piątek, 27 kwietnia 2012

Polskie El Dorado - rzecz o smutnych kurwach


Polskie El Dorado –

czyli polska cenzura i polski kościół
- czyli "rzecz o smutnych kurwach"

Media, jako w wielu przypadkach populistyczne i skorumpowane, nie nagłaśniają tego prawie wcale, a wręcz wytłumiają i duszą ten temat w zarodku – jednak istnieje w Polsce cenzura: podstępna, zmiękczona, zamglona. Aktualna cenzura nie dotyczy tylko spektakularnie infantylnego i krzywdzącego traktowania dzieł sztuki, jak miało to miejsce w przypadku znanej powieści noblisty Gabriela Garcíi Márqueza. Oryginalny tytuł tej powieści brzmi Rzecz o mych smutnych kurwach, podczas gdy w Polsce musiała ona ukazać się pod „zbawiennym” i „miękko brzmiącym” tytułem Rzecz o mych smutnych dziwkach. Oczywiście warto w przytoczonym przypadku nagrodzić tłumacza tego dzieła literackiego, który opatrzył powieść światowej sławy i klasy pisarza osobliwym preludium, w jakim przyjął postawę „tłumaczącego się tłumacza”, zarazem wyrażając nadzieję, że przyjdzie w Polsce dzień, kiedy społeczeństwo będzie mogło zetknąć się wprost z przekazem artystycznym – bez wycinania źle prezentujących się zwrotów, słów. Okazuje się więc, że nawet zwykłe przetłumaczenie oryginalnego dzieła sztuki na język polski – tak, sztuki, gdyż w rzeczywistości książka ta jest śliczną elegią o prawdziwej miłości nieomal platonicznej, a na pewno pełnej poetyki i niewinności – póki co nie jest możliwe. Ciekawe dlaczego? Czyżby obecność w języku polskim przekleństw, które istnieją nawet w słowniku poprawnej polszczyzny – była dla kogoś w tym kraju niewygodna? Ciekawe dla kogo? Zapewne dla tak zwanego „kościoła” , to jest - współczesnego państwa w państwie.



A najgorsze, aż dławiące i duszące od wewnątrz, że kościół polski, który w pełni legalnie i na porządku dziennym przeprowadza mentalne samosądy i emocjonalne pręgierze na „niewiernych”, a faktycznie na wadzących kościołowi – powołuje się na nauki Chrystusa i nakłania ludzi, odbiorców tego przekłamanego, absolutnie niechrześcijańskiego przekazu, aby również szli tą drogą, ponieważ w przeciwnym razie – oddalą się zupełnie od Chrystusowego Źródła.



Więcej zatem bezpośrednimi słowy – kościołowi chodzi o to między innymi, aby społeczeństwo z pełnym przekonaniem indywidualnym i osobistym nazywało Nergala satanistą, a na przykład księdza Bonieckiego – szkalującym ideę Chrystusowego Źródła i promującym siebie zamiast Pana Jezusa. Jak gdyby Pan Jazus nie był postacią historyczną, tylko baśniową wróżką wymagającą promocji – niedowiary.  



Czego kościół się boi? Może nie czego - a kogo. Ludzi albo zbyt kolorowych, albo takich, którzy chcieliby się wypowiadać prawdziwie i wprost. Wprost, to znaczy - bez durnej cenzury. Takie postacie i wypowiedzi, to dla kościoła strach i stres. Przecież społeczeństwo mogłoby zapragnąć ich wysłuchać; uwierzyć w to, co mówią nieocenzurowani osobnicy. A po co mielibyśmy wysłuchiwać czyjegokolwiek głosu bez cenzury, prawda? Czy nie lepiej postraszyć nas „oddalaniem się od Źródła”? Nie lepiej postraszyć nas piekłem, krucyfiksem, pro-kościelną mową-trawą?

Ludzie, katolicy, obudźcie się! - aż chciałoby się zakrzyknąć. Kościołowi nie zależy na tym, żeby rozwijać waszą duchowość, lecz na tym, aby wyrugować i przytępić myślenie niezależne. Kościołowi nie zależy na religii, ale na władzy. I mając na względzie powyższe, nie powinno wymagać tłumaczenia, że łatwiej jest sterować ślepą, nierozumną, ogłuszoną masą ludzi, aniżeli zorganizowanym, świadomym rojem społeczeństwa.



Długo by rozprawiać na temat obecnej cenzury, powszechnej inwigilacji i totalitarności strasznej równie, co ta ukazana w Orwellowskim świecie. Wszyscy są równi, ale kilku pozostaje równiejszych – Polska, to właśnie taka przedziwna kraina jest i niczego nie można na to poradzić. Polska demokracja? Nie do wyobrażenia po prostu, by w państwie demokratycznym i świeckim pytać o cokolwiek społeczeństwo - pytać, bez uprzedniego ustanowienia cenzury wobec potencjalnych wypowiedzi.

Krzyż, który jest obecny w sali sejmowej – symbol  wiary, zamiast intymnym i duchowym symbolem staje się straszakiem – rodzajem groteskowo-upiornego stracha na wróble i nikomu nie ma prawa to przeszkadzać, nikt nie ma prawa wypowiedzieć się krytycznie.  


Nie dziwmy się jednak pojęciu „równości” w polskiej krainie – Polska to nie El Dorado („kraina mlekiem i miodem płynąca”), lecz kraina łajnem i obłudą i gnijącą słomą płynąca. Chyba wyłącznie takową płytką metaforą, parafrazą wypada dziś kraj nasz ująć, opisać.  



Polski kościół? To nie kościół – to liczne przepastne, przebogate pałace, ołtarze El Dorado, które rozciągają się za naszymi oknami, wybudowane rzecz jasna za profity z tacy ("Bóg zapłać"), czy jak kto woli - za pieniądze nieszczęsnych podatników, nędznych robaków i pozbawionej wszelkich przywilejów niskiej kasty (czyli - średniej klasy społeczeństwa). Lecz ulice tego El Dorado, przestrzeń publiczna, realna, w której codziennie się znajdujemy, z którą się stykamy i zderzamy, to aleje niesławy spływające łajnem, obłudą, gnijącą słomą – a wszystko to za sprawą „równiejszych” od nas, to jest rządzących.

Rebeca Serri.





O tym, jak ks. Bonieckiego - głupi kościół zakneblował


Ksiądz-publicysta, ksiądz-społecznik –
w archaicznych dybach współczesnej cenzury

Osobistych słów kilka na wątki zgoła nie osobiste,
lecz publiczne 


Polacy są zdumiewającym narodem.

Powyższą tezę stawiam z osobistych pobudek, a wręcz z odruchu emocjonalnego, który jednak odbieram na poziomie wręcz organicznym: krew mi się gotuje, włosy stają dęba, żołądek się kurczy; jakkolwiek nie mam kłopotów ze sferą psyche, nie jestem przypadkiem klinicznym i na nic nie choruję.

Postawiona tu teza jest moim wewnętrznym odruchem. Dziwię się narodowi, do jakiego sama należę, z którym jestem tożsama – co dzień oglądam Polaków oczyma zdziwionego dziecka. I przytaczając słowa śpiewane przez Niemena – jeśli kiedyś przestanę się dziwić, to znaczy, że już mnie wtedy nie będzie. Jakkolwiek swojej spontaniczności nie odbieram wcale jako zalety, cnoty, żadnego waloru. Dlatego, że bardzo pragnęłabym pewnego razu, będąc Polką, żyjąc w Polsce, móc wyjrzeć przez okno ze spokojem – nie dziwiąc się przy tym ani trochę obrazowi rzeczywistości, jaki za nim zastanę. Chciałabym z całego serca poczuć się w tym kraju na miejscu, u siebie, w domu – słowem: bezpiecznie.

Tymczasem ze zdumienia otrząsnąć się nie mogę.

Polacy są bardzo dziwni. Część z nas popiera księdza Bonieckiego, gorzkimi słowami zarzucając instytucję kościoła i zakonu marianów. Na szczęście jest to spora część nas, do której i ja należę. Wśród nas jest i ks. Sowa i Hołownia. To miło, że istnieją wśród osób publicznie znanych prawdziwi katolicy, którzy potrafią spojrzeć na rzeczywistość w miarę obiektywnie (na ile człowiek jest w mocy zbliżyć się do obiektywizmu), a na pewno sensownie.

Ale jest i druga część naszego społeczeństwa, która zadziwia do szpiku kości – radykalnością, surowością, wręcz agresją. Nie są to z pewnością cechy autentycznego katolika, a przecież na poszanowanie tego wyznania jadowicie wskazują gorący przeciwnicy ks. Bonieckiego. Ten jad, nieomal toczenie piany z ust w kierunku wolności słowa i możliwości wyrażania go w przestrzeni publicznej szerszej niż Tygodnik Powszechny – naprawdę trudny jest do zrozumienia, nie mówiąc o tolerowaniu.

Ze zdziwieniem obserwuję ów kategoryzujący, pseudo dydaktyczny ton przedszkolanki, którym zwolennicy kościoła osłaniają go swoimi ciałami – i to przed kim, przed czym? Czy kościół doprawdy jest na tyle nie rozwinięty, płytki i słaby, że nie gotów poradzić sobie z przekonaniami ks. Bonieckiego na poziomie merytorycznego, zrównoważonego dialogu? Rzeczywiście potrzebny był odgórny zakaz zakonników marianów, a de facto – ciężki, żelazny knebel? Różnice w poglądach między ludźmi muszą być tępione suchymi uwarunkowaniami administracyjnymi? Dziedzina wiary – sfera duchowa natury i egzystencji ludzkiej nie umie wypowiadać się z użyciem prostej argumentacji?

Kościół najwidoczniej musi mówić wyłącznie „tak” bądź „nie”, a taka infantylna postawa, to zacietrzewienie i, puste jak skorupa po jajku, jadowite kategoryzowanie problemu. Osobiście dziwię się, że zarówno duchowni krytykujący wypowiedzi ks. Bonieckiego, jak i „katolicka” część naszego społeczeństwa – nie dostrzegają wokół siebie skali szarości.

Być może to, co powiem dalej – pozostanie wielce subiektywne, ponieważ taka jest doczesna natura ludzka. Niemniej świat, życie – nie są czarnobiałe. Ja dostrzegam skalę szarości. Nie podoba mi się to, co widzę i nie mam zamiaru ignorować nietolerancji, braku wyobraźni, ograniczenia intelektualnego, i co najgorsze – emocjonalnego, osobników popierających ochydną cenzurę nałożoną na ks. Bonieckiego. Dlatego, że piękno człowieczeństwa opiera się na różnicach pomiędzy nami, na różnorodności naszych myśli, które możemy dyskutować. A także na błędach i umiejętności ich rozumienia i wybaczania – nie zaś na tępieniu wolnomyślicielstwa i subiektywności w ocenach. A właściwie – nie tyle nawet w ocenach, co w zwyczajnych ludzkich próbach opisania realnych zdarzeń i sytuacji.

Nie chcę przez to powiedzieć, że liberalne zdanie ks. Bonieckiego na temat krzyża w sejmie czy Nergala – to ilustracja jakiegokolwiek błędu myślowego czy niedostatku. Ja to zdanie rozumiem, dostrzegam jego zasadność i tym samym szanuję – mimo że nie uznaję Nergala za wspaniałego artystę. Jednak trzeba pokusić się o suwerenne myślenie i przytomność własnego umysłu, aby odróżnić kreację sceniczną od bycia satanistą. Trzeba mieć wolę widzenia całej palety kolorów, nie tylko graficznego, płaskiego zestawu bieli i czerni. Przeciwnicy ks. Bonieckiego a znakomici wyznawcy kościoła, katolicyzmu – trudno przewidzieć, jak znieśliby np.: występy akcjonistów wiedieńskich. A może w naszym kraju, gdzie kościół zamiast dbać o duchowy rozwój wyznawców – przypomina więcej zaborcę od krzewiciela Chrystusowych nauk, powinno się zakazać także wykładania o akcjonistach wiedeńskich na zajęciach z historii sztuki? A co z innymi twórcami performance – Suką.off, Grupą Sędzia Główny? Czy powinniśmy podpisać się pod idiotycznym, zakutym twierdzeniem, że ci aktualni polscy twórcy – są prostytutkami, masochistami? Wszak pokazują w swoich filmach – wyrazistą, kontrowersyjną erotykę albo ranią swoje ciała, nakłuwają je igłami itp. Balansują oni w przedstawianych sztukach na pograniczu prywatnego wstydu, bólu bądź wyuzdania. Czy jest to wątek przypisany wyłącznie Nergalowi – czy dopiero na jego przykładzie ma być widać, że kreowanie, tworzenie opierają się na kontrowersyjności, turpizmie lub maskaradzie? Powtarzam: ja wymienionych tutaj twórców nie kocham i wolę inny rodzaj stylistyki i sztuki. Ale mam świadomość, że oni istnieją – a dzięki różnicom między nami, wzbogacam i usprawniam własny mechanizm myślenia i odczuwania. Podobnie do Nergala zresztą światowej sławy piosenkarka Sinead o'Connor – w swojej karierze miała także epizod podarcia Biblii, stojąc pośrodku sceny. Potem publicznie przyznała, że żałuje tego uczynku i po pewnym czasie nie czuła się z nim tożsama. Jednak nikt nie nazwał jej z tego powodu satanistką, a tak we wcześniejszej (tzn.: sprzed epizodu z darciem Biblii) drodze wokalnej, jak i późniejszej – imponowała fanom swoim talentem i niezwykle uduchowionym, boskim brzmieniem głosu. Może dlatego, że w Irlandii – gdyby urodziła się w Polsce, „katoliccy” rodacy być może pogrzebaliby ją żywcem, a kościół „na mocy prawa ludzkiego i wewnętrznych przepisów administracyjnych” – strąciłby ją do piekła. Czy bardzo się mylę?

Podobnie wypowiedź ks. Bonieckiego, określająca obecność krzyża w sejmowej sali obrad jako niefortunną – nie jest złośliwym godzeniem w elementarne składowe, podstawowej w naszym narodzie, wiary katolickiej. Dlatego winno być oczywiste, że nie sposób usprawiedliwić karania za publiczne wystąpienia, które nie szkalują żadnej z doktryn wiary, wkoło której toczy się – tak, wojna. Toczy się w Polsce wojna na słowa, na pojęcia, na rejestrowane przez mass media uczynki. I wojnę tę przegrywa kościół – nie tylko jako instytucja, bo nad taką przegraną osobiście bym nie płakała, lecz jako wiara. Relatywne czy liberalne wypowiedzi na temat krzyża w sejmie, w urzędzie czy w szkole – to miękka, przyjazna postawa, przyznająca sprawiedliwą rację bytu ateistom, agnostykom i innym pomimo faktu, że stanowią oni mniejszość. Natomiast epatowanie i straszenie wszem i wobec, a zwłaszcza w strefie profanum, intymnym symbolem religijnym, jakim jest krzyż, czyni z niego w odbiorze świadomego społeczeństwa – odrealniony krucyfiks przypominający stracha na wróble; wypacza bowiem znaczenie tego symbolu i upodabnia go do straszenia ludzikiem na kawałku drewna, podczas gdy pierwotnie kojarzony był z cierpieniem oraz odkupieniem człowieczeństwa z jego grzechu. Chrystus nie jest wszak wróżką Wendy z baśni o Piotrusiu Panu – lecz postacią historyczną i mistyczną zarazem. Wobec tego nie potrzebuje On sztucznej, powierzchownej promocji polegającej na modyfikowaniu Go do przedmiotu-krucyfiksu-ikonki. To moje subiektywne zdanie – jedna z możliwości interpretujących obecność krzyża w sejmie. Przy tej okazji chciałabym skłonić do zastanowienia, czy naprawdę każdy polityk negujący wniosek Palikota w wiadomej sprawie – nosi krzyżyk na swojej piersi jako wielce istotny dlań religijny symbol, tak istotny, że nie może się z nim rozstać na czas obrad, na czas wykonywania swojej pracy zawodowej, zdecydowanie przecież świeckiej? I czy każdy obywatel potępiający wniosek Palikota naprawdę jest wiernym, szczerym katolikiem, kultywującym swoją wiarę, z oddaniem biorącym coniedzielny udział w mszy? Czy oni wszyscy modlą się co wieczór, klęcząc, z oddaniem i zaangażowaniem zbliżonym do mojej świętej pamięci babci – która przez całe życie najgoręcej miłowała dwa aspekty: Boga i ojczyznę? Podglądając jej wieczorny, samotny pacierz – odczuwałam łzę wzruszenia pod powieką, podczas gdy pseudo katolickość i pseudo polskość zatruwają mi obecnie misterium tamtych wspomnień, a od księży Natanków, ojców Rydzyków i „dziennikarzy” Terlikowskich – czysta, nadzwyczajna idea Absolutu osnuwa mi się w brudnawą mgłę, zaś hasło „Polska” staje się dźwiękiem wstydu i synonimem mego wyalienowania, wewnętrznego iście Antygonowego poczucia dramatu, że w tym kraju właśnie przyszłam na świat.

Ponadto w tej brzydkiej krypto wojnie przeciw ks. Bonieckiemu, przeciw Palikotowi, przeciw wolności słowa – w gruncie rzeczy nie chodzi o ustanowienie wytycznych ani wiary, ani ustroju państwa. Chodzi o wskazanie winnych – o skreślenie ze ścieżki wolnej woli, która z założenia dostępna jest i równa dla wszystkich, tych, którzy wydają się albo zbyt odważni, albo zbyt widoczni, kolorowi (nie czarno-biali), a przez to – po prostu niewygodni. I kto w tej sytuacji oddala się od Chrystusowego Źródła – ks. Boniecki, czy sprawcy publicznego samosądu na ks. Bonieckim, bo tak właśnie można metaforycznie, acz zasadnie, opisać zjawisko ciskania w ks. Bonieckiego kamieniami.

Chrystus zapytał: kto jest bez winy? Polacy – ”katolicy” – nie powinni mieć kłopotu z automatycznym odpowiedzeniem na to pytanie – mówię przecież o znanej powszechnie scenie biblijnej. Ja odpowiem jak na przedstawicielkę współczesnej „kultury roju” – blogerkę, internautkę – przystało, a więc słowami zaczerpniętymi z obrazu komercyjnego: miało to miejsce w filmie pt.: Forrest Gump – „Czasami po prostu brakuje kamieni”.

Osobiście wierzę w Boga – i wierzę bardzo mocno i szczerze, mimo że nie jestem katoliczką. A fakt, że wierzę, nie oznacza, że uwielbiam epatować religijnymi symbolami wyrażającymi szczególne, specyficzne cierpienie. Nie oznacza to, że muszę iść w niedzielę do kościoła, aby oglądać defiladę mody i wdychać upiorny swąd naftaliny, jątrzący się z przepastnych futer i moherowych nakryć głów. To wszystko dla mnie jest paradą anachronizmów i oszustwem, zaś Absolut pozostaje w moich oczach odklejonym od tej pop-”kultury” zagadnieniem, prawdą i magiczną wartością. I nie sądzę, że z tego tytułu pójdę prosto do piekła – jednakowoż jak nie sądzę, że krucyfiks o wypaczonym pierwotnym sensie zawisły w sejmie uświęci pracę polityków w jego bliskim sąsiedztwie przebywających.

Nie sądzę, że głęboka i dziecięco uczciwa wiara w Boga, którą żywię uparcie i prawdziwie w sercu, w duszy i w umyśle – winna być jednoznaczna, wąskotorowa i całkowicie wyzuta ze sceptycyzmu. Innymi słowy – uczciwa wiara nie musi być pozbawiona zadawania pytań zarówno Bogu, jak i zadawania pytań samej sobie na temat właściwości Absolutu. A wręcz – może nie powinna być ich pozbawiona?

Wiara nie jest dla mnie czarnobiałym, karykaturalnym teatrem – nie ułatwia też ona niczego, ani nie zwalnia od zadawania pytań. Wiara nie sprawia, że świat staje się oczywisty i jasny. Wiara nie dzieli prawdy na zwalczające się dwa obozy – dwie czarnobiałe kategorie. Im głębiej wierzę, tym więcej mam pytań. Dlatego w mojej opinii – nader subiektywnej i osobistej – ks. Boniecki miał, ma i będzie miał otwarty, pełny głos. I do tego stanu rzeczy nie potrzebuję żadnej komiksowej naklejki. Po prostu jestem ciekawa, co ks. Boniecki powie jeszcze, co powie dalej – nie tylko na łamach Tygodnika Powszechnego. Dlatego, że ten ksiądz – rozumie zasadność i słuszność zadawania pytań. I rozumie inność, mniejszość, niszowość przekonań, które jednak winny móc pozostawać kulturalnie wysławiane na rozmaitych forach publicznych, jakich nikt spośród śmiertelników nie ma prawa samozwańczo zawężać, powołując się obłudnie na dobro wiernych lub, co gorsza, ogólne dobra społeczeństwa.

Przekazuję tu – podkreślam raz jeszcze – bardzo subiektywne i osobiste opinie. Ciekawe, czy za ich upublicznienie również czekają mnie dyby?

A może bolesny knebel? A może pręgierz? Łamanie kołem? Ukamieniowanie?

Po prostu nie mogę przestać się dziwić.

Rebeca Serri.

Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego - odcinek drugi


 
Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego –

odcinek drugi

O ACTA rzecz krótka, acz bardzo smutna

Mawiają, że nieświadomość jest błogosławieństwem. Lecz świadomości można unikać tylko do pewnego stopnia. Choćby człowiek nie wiem, jak się starał, stworzyć sobie prywatny świat – własną niszową przestrzeń, do jakiej nie docierają problemy systemu – prędzej czy później ta urocza nisza, dziupla i słodkie schronienie objawi mu się jako iluzja. Nie da się w nieskończoność przed takowym „objawieniem” umykać. W końcu przychodzi taki dzień – pewien moment, godzina próby. I wtedy jasno widać, że nie można pozostawać dalekim od surowej świadomości. I wtedy jasno widać, że nie wymyślony prywatny świat – jest wymyślony. Nie owa bezpieczna osobista nisza – była, jest iluzją. Tą iluzją – jest świat zewnętrzny. Ten niby racjonalny, namacalny, z pozoru rozumny i uzasadniony – w którym egzystujemy wszyscy.

Zawsze kiedyś – przychodzi taki dzień... i człowiek nabywa świadomości. Niemożliwe całe życie – trwać w nieświadomości (w błogosławieństwie). W końcu trzeba zmierzyć się z rzeczywistością – nad czymś się pochylić, w coś się zagłębić, w imię czegoś zapłakać. Aż człowiek obudzi się rano, wstanie z łóżka – i już wie, już rozumie: to jednak wszystko wkoło – jest iluzją. Rząd (jeden z elementów składających się na „wszystko”), który „wybrało” społeczeństwo polskie – to czysta iluzja i surrealizm. Nie było żadnego wyboru. Jest wolna wola – zaiste piękny termin, walor, cnota. Jest wolna wola, może i racja. Ale wyboru – od dawna nie ma w tym kraju żadnego.

Najlepszy podręczny i namacalny dowód na brak wyboru? ACTA, o której to ustawie mówiło się i wciąż mówi tyle, że więcej już chyba nie sposób. Każdy, kto ceni nie tylko wolność osobistą, ale i swobodną wymianę swoistych informacji, rozumianych w codziennym korzystaniu z Internetu jako wspólną własność intelektualną – sprzeciwił się projektowi ACTA. Lecz zdanie społeczeństwa – wybór społeczeństwa co do tego, jak pragnie żyć, egzystować, komunikować się etc. – ów wybór nie miał żadnego znaczenia. Pewnie dlatego, że w istocie – nie mamy żadnego wyboru. I stąd tuskopodobni – czynią z nami, co chcą. Bo najgorsze przecież, w jakim stylu doszło do przypieczętowania ACTA. Po cichu, raptem, nagle, znikąd-zewsząd i bez uprzedzenia. Może nie ma się czemu dziwić? Może to tylko joker (demonicznie, sarkastycznie się uśmiechający) – Tusk wydobył z rękawa, by zademonstrować głupim ludziom, kto tu rządzi, kto wybiera?

Panie Tusku, dobrze wiemy, rozumiemy, kto w Pana rodzinie CZYNI ŻYCIE ŁATWIEJSZYM. Toż to córcia, panna Kasieńka (na łamach swego bloga, któremu mocne i poprawne politycznie motto przewodnie przyświeca różowym blaskiem: MAKE LIFE EASIER). Może więc nie ma się czemu dziwić? Wszak rozsądny podział ról i w podstawowej komórce społecznej obowiązywać winien. A zatem w rodzinie Tusków, to Kasia uczynia życie łatwiejszym – podczas gdy tata postanowił sukcesywnie je utrudniać. Chyba jest w tym pewna logika.

„Logicznie” rzecz biorąc, Tusk nie tylko nie wziął pod rozwagę prostego faktu, że społeczeństwo powiedziało ACTA – nie. Bo i po co? Ugiąć się pod naporem, pod tsunami idiotycznych internautów? Gdyby wziął ich pod rozwagę,  byłoby to sprzeczne z dalszym kultywowaniem SŁUŻBY SOBIE. Po cóż – któryś z
p-osłów miałby pokalać się kroplą empatii? Jaki miałby z tego (osioł) zysk? Kiedy zarabia się kupę forsy – wówczas problemy takie, jak chciejstwo durnego społeczeństwa, nie wydają się już istotne. Tym bardziej „pompatycznie” brzmiące hasło, jakim jest „wolność” czy „wybór” – dla rządu musi rysować się groteskowo. Tymczasem po co zatrzymywać się nad groteską, obdzielając ją znaczącą uwagą i przemyśleniem? Groteska – wolność; wybór? Co to za problem do rozwiązywania? Nie ma wolności, wyboru – nie ma problemu. Koniec. To proste i logiczne.

Tymczasem większość z nas – w przeciwieństwie do uprzywilejowanej kasty rasy panów polityków, dorobkiewiczów i (p)osłów – boryka się z fundamentalnymi problemami. I w starciu z tymi problemami – nawet i Internet w tym kraju musiał stać się kolorowym, acz nic nie wartym podwórkiem. W skutkach ACTA – Inernet stał się podwórkiem, na które tak zwana władza może wtargnąć z dowolnego kąta, zinwigilować, postraszyć, pogrozić. Staliśmy się świadomi zasad, wedle jakich działa rzeczywistość, lecz w tej rzeczywistości  jesteśmy niczym więcej, niż szczurami doświadczalnymi państwa policyjnego, świata orwellowskiego totalitaryzmu i średniowiecznej inkwizycji. Bez perspektyw. Tym bardziej bez perspektyw – kuszących. Bez prawa do swoich przemyśleń. Do niczego.

Normalni ludzie nazywają rodzaj szerokiej komunikacji sieciowej, jaką umożliwia i upowszechnia Internet – dzieleniem się własnością intelektualną, która faktycznie jest wspólna. Mówimy tu o treściach, które już od dawna są na tyle popularne, że można opowiadać sobie o nich w nieskończoność – i postrzegać je jako naturalny wzorzec, szablon, pewien pierwotny rdzeń-zasób intelektualnego dobra, z jakiego wszyscy możemy korzystać (bez żadnych – niekompatybilnych z sytuacją – odgórnych ograniczeń). Taka jest idea Internetu. A przynajmniej – taka była do tej pory. Dopóki nie podpisano ACTA.

Tak działał Internet. Dzięki tym jego funkcjom, rolom społecznym – mieliśmy w rękach proste narzędzie, przy pomocy jakiego czuliśmy się wolni. I nawet jeżeli poczucie tej wolności – było, jak wiele innych spraw w życiu, pewną iluzją, to nad tym światem (nad swoją bytnością w necie) mieliśmy kontrolę. Kontrolę, ponieważ sami tworzyliśmy tę iluzję, czerpaliśmy z niej pozytywną energię i uodparnialiśmy się dzięki niej na brutalną-surrealną rzeczywistość, jaką gotują nam politycy na co dzień. Teraz nie mamy już tego. Dlatego, że za pomocą ACTA – COŚ znaczącego zostało nam odebrane, skradzione. Co takiego? Wolność. I teraz – nikt z nas nie ma już żadnej dziupli, w jakiej mógłby się ukryć przed złem tego świata – żadnej niszy, żadnego bezpiecznego, wolnego od tyranii domu.

Jedyną drogę do rozwijania w sobie słusznego poczucia, że jednak wszyscy mamy na coś wpływ, że możemy o czymś decydować, że sami możemy kreować swój świat – zamknięto nam podpisując ACTA. Był to oczywisty, brudny, nikczemny, perfidny zamach na społeczeństwo – na wszystkich nas razem i każdego z osobna.

Teraz wmawia nam się, że podpisano coś tak obłudnego, okrutnego i wstrętnego – dla naszego dobra? Żeby rzekomo – usprawnić oddzielanie „ziarna od plew”? Pierwowzór od repliki? Oryginał od kopii? Cytat od plagiatu? Jak można zdrowym na umyśle ludziom wmawiać coś podobnego?

Jedynym realnym sposobem na bronienie się przed tą rządową papką i torturą zarazem – była aktywność w necie, nasze osobiste (za pośrednictwem klawiatury) wypowiadanie się, komentowanie i wytykanie palcami tych błaznów i oprawców, którzy tworzą prawne absurdy rzekomo z myślą o nas. Mogliśmy z nimi walczyć i obśmiewać, kreując swoją wolność osobistą i społeczną, swoje prywatne podwóreczko – właśnie tu: w Internecie. Mogliśmy wynosić prostolinijne, naturalne komentarze na światło dziennie i swoimi szczerymi słowami piętnować katów-polityków. Mogliśmy przeciwstawiać się również miałkości wielu spośród aktualnych „dziennikarzy” - dzięki temu, że mieliśmy sposobność wynosić dziennikarstwo obywatelskie na wyżyny i manifestować za jego pośrednictwem, że każdego z nas stać wewnętrznie na TWORZENIE OPINII. Na tym polegał cud Internetu. Dzięki ci, Panie Boże, za Internet. Na tym polegał ten cud. W tej krainie wszyscy byliśmy równi, i każdy z nas miał jednakowo wysokie prawo do „mentorstwa”. Mogliśmy głosić – i być słuchani. Mogliśmy się ze sobą dzielić, mogliśmy się jednać i dyskutować.

Podczas gdy w świetle ACTA – wszystko, dosłownie wszystko można zastrzec, opatentować w taki sposób, by potem wmówić dowolnemu człowiekowi, że coś sobie przywłaszczył, że ukradł. Jest to nie do pomyślenia. I nic nie da się z tym zrobić.

Nie łudźmy się – jesteśmy przegrani. Nie możemy wygrać z systemem. Dlatego będziemy szli na dno, opluwani każdego dnia mocniej i coraz ewidentniej. I niczego nie można na to poradzić. Bo przecież nawet jeśli po raz kolejny, po raz enty - powiemy "nie", to wtedy - cóż? 

Jak powszechnie wiadomo - to tylko psy szczekają, a karawana i tak pójdzie dalej.

Rebeca Serii.


wtorek, 24 kwietnia 2012

Czym różni się ateista od ateisty?


Czym różni się ateista od ateisty?



To nie pomyłka – owo pytanie zawarte w tytule. Z pozoru „masło maślane” – w rzeczywistości ma sensowne uzasadnienie.



Ostatnio w naszym – przynajmniej z dotychczasowej definicji – katolickim kraju przybywa ateistów. Obserwujemy ekspansywny wysyp tych szczególnych wolnomyślicieli – a jest to wysyp niczym grzyby po deszczu. Ateizm, rozumiany jako pogląd zakładający, że boga nie ma – dziś przybiera zgoła odmienny wydźwięk i odświeżone oblicze. Coraz częściej od tak zwanych ateistów słyszy się, że ich z założenia negacja boga (przeczenie teizmowi) – faktycznie ma odzwierciedlać naukowe przekonanie, a wręcz naukowe twierdzenie, iż istnienie absolutu jest... absolutnie niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ na takie istnienie nie ma najmniejszego dowodu. Gdyby dowód był – gdyby nauka mogła przeprowadzić iście matematyczny dowód jasno i kluczowo wykładający, że boga nie ma, ateista chętnie zmieniłby swoje miano. Z „ateisty” stałby się po prostu wyznawcą nauki – i to byłoby uczciwsze. Od razu dałoby się zauważyć, że wielu z ateistów – w istocie jest osobnikami religijnymi. Nie musieliby się, biedaczyska dyskryminowane przez złych katolików, zasłaniać niby naukową wykładnią, ani (również – niby) naukową terminologią. Mogliby zwyczajnie, będąc „ateistami”, posypać sobie głowy popiołem i przyznać się przed światem bez żadnych zakłamanych masek: tak, jesteśmy wyznawcami określonego kultu. „Ateizm” bowiem w wydaniu wielu, oj wielu – jest niczym innym, jak głęboką, mocno zakorzenioną potrzebą wierzenia w coś – ufania w swoistą tendencję, ideę, myśl... po prostu w pewien pierwiastek górujący – nad skromnym, człowieczym „ja”, które (tak czy inaczej) wszystkich odpowiedzi na nurtujące pytania nie zna, nigdy nie znało i nie wiadomo, czy kiedykolwiek pozna.



Tak. Widać to doskonale po wielu współczesnych „ateistach”. Ich przekonanie – pierwotny, nieemocjonalny pogląd, głoszący, że ja jako ateista mówię, iż boga nie ma i stąd nie mogę w niego wierzyć – dziś staje się zastąpiony przez wyraźną frustrację spowodowaną tym, że inni wierzą. Tacy „ateiści” żywią albo podświadomą, albo celowo w nieświadomość spychaną, wielką potrzebę ufania w odgórną siłę sprawczą, w kardynalny motor napędowy świata, życia, kultury i zachowań.  



„Ateiści” żywią potrzebę ufania – w coś – choćby owym czymś miała być pseudo naukowa postawa. A ufając owemu, wymyślonemu przez się, czemuś – potrzebują zasłaniać się niby naukową debatą o wątkach z góry nierozstrzygalnych. Potrzebują, gdyż jak każdy inny człowiek, ateista również ma rozmaite emocje, dylematy egzystencjalne  i sporo filozoficznych wątpliwości. Dlatego i „ateista” musi czymś nakarmić swoje głodne, łaknące odpowiedzi na retoryczne pytania – emocje. Okazuje się, że mimo różnic w sposobach myślenia – tego głodu nie da się uniknąć, ominąć, zbagatelizować. Trzeba z nim coś uczynić – zneutralizować, zasycić go jakoś. Nie ma przed tym podskórnym, czasem wręcz podprogowym, mechanizmem – całkowitej ucieczki. Nie ma nań kompletnej rady, recepty.  



Gdyby współczesny „ateista” nie był wyznawcą specyficznej religii o nazwie „ateizm” – mówiłby zwyczajnie, że nie wierzy w boga, że nie widzi możliwości jego istnienia. Nie twierdziłby stanowczo, zajadle i ironicznie wobec wyznawców innych religii – że boga na pewno nie ma, ponieważ nauka nie udowodniła jego istnienia.



Nauka nie udowodniła istnienia wielu zjawisk, które realnie – istnieją. Dla banalnego przykładu – nauka nie dała dotąd merytorycznego drogowskazu, jak udowodnić, dajmy na to, miłość dziecka do rodzica. Nie ma dowodów na miłość i kiedy ktoś mówi, że kocha – można mu jedynie zawierzyć. Nie ma takiej metody przeprowadzenia racjonalnego dowodu, która jednoznacznie wykaże, że kochający powiedział prawdę. Pomimo czego – obiektywnym faktem jest, że ludzie wierzą, że miłość – istnieje, jest. Ba. Nie tylko wierzą, to jeszcze się kochają. Nielogiczne, prawda? Nie mogą miłości zrozumieć, posiąść o niej wiedzy, ponieważ miłość nie jest przedmiotem. Nie jest nawet logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Innymi słowy – miłość nie przynależy do świata materii i dlatego żadną z wymiernych ścieżek, dojść do niej nie sposób. Nie można miłości – od A do Z przebadać. Wariograf tu nie wystarczy. Można jedynie wierzyć, ufać i wyznawać – że miłość: jest. Miłość – jest. Miłości się nie wymyśla. Zdają sobie z tego sprawę wszyscy – w tym także autentyczni, uczciwi ateiści.



Autentyczny ateista nigdy nie powie, że obraża jego uczucia obecność krzyża w sejmowej sali obrad. Dlatego, że Polska jest krajem świeckim, a skoro tak – obok krzyża w sejmie, jeśli już koniecznie musi się w niej znajdować, winny znaleźć się również fizyczne symbole innych religii.



Autentyczny ateista nigdy nie powie, że śmieszy go lub denerwuje cudza religia. Że cudza wiara w boga jest głupia, nie mieszcząca się w żadnej z dotąd ustanowionych definicji rozumowania logicznego.



Autentyczny ateista nie jest wyznawcą żadnej religii. Autentyczny ateista dobrze wie, że poza rozumowaniem logicznym i racjonalnym – świat może się składać z zupełnie innych poglądów i możliwości interpretacyjnych. Wie, że jest to możliwe – pomimo osobistego przekonania, że on (autentyczny ateista) wybrał drogę racjonalnego myślenia.



Autentyczny ateista nigdy nie mówi, że boga nie ma, ponieważ jakkolwiek pojmowany bóg – jest nielogiczny. Takie zdanie, o – słodka ironio, najczęściej głoszą krypto katolicy, wstydzący się swojej wiary, stąd podszywający się pod ateistów (a w rezultacie – ustanawiających się „ateistami”).



Autentyczny ateista mówi coś innego. Mówi, że jemu – wiara w boga nie jest potrzebna. Że nie akceptuje przemyśleń o życiu po śmierci. Że w zgodzie z prywatną konstrukcją psychiczną – odrzuca wszelkie dogmaty i „prawdy” religijne. Dla niego – nie niosą one znamion prawdy. Pewnie dlatego, że za mało w nich znaczników obiektywizmu. A może z innych powodów?



W każdym razie – ateista świadomie odrzuca te „prawdy”, ponieważ nie są mu do niczego potrzebne. Wybiera wiarę w tu-i-teraz – to znaczy w codziennie życie, nie zagłębiając się w kwestie przeznaczenia, czy inne stricte duchowe. Wybiera rozum, doczesność, myśl, bardziej ścisły kodeks moralny czy etyczny – lecz krzyż w sejmie na pewno będzie miał w nosie; nie będzie go żaden symbol ni ziębił, ni parzył. Sfera takich symboli – zwyczajnie ateisty nie dosięga, ponieważ go nie dotyczy.



Ateista mówi: mnie rozpatrywanie tych kwestii nie jest do niczego potrzebne. Dla mnie nie mają one sensu. Nie mają jakiegokolwiek znaczenia.



Lecz nigdy nie powie, że jego pogląd (ateizm) jest wyrazem, głosem nauki. Kiedy tak mówi – z ateisty staje się „ateistą”. Zaczyna wyznawać wygodną dla siebie, właściwą z jego punktu widzenia i jedyną słuszną – nową religię. Nową religię – o nazwie „ateizm” (nie ateizm).



Pozostaje poddać pod dyskusję, jak odróżnić prawdę od fikcji. Jak „ateistów” i ateistów należałoby zweryfikować?



Ciekawe, jak wyżej wymienieni zareagowaliby w obliczu końca świata na przykład? Czyż nie byłby to wymarzony sposób na takową weryfikację?



Wyobraźmy sobie szereg ludzi, stojących naprzeciw końca świata, ostatecznej apokalipsy – oglądających na własne oczy wydarzenia, o których nie śniło się filozofom; widzących to, czego nigdy wcześniej nie zobaczyło żadne mędrca szkiełko i oko... I wtedy – co? Co z nimi wszystkimi się stanie? Co powiedzą?



Znaczna część „ateistów” w obliczu nagłej trwogi zapewne odruchowo wzniesie oczy do nieba, kierowana odśrodkowym instynktem – modląc się i głośno wypowiadając (takie czy inne) imię tego, w istnienie którego nigdy nie wierzyli.  



Podczas gdy ateista nawet i w obliczu końca świata – nie złapie się w wewnętrzne wnyki i nigdy nie stanie się potwierdzeniem przysłowiowej reguły w brzmieniu: „Jak trwoga, to do Boga”.



Ateista dobrze wie, że w godzinie próby – włączy się w nim głos wewnętrznego krytyka, który czytelnie i skutecznie przypomni: nie po to szedłeś przez całe życie ścieżką świadomie wybranego poglądu, by raptem w chwili prawdy – swoją ścieżkę porzucić.



Oto odpowiedź na pytanie, jak dokonać weryfikacji. Jak odróżnić światopogląd – od religii.



Światopoglądów jest wiele – identycznie jak religii. Dowcip, zdaje się, polega jednak na tym, by mylnie głosicieli i myślicieli nie nazywać wyznawcami – i odwrotnie: by wyznawców nie określać jako myślicieli, łatwo nabierając się na ich niepoprawną maskaradę czy cyrkową, klown'iastą sztuczkę.

A jeśli w coś się wierzy - lepiej po ludzku się do tego przyznać, niż przkrywać się twardym całunem nauki, udając i przed lustrem, że jest on miękki i ciepły.



Rebeca Serri.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Flash mob - nowy wymiar starej zabawy...


Flash mob – nowy wymiar
starej zabawy w policjantów i złodziei

Społeczeństwo chmury – uczy się rozumieć własną strukturę
poprzez powoływanie do życia „efektu śnieżnej kuli”


Zanim uformuje się kultura roju – ludzie, stanowiący obecnie społeczeństwo chmury (dalej w artykule będziemy posługiwać się skrótową nazwą, tzn.: zamiast „społeczeństwo chmury” – „chmura”), będą coraz częściej łączyć się w masowe, okrągłe skupiska, które przetoczywszy się przez rzeczywistość w określonym miejscu i czasie, pozostawią po sobie po prostu określony skutek. Ten skutek może być dobry albo zły – natomiast istotą współczesnych nurtów społecznych jest, że „chmura” za swoje uczynki ani nie przyjmuje nagród, ani nie pozwala się karać. „Chmura” aktualnie znajduje się na etapie testowania swego zasięgu i oceniania potencjalnego wpływu na świat zewnętrzny.

„Chmura” dzięki naturalnemu wyzbyciu się znamion indywidualizmu na rzecz anonimowej wspólnoty – nie tyle już szuka dla siebie środków wyrazu, co próbuje osiągnąć jak największy rozmiar, poszerzyć swoją zbiorowość. „Chmura” już „wie”, że środki wyrazu może przyjąć wszystkie i w pełni dowolne – ale jeszcze nie wie, do czego sama prowadzi, co okaże się jej finalnym efektem. To badanie przez „chmurę” zakresu swojej siły i płynących z niej możliwości można porównać do „efektu śnieżnej kuli” – która z małej piłki, turlającej się po śniegu, zwiększa rozmiar i obrastając w kolejne warstwy, może stać się nie do opanowania.

Flash mob jest kolejnym obok „oburzonych”,  czy obok ruchu bojkotującego duże banki i korporacyjną finansjerę wyzyskującą obywateli (protest przeciwko Bank of America zapoczątkowany bodaj przez 22.letnią Molly Katchpole) – przejawem aktywności „chmury”, w dalszej perspektywie prowadzącym do utworzenia kultury roju. O ile np.: „oburzonym”  towarzyszy w miarę ścisła i poważna idea w podjętych działaniach, o tyle flash-moberom chodzi przede wszystkim o zabawę, żart, śmiech i radość.

Flash mob, czyli z ang. błyskawiczny tłum, narodził się w 2003.r. w Nowym Jorku. Zjawisko to polega na zwołaniu nie znających się osobiście ludzi na określoną datę, w określonym miejscu i w wyznaczonym celu. Zwoływanie się następuje głównie za pośrednictwem sieci, często na portalach społecznościowych typu Facebook. Ogólnym celem jest urządzenie akcji publicznej podobnej do happeningu lub performance. Jednak to podobieństwo ogranicza się do zaskoczenia widzów, świadków poprzez abstrakcyjność czy absurdalność przeprowadzanego zdarzenia, gdyż akcji typu flash mob nie warunkuje żaden ściśle ustalony scenariusz przewidzianego zdarzenia – i w tym sensie decydująco różnią się one od świadomie realizowanych przedstawień performance. Podobnie jak np.: w ulicznych happeningach – w przypadku flash mob również chodzi o wejście twórcy (akcjonisty) w interakcję z przypadkowymi odbiorcami. Jednak reguły tej akcji i reakcji nie są intencją tworzących flash mob.

Zdaje się, że jedyną intencją jest wywołanie specyficznego zamieszania w miejscu publicznym. Specyfika tego zamieszania polega na próbie wyważenia w sobie dwóch elementarnych sił, jak plan działania (a więc umówienie się ludzi na konkretne zdarzenie, akcję) a spontaniczność. Spontaniczność – ponieważ żaden flash mob nie wyznacza potencjalnym uczestnikom charakteru ich zachowania w czasie akcji. „Wyreżyserowanie” każdej takiej akcji ogranicza się do koronnego hasła przewodniego, które musi zostać zamanifestowane przez wszystkich uczestników – ale nie są tu wyznaczane precyzyjne sposoby na taką manifestację. Panuje ogromna dowolność, od której niemożliwe byłoby odstąpić, nawet jeśli by się chciało. Dlatego, że nie jest wykonalne wpoić około setce nie znających się nawzajem, obcych osób dokładnie jednakowego szablonu zachowania.

Flash mob rysuje się po prostu jako kolejny prąd społeczny świadczący o wzroście aktywności „chmury”. Narazie więc obserwujemy między innymi na przykładzie flash mob – badanie przez „chmurę” swojej mocy przekazu i wpływu na świat zewnętrzny. W dalszej przyszłości – kiedy ta własna siła zostanie przez „chmurę” „zmierzona”, a więc poznana i uświadomiona – gąbczasta, pierzasta, niespójna, choć zarazem jednolita, chmura wyselekcjonuje się do poziomu „roju”. Innymi słowy – „chmura” przerodzi się w skupiony strumień ludzkich intencji, działań i celów.

Pierwszym zdarzeniem flash mob było zgromadzenie się ludzi w danym sklepie i dopytywaniu sprzedawców o dywanik miłości dla komuny. Inną akcją było kłanianie się wielkiej pluszowej maskotce – dinozaurowi ustawionej w znanym sklepie z zabawkami przynależnym do sieci Times Square. Innym razem flash moberzy rozpływali się w zachwytach nad bułkami z serem – oczywiście w umówionym wcześniej dzięki sieci miejscu i dniu. Wszystkie te akcje były więc zupełnie niewinne i niegroźnie obśmiewające określony fragment rzeczywistości. Można by im przypisywać np.: chęć wykpienia powszechnej współcześnie konsumpcyjności, ale nie ma sensu przyklejać do nich żadnej zasadniczej idei, nie mówiąc o ideologii.

Jednak później pojawił się nowy szczep flash mobu. Mianowicie w sklepie sieci 7-Eleven w stanie Maryland w Stanach Zjednoczonych pojawiły się 24 osoby. Ten błyskawiczny sztuczny tłum wtargnął do sklepu na zaledwie około minutę, lecz przez ten czas – ludzie „zwyczajnie” wynieśli mnóstwo sklepowego towaru, jak choćby słodyczy i napojów. W obliczu tego wydarzenia – pierwotny flash mob staje się nieomal przeżytkiem. Media podają, że podobny do przytoczonego złodziejskiego flash mobu w Ameryce – miał miejsce niedawno w Gdańsku, gdzie w jednym z supermarketów grupa ludzi wyniosła towar za około 1000 zł.

Okazuje się więc, że obrany przez flash moberów kierunek może być kompletnie dowolny. Nie panują tu zasady moralne – a i ogólne zasady jawią się jako plastyczne, komponowane praktycznie z godziny na godzinę. Mówimy tu o bezsprzecznej płytkości poglądów i o budowaniu akcji dla samej akcji – o wpływaniu na rzeczywistość dla samego wpływu. Tym właśnie jest wdrażany obecnie przez „chmurę” – „efekt śnieżnej kuli”. Nie jest już ważny motyw działania, lecz samo działanie. Złodziejscy flash moberzy nie kradną przecież z głodu – nie mają też na względzie nakarmić głodujących. Zajmują się jakoby tworzeniem konstrukcji – pozbawionej fundamentów, wyzbytej jakiejkolwiek bazy i realnego podłoża. Taka „konstrukcja”, jak wynika zresztą z pojęcia „chmury” – wisi w powietrzu, przetacza się przez rzeczywistość jak chmura po niebie.

Patrząc na te zjawiska i nowe, bo ustanawiane dopiero definicje (przyp. red.: społeczeństwo chmury, kultura roju, efekt śnieżnej kuli) – można jedynie prognozować ich następstwa oraz przyszły format różnych pojęć. Socjologowie i psychologowie wypowiadający się dotychczas o rozmaitych ruchach społecznościowych, mogli charakteryzować ludzi na podstawie obranych przez nich kierunków działania. Mogli konkludować, opierając się na obserwacji tendencji. Obecnie taka obserwacja naukowa i płynące z niej wnioski stają się coraz mocniej ograniczone przez sam podmiot badań (przez „chmurę”), a prawdopodobnie w przyszłości taka obserwacja okaże się zupełnie awykonalna. Dlatego, że „chmura” coraz rzadziej będzie wykazywała się jakąkolwiek kierunkowością. Inaczej mówiąc - „chmurze” coraz mniej zależy na świadomym, docelowym skupianiu swojej energii. To znaczy, że ludzie skrzykujący się na coraz częstsze akcje publiczne – prezentują zacierającą się dość dynamicznie skłonność do określoności, do idei, do światopoglądu etc. Kierunek działania coraz ewidentniej prezentuje się już u punktu wyjścia – jako nieważny, nie mający znaczenia. Ważny jest sam zasięg poprzez wyłonienie się grupy ludzi na powierzchnię danej przestrzeni publicznej i tam – ukazanie swojego burzliwego (wręcz błyskawicznego – jak dzieje się to we wszystkich flash mobach) zasięgu. To jest właśnie „efekt śnieżnej kuli”, a więc próba sił, chęć i potrzeba sprawdzenia się. Cel akcji, jej sens, przekaz i kierunek – nie mają większego znaczenia.

I nie będą miały znaczenia – coraz bardziej. Podobnie jak nie będą miały znaczenia właściwości etyczne, jednostkowa tożsamość tych uklejających się z dnia na dzień i z godziny na godzinę tworów grupowych – ani żadne „izmy”, żadne rysy poglądowe, wyznaniowe, bądź polityczne.

Ludzkość już teraz – z dnia na dzień tworzy nowe obszary dla samorealizacji. I będzie tworzyła je coraz częściej i gęściej. Lecz zanim ta intencja stanie się skupiona, wyraźnie zogniskowana i docelowa, pojawi się jeszcze wiele nieporozumień takich jak złodziejskie flash moby. Pełna ogniskowość i określoność siły społeczeństw nastąpi dopiero na poziomie wykrystalizowania „chmury” do zorganizowanej klanowości. Ale „klan” – będzie podstawową komórką strukturalną dopiero wiązkowego strumienia „roju”. Nim objawi się rój – całkowite rozproszenie i „rozmazanie” kierunkowości i sensu człowieczych uczynków jest konieczne.

Zanim dojdzie do tych znamiennych przemian, najpierw aktualny model władzy, organów prawa i szeroko pojętego, tak zwanego porządku publicznego – będą zaskakiwane przez „szarych zjadaczy chleba”. Przez zwykłych, zupełnie anonimowych obywateli, którzy okażą się bezkarni, silni i nie do powściągnięcia. Co postanowią – będzie bezkompromisowo i kategorycznie uczyniane, bez względu na sens uczynku. Dlatego, że w naszej nowoczesnej kulturze – liczy się sam zasięg, możliwość bycia silnym. W ten sposób „chmura”, a więc tłum ludzki – obrasta w siłę jakoby była śnieżną kulą. Ale w przyszłości, będąc już ukierunkowanym rojem, „tłum” zaprzestanie nieścisłego wpływania na rzeczywistość, a postara się zmodyfikować i dopasować każdy obszar realnej rzeczywistości do swoich rychłych potrzeb i aspiracji. Te aspiracje będą niestety płytkie, mieliznowe, niewygórowane. Dlatego, że świat opanuje dążność ponad wszystko do wygody, do realizowania potrzeb życia w formie miękkiego i bezpiecznego codziennego bytowania.

To, co stanie się miarą ludzkich dążeń, a więc wszelka banalna, aczkolwiek ciepła i wygodna, miałkość – będzie wdrażane w życie niesamowicie szybko i skutecznie. Granice na świecie, jakie kultura roju uzna za niewygodne – zostaną usunięte z przestrzeni ziemskiej w okamgnieniu. Jeśli władza – to trzeba będzie ułożyć ją na nowo. Sprawiedliwość, szczęście, praca, przywilej a obowiązek – tudzież nagroda a konsekwencje: te przykładowe pojęcia uzyskają nowe, odmienne wymiary. Za tego rodzaju rokowaniem przemawia wiele dzisiejszych aspektów codzienności. Jest nader prawdopodobne, że zjawiska typu flash mob (w dalszym ciągu, mimo wszystko nadal niewinne) – są pierwszymi jaskółkami, a więc zwiastunami bardzo poważnych i ogromnych przemianowań człowieczeństwa.

I choć flash mob w swojej złodziejskiej odsłonie przypomina starą, dziecięcą zabawę w policjantów i złodziei, to zabawa ta zaczyna toczyć się w już odświeżonych rejestrach. Te rejestry obnażają niedostatki dzisiejszego prawa – pokazują, jak łatwo i zabawnie, bo za pomocą prymitywnej „gry”, można wywieść stróżów porządku na manowce. Dlatego, że zbiorowe kradzieże przeprowadzane są na oczach ochroniarzy sklepów i przed nosami sprzedawców. Takie kradzieże, tocząc się jak gdyby śnieżna kula obrastająca w siłę, każe uzmysłowić sobie, jak twardy i nieprzenikniony front stanowi społeczność, grupa, „tłum”. I wobec tej twardości – policja nie może niczego poradzić, nie może akcji udaremnić, ma związane ręce. Może oczywiście potem złodziei ścigać, ale zapobiec kradzieży – nie może.

Obserwowanie takich mechanizmów skłania do dalekosiężnych przemyśleń. Jeszcze przyznajemy się do tego niechętnie i z sarkastycznym półuśmiechem na ustach, ale jest prawdą, że na podstawie płytkich i miałkich flash mobów – można doszukać się sygnałów i impulsów do dalszych przemian ludzkości. I to przemian, jakie ułożą się w pewien cykl, okrągły i złożony proces, szacowany na około 100 lat, może i więcej, poczynając naliczanie od tu-i-teraz. I mimo że zarówno naukowcy, jak i przeciętni ludzie jeszcze podchodzą do tego naliczania z ironiczną dezaprobatą – i tak trzeba dawać tym potencjalnym przemianom realny, a nie tylko domniemany, rys prawdopodobieństwa, a nawet nieuchronności.


Rebeca Serri.

Dlaczego ludzie się zdradzają?


Pytania, na które nie ma odpowiedzi:
Dlaczego ludzie się zdradzają? 

Na każde pytanie można odpowiedzieć na dwa sposoby: prosto albo pokrętnie. Łatwo i szybko – albo złożenie i niejednoznacznie. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia – jak głosi stare, dobre porzekadło.

Na pytanie, czy zostałeś zdradzony – większość ludzi, którzy mają za sobą to nader przykre doświadczenie, najczęściej otwarcie się do niego przyzna. W byciu ofiarą – nie ma bowiem nic wstydliwego. Oczywiście zależnie od rodzaju charakteru – każdy człowiek więcej lub mniej otwarcie podzieli się intymną warstwą swego doświadczenia życiowego. Nie zmienia to faktu, że w byciu zdradzonym – obiektywnie: nie ma nic wstydliwego. Nie ma przeciwwskazań do tego, by podzielić się własną gorzką lekcją życia – ze światem.

Co jednak musi czuć zdradzający? Nie – nie wtedy, kiedy zdradza. Nie wówczas, kiedy dzieje się akt miłości fizycznej – z kochankiem czy kochanką. W trakcie jego dziania się – nie ma mowy o przemyśleniach, o żadnej logice. Znalazłszy się w takiej sytuacji – zdradzający nie myśli. Wie o konsekwencjach swojego złego uczynku – ale przed przystąpieniem do aktu zdrady. Wyłącznie wtedy – jest ich bardzo świadom. Lecz w trakcie popełniania zdrady – nie ma już o nich pojęcia, nie pamięta o konsekwencjach; wycina je ze swego umysłu tak sprawnie, jak gdyby ich widmo nigdy nie było realne. Dlaczego tak się dzieje? Czy nie z prostej przyczyny, iż złe uczynki pragniemy jak najdłużej i najgłębiej spychać na dno samych siebie? Czy nie dlatego, że zwyczajnie lękamy się oceny nie tylko ze strony partnera, ale i całego społeczeństwa, jak również samooceny?

Kiedy zdrada wychodzi na jaw – zdradzający może spodziewać się samo nasuwających się, uzasadnionych pytań:

Dlaczego to zrobiłeś? Co ty sobie wtedy myślałeś? Czy naprawdę wyobrażałeś sobie, że możesz tak żyć – w dwóch równoległych światach (przyp. red.: jeden to świat żony/męża, drugi to kochanki/kochanka), nie ponosząc żadnych konsekwencji?

Najszczersza odpowiedź zdrajcy, jaką można sobie wyobrazić, brzmi:

Tak. Dokładnie w ten sposób myślałem. Nie wiem, dlaczego, ale wtedy myślałem sobie, że mogę właśnie tak żyć. Trwać w iluzji, nie ponosząc żadnych konsekwencji.

To zarazem chyba najcięższa, najtrudniejsza do zniesienia szczerość i prawda, z jaką może przyjść się zmierzyć osobie zdradzonej.

Zdradzeni najczęściej pragną się dowiedzieć – dlaczego. Lecz paradoksalnie – zdradzający naogół nie znają odpowiedzi na to (banalne, jakby się mogło zdawać) pytanie.

Gdyby partner zdradził, ponieważ się zakochał – można by to jeszcze w jakikolwiek sposób spróbować zrozumieć. Zakochał się – jak szczenię, nie myśląc o konsekwencjach. Nie można tego usprawiedliwić, ale można zrozumieć. Stracił głowę – popadł w namiętność; oszalał, zapomniał się i zagubił.

Ale kiedy zdradzający nie wie precyzyjnie, dlaczego zdradził – kiedy nie potrafi swego uczynku jasno wytłumaczyć, to jest tak, jakby zatracił świadomość czynu. Jakby działał w afekcie – w obłędzie, jak gdyby całkiem owładnięty chorobą psychiczną. I po co? Dla chwili słodkiego zapomnienia, wobec którego nie żywił najmniejszej intencji, zamysłu, by zbudować na jego bazie coś nowego (nowy, trwały związek – nowy dom)? Gdzie tu sens?

A gdy na kolejne pytania zdradzonego – ale powiedz, dlaczego, naprawdę dlaczego to zrobiłeś? Czy chcesz odejść? Czy masz zamiar zbudować nowy związek z tą osobą? – zdradzający patrząc w oczy, odpowie z żalem, skruchą i poczuciem winy:

Nie chodziło o miłość. Ta osoba nic dla mnie nie znaczy. Nie wiem, jak to się stało. Jak mogłem do tego dopuścić. To było tylko takie zdarzenie.

Tylko – takie zdarzenie. Zdarzenie typowo cielesne – nie mającego niczego wspólnego z miłością, ani nawet z zakochaniem.

Słysząc tego typu irracjonalne odpowiedzi – ciężko ułożyć je sobie w głowie, nazwać je logicznymi i zasługującymi na przebaczenie.

Właściwe pytanie brzmi więc – jak można zrozumieć zdradę? I jak źle musi czuć się sam ze sobą zdradzający – kiedy następnego dnia rano przychodzi mu spojrzeć w oczy lustru?

Być skrzywdzonym, być ofiarą – jest o tyleż prosto, że cały świat ofierze współczuje. Jej prawo do cierpienia, wynikłe z faktu bycia oszukanym i zranionym – jest niczym nieograniczone. Zdrajca zaś w oczach partnera, któremu wyrządził krzywdę, w oczach rodziny, przyjaciół i obcych ludzi (społeczeństwa), a także w oczach samego siebie – staje się pusty, nic nie warty, niegodny nikogo i niczego. Wszyscy odmawiają mu prawa do cierpienia – bo wszak to on jest katem. Nie istnieje zatem przyczyna, dla jakiej należałoby mu współczuć.

Współczuć – faktycznie, nie ma po temu racjonalnych powodów. Ale dlaczego większości z nas wydaje się, że ci, którzy popełnili błąd, nie mają prawa do żalu nad sobą, do cierpienia, do smutku?

Co ciekawe – na rozmaitych forach internetowych poświęconych tematowi zdrad: kiedy zdradziła kobieta, najczęściej opisuje swój uczynek jako niewybaczalny i całkowicie nieuzasadniony. Kobiety, które zdradziły, opisują swego partnera, któremu wyrządziły tę ogromną krzywdę – jako wspaniałych, dobrych, czułych etc. Natomiast mężczyźni, którzy zdradzili – często zanim opiszą swoją zdradę, jej genezę i przebieg, najpierw gładko wymienią wady swojej partnerki.

Wynika z tego, że zdrajczynie – szukają wytłumaczenia swojego uczynku i winy tylko w sobie. Podczas gdy zdrajcy – szukają podwalin swojego uczynku również u partnerki, której wyrządzili krzywdę. Bo była chłodna. Bo z chwilą, kiedy urodziło nam się dziecko, żona odsunęła się ode mnie. Bo moje zdanie w domu – było przez żonę bagatelizowane i stawałem się coraz bardziej marginalizowany. Nie mogąc znieść tego zimna, stopniowo – początkowo podświadomie – zacząłem szukać adoracji w oczach innej kobiety. Chciałem znów poczuć się atrakcyjny – godny uwagi, fascynacji i kobiecej ciekawości.

Zdrajczynie dla odmiany nie widzą podstaw swojej zdrady w domu. Mówią, że z mężem (partnerem) wszystko układało się w porządku. Potem o wszystkim zadecydował absurdalny przypadek, zbieg okoliczności. W pracy pojawił się nowy kolega i kobieta zaczęła się z nim przyjaźnić – kompletnie platonicznie, traktując go właściwie jak koleżankę. Opowiadali sobie o swoich małych, wielkich sprawach, o codziennym życiu, zwierzali się sobie – aż pewnego dnia relacja w nieplanowany, spontaniczny sposób obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i nie wiedzieć ani jak, ani kiedy, ani czemu, nagle wylądowali w łóżku.

Czyżby kobiety zdradzały dlatego, że są całkowicie nieprzewidywalne, pozbawione rozsądku i kontroli nad emocjami? A mężczyźni dlatego, że są wyrachowani – i że wszystko (nawet zdrada) musi mieć dla nich logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy?

Na te wszystkie pytania nie ma jednoznacznych, oczywistych odpowiedzi. Szkoda, że nie ma, lecz najwidoczniej tego stanu nie zmieni ani żadna dziedzina nauki, ani jednostkowy wgląd w samego siebie, w swój umysł i emocjonalność.

Warto zdać sobie sprawę z jednego: życie nie jest czarno-białe. Życie jest, pełną niuansów, skalą szarości. Choć niewątpliwie swoista graficzność – biel i czerń – wielu z nas ułatwiłoby życie i pomogło jasno ustanowić zasady, wedle jakich pragnęlibyśmy postępować.

Bo wszyscy pragniemy iść przez życie czysto, szczerze i szlachetnie. Gdyby nie istniała wokół – trudna do zbadania, określenia i nazwania – skomplikowana skala szarości, nie byłoby potrzeby pytać o wiele spraw i zachowań obecnych na świecie. Nie byłoby potrzeby pytać o sens zdrad – bo w czarno-białym świecie zwyczajnie by ich nie było.

Rebeca Serri.