wtorek, 24 kwietnia 2012

Czym różni się ateista od ateisty?


Czym różni się ateista od ateisty?



To nie pomyłka – owo pytanie zawarte w tytule. Z pozoru „masło maślane” – w rzeczywistości ma sensowne uzasadnienie.



Ostatnio w naszym – przynajmniej z dotychczasowej definicji – katolickim kraju przybywa ateistów. Obserwujemy ekspansywny wysyp tych szczególnych wolnomyślicieli – a jest to wysyp niczym grzyby po deszczu. Ateizm, rozumiany jako pogląd zakładający, że boga nie ma – dziś przybiera zgoła odmienny wydźwięk i odświeżone oblicze. Coraz częściej od tak zwanych ateistów słyszy się, że ich z założenia negacja boga (przeczenie teizmowi) – faktycznie ma odzwierciedlać naukowe przekonanie, a wręcz naukowe twierdzenie, iż istnienie absolutu jest... absolutnie niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ na takie istnienie nie ma najmniejszego dowodu. Gdyby dowód był – gdyby nauka mogła przeprowadzić iście matematyczny dowód jasno i kluczowo wykładający, że boga nie ma, ateista chętnie zmieniłby swoje miano. Z „ateisty” stałby się po prostu wyznawcą nauki – i to byłoby uczciwsze. Od razu dałoby się zauważyć, że wielu z ateistów – w istocie jest osobnikami religijnymi. Nie musieliby się, biedaczyska dyskryminowane przez złych katolików, zasłaniać niby naukową wykładnią, ani (również – niby) naukową terminologią. Mogliby zwyczajnie, będąc „ateistami”, posypać sobie głowy popiołem i przyznać się przed światem bez żadnych zakłamanych masek: tak, jesteśmy wyznawcami określonego kultu. „Ateizm” bowiem w wydaniu wielu, oj wielu – jest niczym innym, jak głęboką, mocno zakorzenioną potrzebą wierzenia w coś – ufania w swoistą tendencję, ideę, myśl... po prostu w pewien pierwiastek górujący – nad skromnym, człowieczym „ja”, które (tak czy inaczej) wszystkich odpowiedzi na nurtujące pytania nie zna, nigdy nie znało i nie wiadomo, czy kiedykolwiek pozna.



Tak. Widać to doskonale po wielu współczesnych „ateistach”. Ich przekonanie – pierwotny, nieemocjonalny pogląd, głoszący, że ja jako ateista mówię, iż boga nie ma i stąd nie mogę w niego wierzyć – dziś staje się zastąpiony przez wyraźną frustrację spowodowaną tym, że inni wierzą. Tacy „ateiści” żywią albo podświadomą, albo celowo w nieświadomość spychaną, wielką potrzebę ufania w odgórną siłę sprawczą, w kardynalny motor napędowy świata, życia, kultury i zachowań.  



„Ateiści” żywią potrzebę ufania – w coś – choćby owym czymś miała być pseudo naukowa postawa. A ufając owemu, wymyślonemu przez się, czemuś – potrzebują zasłaniać się niby naukową debatą o wątkach z góry nierozstrzygalnych. Potrzebują, gdyż jak każdy inny człowiek, ateista również ma rozmaite emocje, dylematy egzystencjalne  i sporo filozoficznych wątpliwości. Dlatego i „ateista” musi czymś nakarmić swoje głodne, łaknące odpowiedzi na retoryczne pytania – emocje. Okazuje się, że mimo różnic w sposobach myślenia – tego głodu nie da się uniknąć, ominąć, zbagatelizować. Trzeba z nim coś uczynić – zneutralizować, zasycić go jakoś. Nie ma przed tym podskórnym, czasem wręcz podprogowym, mechanizmem – całkowitej ucieczki. Nie ma nań kompletnej rady, recepty.  



Gdyby współczesny „ateista” nie był wyznawcą specyficznej religii o nazwie „ateizm” – mówiłby zwyczajnie, że nie wierzy w boga, że nie widzi możliwości jego istnienia. Nie twierdziłby stanowczo, zajadle i ironicznie wobec wyznawców innych religii – że boga na pewno nie ma, ponieważ nauka nie udowodniła jego istnienia.



Nauka nie udowodniła istnienia wielu zjawisk, które realnie – istnieją. Dla banalnego przykładu – nauka nie dała dotąd merytorycznego drogowskazu, jak udowodnić, dajmy na to, miłość dziecka do rodzica. Nie ma dowodów na miłość i kiedy ktoś mówi, że kocha – można mu jedynie zawierzyć. Nie ma takiej metody przeprowadzenia racjonalnego dowodu, która jednoznacznie wykaże, że kochający powiedział prawdę. Pomimo czego – obiektywnym faktem jest, że ludzie wierzą, że miłość – istnieje, jest. Ba. Nie tylko wierzą, to jeszcze się kochają. Nielogiczne, prawda? Nie mogą miłości zrozumieć, posiąść o niej wiedzy, ponieważ miłość nie jest przedmiotem. Nie jest nawet logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Innymi słowy – miłość nie przynależy do świata materii i dlatego żadną z wymiernych ścieżek, dojść do niej nie sposób. Nie można miłości – od A do Z przebadać. Wariograf tu nie wystarczy. Można jedynie wierzyć, ufać i wyznawać – że miłość: jest. Miłość – jest. Miłości się nie wymyśla. Zdają sobie z tego sprawę wszyscy – w tym także autentyczni, uczciwi ateiści.



Autentyczny ateista nigdy nie powie, że obraża jego uczucia obecność krzyża w sejmowej sali obrad. Dlatego, że Polska jest krajem świeckim, a skoro tak – obok krzyża w sejmie, jeśli już koniecznie musi się w niej znajdować, winny znaleźć się również fizyczne symbole innych religii.



Autentyczny ateista nigdy nie powie, że śmieszy go lub denerwuje cudza religia. Że cudza wiara w boga jest głupia, nie mieszcząca się w żadnej z dotąd ustanowionych definicji rozumowania logicznego.



Autentyczny ateista nie jest wyznawcą żadnej religii. Autentyczny ateista dobrze wie, że poza rozumowaniem logicznym i racjonalnym – świat może się składać z zupełnie innych poglądów i możliwości interpretacyjnych. Wie, że jest to możliwe – pomimo osobistego przekonania, że on (autentyczny ateista) wybrał drogę racjonalnego myślenia.



Autentyczny ateista nigdy nie mówi, że boga nie ma, ponieważ jakkolwiek pojmowany bóg – jest nielogiczny. Takie zdanie, o – słodka ironio, najczęściej głoszą krypto katolicy, wstydzący się swojej wiary, stąd podszywający się pod ateistów (a w rezultacie – ustanawiających się „ateistami”).



Autentyczny ateista mówi coś innego. Mówi, że jemu – wiara w boga nie jest potrzebna. Że nie akceptuje przemyśleń o życiu po śmierci. Że w zgodzie z prywatną konstrukcją psychiczną – odrzuca wszelkie dogmaty i „prawdy” religijne. Dla niego – nie niosą one znamion prawdy. Pewnie dlatego, że za mało w nich znaczników obiektywizmu. A może z innych powodów?



W każdym razie – ateista świadomie odrzuca te „prawdy”, ponieważ nie są mu do niczego potrzebne. Wybiera wiarę w tu-i-teraz – to znaczy w codziennie życie, nie zagłębiając się w kwestie przeznaczenia, czy inne stricte duchowe. Wybiera rozum, doczesność, myśl, bardziej ścisły kodeks moralny czy etyczny – lecz krzyż w sejmie na pewno będzie miał w nosie; nie będzie go żaden symbol ni ziębił, ni parzył. Sfera takich symboli – zwyczajnie ateisty nie dosięga, ponieważ go nie dotyczy.



Ateista mówi: mnie rozpatrywanie tych kwestii nie jest do niczego potrzebne. Dla mnie nie mają one sensu. Nie mają jakiegokolwiek znaczenia.



Lecz nigdy nie powie, że jego pogląd (ateizm) jest wyrazem, głosem nauki. Kiedy tak mówi – z ateisty staje się „ateistą”. Zaczyna wyznawać wygodną dla siebie, właściwą z jego punktu widzenia i jedyną słuszną – nową religię. Nową religię – o nazwie „ateizm” (nie ateizm).



Pozostaje poddać pod dyskusję, jak odróżnić prawdę od fikcji. Jak „ateistów” i ateistów należałoby zweryfikować?



Ciekawe, jak wyżej wymienieni zareagowaliby w obliczu końca świata na przykład? Czyż nie byłby to wymarzony sposób na takową weryfikację?



Wyobraźmy sobie szereg ludzi, stojących naprzeciw końca świata, ostatecznej apokalipsy – oglądających na własne oczy wydarzenia, o których nie śniło się filozofom; widzących to, czego nigdy wcześniej nie zobaczyło żadne mędrca szkiełko i oko... I wtedy – co? Co z nimi wszystkimi się stanie? Co powiedzą?



Znaczna część „ateistów” w obliczu nagłej trwogi zapewne odruchowo wzniesie oczy do nieba, kierowana odśrodkowym instynktem – modląc się i głośno wypowiadając (takie czy inne) imię tego, w istnienie którego nigdy nie wierzyli.  



Podczas gdy ateista nawet i w obliczu końca świata – nie złapie się w wewnętrzne wnyki i nigdy nie stanie się potwierdzeniem przysłowiowej reguły w brzmieniu: „Jak trwoga, to do Boga”.



Ateista dobrze wie, że w godzinie próby – włączy się w nim głos wewnętrznego krytyka, który czytelnie i skutecznie przypomni: nie po to szedłeś przez całe życie ścieżką świadomie wybranego poglądu, by raptem w chwili prawdy – swoją ścieżkę porzucić.



Oto odpowiedź na pytanie, jak dokonać weryfikacji. Jak odróżnić światopogląd – od religii.



Światopoglądów jest wiele – identycznie jak religii. Dowcip, zdaje się, polega jednak na tym, by mylnie głosicieli i myślicieli nie nazywać wyznawcami – i odwrotnie: by wyznawców nie określać jako myślicieli, łatwo nabierając się na ich niepoprawną maskaradę czy cyrkową, klown'iastą sztuczkę.

A jeśli w coś się wierzy - lepiej po ludzku się do tego przyznać, niż przkrywać się twardym całunem nauki, udając i przed lustrem, że jest on miękki i ciepły.



Rebeca Serri.

12 komentarzy:

  1. Bardzo fajne. Ale było by jeszcze fajniejsze gdyby zawierało katechizm autentycznego ateisty, spis świąt i świętych takowegoż oraz jego obowiązkowy wystrój codzienny.

    Bez tego trudno uznać klasyfikację nowoodkrytego zwierzęcia za zupełną. A wtedy można będzie przejść do badania kolejnego stworu, znanego chwilowo jako "nieuczestnik rozgrywek krykietowych".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A najfajniejsze - że tekst niesie ze sobą subtelną różnicę między ateistą a "ateistą". Gdy człowiek ów subtelny niuans sobie uświadomi, wówczas widać jasno, że do pierwszego pojęcia (tj.: ateista) słowo katechizm - zwyczajnie nie pasuje :).
      Nie wędrowałabym też na Pana miejscu tak daleką, krętą, objazdową drogą - "klasyfikacja nowoodkrytego zwierzęcia" mogłaby mieć u mnie miejsce, ale... w innym artykule... i tylko w przypadku, gdybym była biologiem, a nie pisarzem... Pozdrawiam :).

      Usuń
  2. To, co robi człowiek w obliczu trwogi, o niczym nie świadczy - strach i silny stres często powodują, że ludzie przestają się zachowywać racjonalnie, szukają jakiejkolwiek pomocy. Rzeczą, którą sprawdza opisana "weryfikacja" jest wyłącznie odporność psychiczna, reakcja danej osoby na stres.
    Liberał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tutaj będę polemizowała.

      Być może przywykliśmy sądzić, że silny stres generuje zachowania nieobiektywne, nieracjonalne, które nie opisują naszej esencjonalnej natury. Z takim sądem - czujemy się bezpiecznie. Dlatego, że jest to tonująca, pozytywna świadomość - wiedzieć, że na co dzień jesteśmy racjonalni, że sprawujemy logiczną kontrolę nad swoim życiem.

      Lecz cóż, jeśli silny stres - stanięcie twarzą w twarz z końcem świata - może wywołać w nas szczere, prawdziwie nas charakteryzujące reakcje? Cóż wtedy, kiedy nasze zachowanie nie jest absurdalnym efektem odporności psychicznej, a ujawnieniem głębokiej prawdy o nas?

      W odpowiedzi na powyższe pytania: biorę pod uwagę taką możliwość, że nasze ustanowione poglądy - są ciężkimi, stabilnymi cegłami jedynie do czasu, kiedy zostaną zweryfikowane przez swoiste ekstremum.

      Innymi słowy, w ślad za starym porzekadłem: "Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono".

      Usuń
    2. Tyle, że silny stres może wyzwalać skrajne emocje, które nie do końca nas charakteryzują. Panika wywołuje rozmaite zaburzenia poznawcze i adaptacyjne: zaburzenia koncentracji i racjonalnego myślenia. Skrajna panika może prowadzić do całkowitego paraliżu lub do zachowań niecelowych. Polemizowałbym więc ze stwierdzeniem, że paniczny strach ujawnia o kimkolwiek jakąś prawdę.
      Ekstremum może całkowicie wyłączyć myślenie i prowadzić do nieprzewidywalnych reakcji. Tak więc moim zdaniem silny strach sprawdza głównie... reakcję na strach, za to często bywa narzędziem manipulacji.
      Liberał

      Usuń
    3. To, co mówisz - jest logiczne i uzasadnione. Trudno się z Tobą nie zgodzić - przyznaję.

      Lecz cóż wówczas, kiedy istnieje w świecie i inna część prawdy - ta, z którą tu-i-teraz Ty się nie zgadzasz, której nie bierzesz pod uwagę?

      Co - jeśli racjonalne podejście do tematu - to jedno, podczas gdy tak zwany "absurd" ujawni inną, dodatkową porcję prawdy o naturze człowieka?

      Jesteś pewien, że "zachowania niecelowe" i "reakcje nieprzewidywalne" - nie oddają ani trochę esencji człowieka? Na ile procent jesteś tego pewien?

      Uważasz, że tylko zachowania celowe i możliwe do zaprognozowania - opisują naturę człowieka? Słowem - określa nas wyłącznie to, co uświadomione?

      Wobec powyższego - jaką funkcję pełni sfera nieświadomości, cienia, kompleksów - wszystkich "nieprzewidywalnych" i z pewnością "niecelowych" aspektów naszej osobowości?

      Mnie się zdaje, że gdy reakcja ludzi na swoiste ekstremum i silny stres - jawi się jako wynaturzona, nieprzewidywalna i niecelowa, to jeszcze nie znaczy, że jest to reakcja "nieludzka", "cudza - nie moja"; a więc taka, która nie ma ze mną nawet pół punktu styczności.

      Myślę, że wszystko, z czym się stykamy - określa nas i opisuje. Ekstremum? Silny stres? Również.

      Usuń
  3. "Co - jeśli racjonalne podejście do tematu - to jedno, podczas gdy tak zwany "absurd" ujawni inną, dodatkową porcję prawdy o naturze człowieka?"
    O racjonalnym podejściu do tematu możemy się wypowiadać z dużą dozą pewności, że nie popełnimy błędu. A o tzw. absurdzie wiemy niewiele.

    "Jesteś pewien, że "zachowania niecelowe" i "reakcje nieprzewidywalne" - nie oddają ani trochę esencji człowieka?"
    Nie jestem pewien czy coś w ogóle oddają, a jeśli tak, to co? Dlatego unikam kategorycznych twierdzeń jakoby to one, a nie zachowania racjonalne, były odbiciem prawdziwej natury.

    "Uważasz, że tylko zachowania celowe i możliwe do zaprognozowania - opisują naturę człowieka? Słowem - określa nas wyłącznie to, co uświadomione?"
    Nie ryzykowałbym takiego twierdzenia. Chociaż zrzucanie tego co uświadomione na niższy szczebel hierarchii niż to co nieuświadomione wydaje mi się co najmniej ryzykowne.

    "Mnie się zdaje, że gdy reakcja ludzi na swoiste ekstremum i silny stres - jawi się jako wynaturzona, nieprzewidywalna i niecelowa, to jeszcze nie znaczy, że jest to reakcja "nieludzka", "cudza - nie moja"; a więc taka, która nie ma ze mną nawet pół punktu styczności"
    Być może ma styczność, ale dlaczego styczność takiej reakcji ma oddawać "prawdziwą naturę", a normalne reakcje nie? W psychiatrii dobrze opisano zespół stresu pourazowego, który w dłuższej perspektywie może przejść w trwałą zmianę osobowości po katastrofach. Która osobowość jest prawdziwa - ta wcześniejsza czy późniejsza? A może obie? A może jest tak, że sam silny stres czy szok indukują w organizmie zmiany, na które dana osoba nie ma wpływu i po jakiś czasie modyfikują jej osobowość?

    /Tak zupełnie na marginesie, wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że często stosowany w dyskusjach religijny szantaż emocjonalny ("zaczniesz wierzyć dopiero na łożu śmierci") może spokojnie działać w obie strony. Konstrukcje tego typu są zwykłą manipulacją, mającą wyeliminować adwersarza z dyskusji poprzez odwołanie się do czysto hipotetycznej sytuacji, której skutki szantażujący rzekomo zawsze jest w stanie "przewidzieć". W rzeczywistości niczego nie jest w stanie przewidzieć, a strach to bardzo słabe uzasadnienie jego własnej wiary/

    Liberał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liberale, miło mi, że znowu się spotykamy :). Cieszę się, że mogę podyskutować z Tobą w sposób bliski przemyśleniom, refleksjom, które osobiście mnie ciekawią :). Ale czy na pewno jesteś Liberałem? Nie jesteś aby radykałem? Nie wskazujesz w swoich - interesujących, dających do myślenia, nie przeczę - komentarzach na czarno-białość świata? A co ze skalą szarości, hmm?

      "O racjonalnym podejściu do tematu możemy się wypowiadać z dużą dozą pewności, że nie popełnimy błędu. A o tzw. absurdzie wiemy niewiele". Doprawdy - racjonalizm jest gwarantem wyeliminowania błędu w naszym postępowaniu? Z racjonalnego pułapu wypowiadamy się z dużą dozą pewności - serio? A skąd ta pewna, gwarantowana - doza? Co wówczas, gdy opierasz się na niewystarczającym zbiorze aksjomatów? Jesteś pewien, że ustalony w drodze racjonalizmu zasób aksjomatów - oddaje całość prawdy o naturze człowieka i/lub świata? A nawet jeśli oddaje "dozę" - jak ją zmierzysz? Skąd nieodparte przeświadczenie, że owa doza nie zawiera w sobie marginesu błędu, niedomówienia, uchyłku, nieścisłości?

      O absurdzie wiemy niewiele? Liberale, o wszystkim wiemy niewiele. O racjonalizmie nie wiemy więcej, niż o tak zwanym - absurdzie. Być może przywkliśmy jedynie traktować "dozę racjo" jako swoisty "pewnik" - wyłącznie dlatego, że jest namacalna, łatwa do namierzenia, czy więcej precyzyjna w swoim zasięgu... ale - cóż to za pewność?...

      "Nie jestem pewien czy coś w ogóle oddają, a jeśli tak, to co? Dlatego unikam kategorycznych twierdzeń jakoby to one, a nie zachowania racjonalne, były odbiciem prawdziwej natury". Uważam, że jeśli zachowania racjonalne są odbiciem prawdziwej natury, to i zachowania nieprzewidywalne, ekstremalne - są odbiciem prawdziwej natury. Nie przeczę pierwszym - i popieram również drugie. Przyznaję im rację bytu. Uznaję, że są jednakowo - prawdziwe. Uznaję właśnie dlatego, że świat nie składa się dla mnie z bieli i czerni, lecz z nieuchwytnej, niezmierzonej skali szarości.

      Usuń
    2. "zrzucanie tego co uświadomione na niższy szczebel hierarchii niż to co nieuświadomione wydaje mi się co najmniej ryzykowne". Nie zrzucam świadomości na niższy szczebel od nieświadomości. Jednej i drugiej sferze ufam w jej prawach określania mojej natury. Mimo że świadomość zdaje się wyłącznie wysepką, dryfującą bezpańsko po mrocznych, szerokich wodach nieświadomości. Według mnie - jedna i druga sfera opisuje, oddaje moją osobistą historię - jej genezę, naturę i przebieg.

      "/Rekacja na ekstremum i silny stres/ - Być może ma styczność, ale dlaczego styczność takiej reakcji ma oddawać "prawdziwą naturę", a normalne reakcje nie?". A kto powiedział, że "normalne" reakcje nie oddają natury człowieka? Ja? W żadnym wypadku. Jestem zdania, że tak zwane - normalne reakcje na sytuacje dowolne, w tym ekstremalne - jak najbardziej oddają prawdę o nas. Jednocześnie jestem zdania, że tak zwane - nienormalne i absurdalne reakcje: również jak najbardziej oddają prawdę o nas.

      Prawdę, a właśnie: "prawdę". Co to jest: prawda? Kto to rozstrzygnie? Kto wie na pewno, co na tym świecie jest normalne, a co nie? Ty? Możesz o tym zadecydować? Potrafisz mi udowodnić, że obowiązujący zbiór aksjomatów jest jedyny i niepodważalny? Umiesz dowieść w sposób bezdyskusyjny, że posługując się racjonalizmem - całkowicie eliminujesz ze swego zasięgu oddziaływania - błąd, niedopatrzenie, szczelinę, niepewność, nieprawdę, fikcję, fałsz?...

      ... Kto wie, co na tym świecie jest realne, a co nie?

      Ja - być może trochę wiem. Na pewno - nie mam żadnej pewności. W rezultacie - przyznaję, że nie wiem niczego o niczym...

      ale zawsze z miłą chęcią pomówię z kimś, kto uważa, że wie :).

      Usuń
    3. I tak na marginesie - nie zwykłam stosować żadnych szantaży emocjonalnych. Nigdy nie powiedziałam, że "zaczniesz wierzyć dopiero na łożu śmierci". Przyznaję, że otarłam się o tego rodzaju stwierdzenie - lecz w istocie postawiłam w tekście jedynie pytanie: co się okaże, jeśli ktoś - zacznie wierzyć dopiero na łożu śmierci? Co wtedy, gdy ktoś - wbrew swej świadomej woli - być może odkryje dawno porzucone pytania - na nowo? Jeżeli zweryfikuje się od podstaw - od początku, właśnie dlatego, że stanie twarzą w twarz z ekstremum?

      Moje pytania, to nie szantaż i nie manipulowanie - a prowokacja. A jak powszechnie wiadomo - dobra prowokacja wzmaga interakcję :).

      Cóż, bycie liberalnym - domaga się uznania względności świata, bycia relatywnym. Skąd u Ciebie bezwględność, pewność, nieomylność? Z wiary - czy przeciwnie?

      Pozdrawiam serdecznie :).

      Usuń
    4. Zaczyna się burza i moje komentarze będą lakoniczne. "Nie jesteś aby radykałem? Nie wskazujesz w swoich - interesujących, dających do myślenia, nie przeczę - komentarzach na czarno-białość świata?"
      Nie wydaje mi się. Radykalne wydaje mi się pisanie o "godzinie próby".

      "Doprawdy - racjonalizm jest gwarantem wyeliminowania błędu w naszym postępowaniu? Z racjonalnego pułapu wypowiadamy się z dużą dozą pewności - serio? A skąd ta pewna, gwarantowana - doza? Co wówczas, gdy opierasz się na niewystarczającym zbiorze aksjomatów?"
      Z całą pewnością jest niewystarczający. Ale to jednak jest jakiś zbiór, dający może niewystarczającą liczbę, ale jednak punktów odniesienia. W przypadku absurdu dryfujesz we mgle.

      "Skąd nieodparte przeświadczenie, że owa doza nie zawiera w sobie marginesu błędu, niedomówienia, uchyłku, nieścisłości?"
      Nie mam tego przeświadczenia. Jednakże racjonalne podejście wyjaśnia więcej niż jakiekolwiek inne, a posługując się logiką przynajmniej jesteśmy w stanie zweryfikować poprawność wnioskowania.

      "wyłącznie dlatego, że jest namacalna, łatwa do namierzenia, czy więcej precyzyjna w swoim zasięgu... ale - cóż to za pewność?"
      Co pozostaje po jej odrzuceniu?

      To zdanie z Twojego artykułu "Ateista dobrze wie, że w godzinie próby – włączy się w nim głos wewnętrznego krytyka, który czytelnie i skutecznie przypomni: nie po to szedłeś przez całe życie ścieżką świadomie wybranego poglądu, by raptem w chwili prawdy – swoją ścieżkę porzucić" może zwyczajnie nie odpowiadać zachowaniom w sytuacjach ekstremalnych. Paradoksalnie/ w stosunku do tego co piszesz w komentarzach/ zakłada, że człowiek (a przynajmniej ateista) w sytuacji ekstremalnej postępuje racjonalnie, a tak nie jest.

      "Nie zrzucam świadomości na niższy szczebel od nieświadomości. Jednej i drugiej sferze ufam w jej prawach określania mojej natury. Mimo że świadomość zdaje się wyłącznie wysepką, dryfującą bezpańsko po mrocznych, szerokich wodach nieświadomości. Według mnie - jedna i druga sfera opisuje, oddaje moją osobistą historię - jej genezę, naturę i przebieg"
      Jeśli świadomość i nieświadomość są równoprawne, dlaczego więc odwołanie się do sfery nieświadomości ma być jakimś testem? A może część tak zwana sfera nieświadomości jest efektem reakcji chemicznych zachodzących w mózgu w odpowiedzi na jakąś ekstremalną sytuację? Jesteś w stanie zweryfikować, czy pewne reakcje nie powstają ad hoc na skutek chwilowych doznań?

      "Potrafisz mi udowodnić, że obowiązujący zbiór aksjomatów jest jedyny i niepodważalny? Umiesz dowieść w sposób bezdyskusyjny, że posługując się racjonalizmem - całkowicie eliminujesz ze swego zasięgu oddziaływania - błąd, niedopatrzenie, szczelinę, niepewność, nieprawdę, fikcję, fałsz?..."
      Niczego takiego nie napisałem. O sferze pozaracjonalnej wiem jednak za mało żeby wypowiadać na jej temat jakiekolwiek kategoryczne twierdzenia. Jeśli chodzi o sferę racjonalną - mam przynajmniej jakieś podstawy metodologii/ które oczywiście mogą okazać się fałszywe;)/.

      Burza trwa... Muszę przerwać, do reszty odniosę się później.
      Liberał

      Usuń
    5. Po burzy...
      "Nigdy nie powiedziałam, że "zaczniesz wierzyć dopiero na łożu śmierci"
      Nie powiedziałaś. Napisałem to co powyżej, bo chciałem zwrócić uwagę na częste motywację osób proponujących twierdzenia tego typu.

      "Przyznaję, że otarłam się o tego rodzaju stwierdzenie - lecz w istocie postawiłam w tekście jedynie pytanie: co się okaże, jeśli ktoś - zacznie wierzyć dopiero na łożu śmierci? Co wtedy, gdy ktoś - wbrew swej świadomej woli - być może odkryje dawno porzucone pytania - na nowo? Jeżeli zweryfikuje się od podstaw - od początku, właśnie dlatego, że stanie twarzą w twarz z ekstremum?"
      Jeśli ktoś rzeczywiście zacznie autentycznie wierzyć dopiero na tzw. łożu śmierci, nie jest to żadną weryfikacją ani dowodem na to, że wierzył kiedykolwiek wcześniej. W założeniu artykułu było coś innego - ateista "nieautentyczny" stwarza grę pozorów, udaje niewierzącego podczas gdy w rzeczywistości wierzy, nawet jeśli wypiera to ze swojej świadomości. Tyle, że "łoże śmierci" może niczego nie zweryfikować, z powodów które przytoczyłem powyżej.

      "Moje pytania, to nie szantaż i nie manipulowanie - a prowokacja. A jak powszechnie wiadomo - dobra prowokacja wzmaga interakcję :)"
      Zgadzam się. Przykro mi, ale odwoływanie się do postaci "autentycznego ateisty" jest jednak manipulacją - formatowaniem osoby przez własne wyobrażenia, próbą narzucenia jej określonych ram zachowań poprzez odwoływanie się do jej ambicji (na podobnej zasadzie co do "prawdziwego mężczyzny", "prawdziwego wojownika", itp.).

      "Cóż, bycie liberalnym - domaga się uznania względności świata, bycia relatywnym"
      Przejrzyj swój tekst, jest w nim co najmniej kilka kategorycznych, nieweryfikowalnych założeń, które starałem się zrelatywizować/ a są jeszcze inne rzeczy, które można podważyć - i np. uzasadnić że wiara nie jest tym samym co religia, ateista może być wyznawcą religii nonteistycznej, niechęć ateisty do symboli religijnych w miejscach publicznych może wynikać np. z faktu, że w rzeczywistości nie służą one celom obrządkowym, a są symbolami zawłaszczenia danego obszaru przez wyznawców określonej religii, itd.

      Liberał

      Usuń