tak czytelna, jak wątpliwej jakości postać jednej czy drugiej celebrytki.



Pani Kasia, czy pani Maja – wystarczy, że plastikowo do kamery się uśmiechnie, tu na blogu opublikuje ładny przepis kulinarny, tam przebierze się za gwiazdę á la Seks w wielkim mieście – trzepnie sobie fotę drogą cyfrówką, i po robocie. A drugi i trzeci bałwan – eksponuje jej „wielce zdolne uczynki” jako coś kapitalnego i istotnego w odbiorze polskich kobiet.



Nie rozumiem powyższych mechanizmów. Obecnie pani Sablewska została bodaj konsultantem marki Rimmel do spraw wizerunku. Zafascynowana „londyńskim look'iem” – będzie na łamach bloga, a wkrótce – swoich książek, tłumaczyła polskim dziewczynom i kobietom, jak mają się ubierać, jak malować, co jeść, jak żyć. Cóż – nie potrafiła pani Maja swoim zacnym „mentorstwem” oraz „wiedzą” życiową nakarmić artystów, nad jakimi pełniła wcześniej pieczę – lecz ze zwykłym plebsem, to jest przeciętnymi zjadaczkami chleba powinno już pójść jej jak z płatka.



My – Polki – jesteśmy wszak kretynkami pozbawionymi gustu i, co gorsza, suwerennego myślenia. W główkach mamy sitka – i niczego nie można na to poradzić. Ważne, znaczące informacje – przeciekają nam przez owe sitka, a tylko sam osad, szlam – pozostaje, unosi się na wierzchu i na dno nie chce opaść (szlam – taki jak blogowe brednie panny Kasi i pszczółki Mai). Trzeba nas stale prowadzić za rączkę i tłumaczyć nam rzeczy oczywiste. Okazuje się, że my, zwykłe kobiety – same niczego nie wiemy. Nie mamy pojęcia, jak poprawnie dobrać sobie rozmiar stanika; nie wiemy, co jeść; nie wiemy, co sądzić. Trzeba nam to po kolei jasno wyłożyć. Musimy uczyć się wszystkiego krok po kroku – z telewizji. Niezbędne nam są panienki Kasieńki – bo bez nich nasze życie nie mogłoby stać się łatwiejszym. Teraz – niezbędna nam i pszczółka Maja, która jest znana z tego, że jest znana (bo dokładnie tyle znaczy miano „celebrytka”). Zdania poprawnego gramatycznie na blogu doszukać się u niej nie sposób, ale książki – będące dodatkowo poradnikami – stworzy dwie nieomal od razu, za jednym zamachem. 



Cholera, a może jest w tym pewna logika? O co mi chodzi właściwie? Na co ja narzekam? Chyba już nie potrafię odpowiedzieć na te pytania w pełni samodzielnie. Chyba stałam się żałosna – jak Kasia, jak Maja, jak media...



Albo zwyczajnie oburzam się na chory, coraz bardziej idiokratyczny świat, w którym coraz rzadziej promuje się talenty i ludzi ciekawych – a coraz częściej postacie sztuczne jak manekiny, puste jak wydmuszka i miałkie i bezbarwne jak wyprany znaczek pocztowy.



Idzie koniec świata. Potencjał i zasób tego, co ktoś – może mieć do powiedzenia: nie ma już żadnego znaczenia. Teraz wystarczy się uśmiechnąć i wyznać publicznie, że ma się wiele pomysłów, że kipi się i emanuje pozytywną energią – że od dziś będzie się pisało książki... Ciekawe, jak to jest? Obudzić się pewnego ranka i pomyśleć: a teraz będę pisarką. Ciekawe...



A teraz będę mecenasem sztuki.



A teraz będę modelką.



A teraz będę tancerką.



A teraz będę piosenkarką.



A teraz będę gwiazdą...



Ale co to znaczy – gwiazdą? Och, no wiecie – być gwiazdą: to znaczy – chodzić i świecić. Będę niosła ludziom światło od dziś. To właśnie jest gwiazda – celebrytka.



niosąca światło – ach tak.



Chcąc, nie chcąc – przypomina mi się etymologia imienia Lucyfer. Z łacińskiego – niosący światło.



Rebeca Serri.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz