piątek, 27 kwietnia 2012

O tym, jak ks. Bonieckiego - głupi kościół zakneblował


Ksiądz-publicysta, ksiądz-społecznik –
w archaicznych dybach współczesnej cenzury

Osobistych słów kilka na wątki zgoła nie osobiste,
lecz publiczne 


Polacy są zdumiewającym narodem.

Powyższą tezę stawiam z osobistych pobudek, a wręcz z odruchu emocjonalnego, który jednak odbieram na poziomie wręcz organicznym: krew mi się gotuje, włosy stają dęba, żołądek się kurczy; jakkolwiek nie mam kłopotów ze sferą psyche, nie jestem przypadkiem klinicznym i na nic nie choruję.

Postawiona tu teza jest moim wewnętrznym odruchem. Dziwię się narodowi, do jakiego sama należę, z którym jestem tożsama – co dzień oglądam Polaków oczyma zdziwionego dziecka. I przytaczając słowa śpiewane przez Niemena – jeśli kiedyś przestanę się dziwić, to znaczy, że już mnie wtedy nie będzie. Jakkolwiek swojej spontaniczności nie odbieram wcale jako zalety, cnoty, żadnego waloru. Dlatego, że bardzo pragnęłabym pewnego razu, będąc Polką, żyjąc w Polsce, móc wyjrzeć przez okno ze spokojem – nie dziwiąc się przy tym ani trochę obrazowi rzeczywistości, jaki za nim zastanę. Chciałabym z całego serca poczuć się w tym kraju na miejscu, u siebie, w domu – słowem: bezpiecznie.

Tymczasem ze zdumienia otrząsnąć się nie mogę.

Polacy są bardzo dziwni. Część z nas popiera księdza Bonieckiego, gorzkimi słowami zarzucając instytucję kościoła i zakonu marianów. Na szczęście jest to spora część nas, do której i ja należę. Wśród nas jest i ks. Sowa i Hołownia. To miło, że istnieją wśród osób publicznie znanych prawdziwi katolicy, którzy potrafią spojrzeć na rzeczywistość w miarę obiektywnie (na ile człowiek jest w mocy zbliżyć się do obiektywizmu), a na pewno sensownie.

Ale jest i druga część naszego społeczeństwa, która zadziwia do szpiku kości – radykalnością, surowością, wręcz agresją. Nie są to z pewnością cechy autentycznego katolika, a przecież na poszanowanie tego wyznania jadowicie wskazują gorący przeciwnicy ks. Bonieckiego. Ten jad, nieomal toczenie piany z ust w kierunku wolności słowa i możliwości wyrażania go w przestrzeni publicznej szerszej niż Tygodnik Powszechny – naprawdę trudny jest do zrozumienia, nie mówiąc o tolerowaniu.

Ze zdziwieniem obserwuję ów kategoryzujący, pseudo dydaktyczny ton przedszkolanki, którym zwolennicy kościoła osłaniają go swoimi ciałami – i to przed kim, przed czym? Czy kościół doprawdy jest na tyle nie rozwinięty, płytki i słaby, że nie gotów poradzić sobie z przekonaniami ks. Bonieckiego na poziomie merytorycznego, zrównoważonego dialogu? Rzeczywiście potrzebny był odgórny zakaz zakonników marianów, a de facto – ciężki, żelazny knebel? Różnice w poglądach między ludźmi muszą być tępione suchymi uwarunkowaniami administracyjnymi? Dziedzina wiary – sfera duchowa natury i egzystencji ludzkiej nie umie wypowiadać się z użyciem prostej argumentacji?

Kościół najwidoczniej musi mówić wyłącznie „tak” bądź „nie”, a taka infantylna postawa, to zacietrzewienie i, puste jak skorupa po jajku, jadowite kategoryzowanie problemu. Osobiście dziwię się, że zarówno duchowni krytykujący wypowiedzi ks. Bonieckiego, jak i „katolicka” część naszego społeczeństwa – nie dostrzegają wokół siebie skali szarości.

Być może to, co powiem dalej – pozostanie wielce subiektywne, ponieważ taka jest doczesna natura ludzka. Niemniej świat, życie – nie są czarnobiałe. Ja dostrzegam skalę szarości. Nie podoba mi się to, co widzę i nie mam zamiaru ignorować nietolerancji, braku wyobraźni, ograniczenia intelektualnego, i co najgorsze – emocjonalnego, osobników popierających ochydną cenzurę nałożoną na ks. Bonieckiego. Dlatego, że piękno człowieczeństwa opiera się na różnicach pomiędzy nami, na różnorodności naszych myśli, które możemy dyskutować. A także na błędach i umiejętności ich rozumienia i wybaczania – nie zaś na tępieniu wolnomyślicielstwa i subiektywności w ocenach. A właściwie – nie tyle nawet w ocenach, co w zwyczajnych ludzkich próbach opisania realnych zdarzeń i sytuacji.

Nie chcę przez to powiedzieć, że liberalne zdanie ks. Bonieckiego na temat krzyża w sejmie czy Nergala – to ilustracja jakiegokolwiek błędu myślowego czy niedostatku. Ja to zdanie rozumiem, dostrzegam jego zasadność i tym samym szanuję – mimo że nie uznaję Nergala za wspaniałego artystę. Jednak trzeba pokusić się o suwerenne myślenie i przytomność własnego umysłu, aby odróżnić kreację sceniczną od bycia satanistą. Trzeba mieć wolę widzenia całej palety kolorów, nie tylko graficznego, płaskiego zestawu bieli i czerni. Przeciwnicy ks. Bonieckiego a znakomici wyznawcy kościoła, katolicyzmu – trudno przewidzieć, jak znieśliby np.: występy akcjonistów wiedieńskich. A może w naszym kraju, gdzie kościół zamiast dbać o duchowy rozwój wyznawców – przypomina więcej zaborcę od krzewiciela Chrystusowych nauk, powinno się zakazać także wykładania o akcjonistach wiedeńskich na zajęciach z historii sztuki? A co z innymi twórcami performance – Suką.off, Grupą Sędzia Główny? Czy powinniśmy podpisać się pod idiotycznym, zakutym twierdzeniem, że ci aktualni polscy twórcy – są prostytutkami, masochistami? Wszak pokazują w swoich filmach – wyrazistą, kontrowersyjną erotykę albo ranią swoje ciała, nakłuwają je igłami itp. Balansują oni w przedstawianych sztukach na pograniczu prywatnego wstydu, bólu bądź wyuzdania. Czy jest to wątek przypisany wyłącznie Nergalowi – czy dopiero na jego przykładzie ma być widać, że kreowanie, tworzenie opierają się na kontrowersyjności, turpizmie lub maskaradzie? Powtarzam: ja wymienionych tutaj twórców nie kocham i wolę inny rodzaj stylistyki i sztuki. Ale mam świadomość, że oni istnieją – a dzięki różnicom między nami, wzbogacam i usprawniam własny mechanizm myślenia i odczuwania. Podobnie do Nergala zresztą światowej sławy piosenkarka Sinead o'Connor – w swojej karierze miała także epizod podarcia Biblii, stojąc pośrodku sceny. Potem publicznie przyznała, że żałuje tego uczynku i po pewnym czasie nie czuła się z nim tożsama. Jednak nikt nie nazwał jej z tego powodu satanistką, a tak we wcześniejszej (tzn.: sprzed epizodu z darciem Biblii) drodze wokalnej, jak i późniejszej – imponowała fanom swoim talentem i niezwykle uduchowionym, boskim brzmieniem głosu. Może dlatego, że w Irlandii – gdyby urodziła się w Polsce, „katoliccy” rodacy być może pogrzebaliby ją żywcem, a kościół „na mocy prawa ludzkiego i wewnętrznych przepisów administracyjnych” – strąciłby ją do piekła. Czy bardzo się mylę?

Podobnie wypowiedź ks. Bonieckiego, określająca obecność krzyża w sejmowej sali obrad jako niefortunną – nie jest złośliwym godzeniem w elementarne składowe, podstawowej w naszym narodzie, wiary katolickiej. Dlatego winno być oczywiste, że nie sposób usprawiedliwić karania za publiczne wystąpienia, które nie szkalują żadnej z doktryn wiary, wkoło której toczy się – tak, wojna. Toczy się w Polsce wojna na słowa, na pojęcia, na rejestrowane przez mass media uczynki. I wojnę tę przegrywa kościół – nie tylko jako instytucja, bo nad taką przegraną osobiście bym nie płakała, lecz jako wiara. Relatywne czy liberalne wypowiedzi na temat krzyża w sejmie, w urzędzie czy w szkole – to miękka, przyjazna postawa, przyznająca sprawiedliwą rację bytu ateistom, agnostykom i innym pomimo faktu, że stanowią oni mniejszość. Natomiast epatowanie i straszenie wszem i wobec, a zwłaszcza w strefie profanum, intymnym symbolem religijnym, jakim jest krzyż, czyni z niego w odbiorze świadomego społeczeństwa – odrealniony krucyfiks przypominający stracha na wróble; wypacza bowiem znaczenie tego symbolu i upodabnia go do straszenia ludzikiem na kawałku drewna, podczas gdy pierwotnie kojarzony był z cierpieniem oraz odkupieniem człowieczeństwa z jego grzechu. Chrystus nie jest wszak wróżką Wendy z baśni o Piotrusiu Panu – lecz postacią historyczną i mistyczną zarazem. Wobec tego nie potrzebuje On sztucznej, powierzchownej promocji polegającej na modyfikowaniu Go do przedmiotu-krucyfiksu-ikonki. To moje subiektywne zdanie – jedna z możliwości interpretujących obecność krzyża w sejmie. Przy tej okazji chciałabym skłonić do zastanowienia, czy naprawdę każdy polityk negujący wniosek Palikota w wiadomej sprawie – nosi krzyżyk na swojej piersi jako wielce istotny dlań religijny symbol, tak istotny, że nie może się z nim rozstać na czas obrad, na czas wykonywania swojej pracy zawodowej, zdecydowanie przecież świeckiej? I czy każdy obywatel potępiający wniosek Palikota naprawdę jest wiernym, szczerym katolikiem, kultywującym swoją wiarę, z oddaniem biorącym coniedzielny udział w mszy? Czy oni wszyscy modlą się co wieczór, klęcząc, z oddaniem i zaangażowaniem zbliżonym do mojej świętej pamięci babci – która przez całe życie najgoręcej miłowała dwa aspekty: Boga i ojczyznę? Podglądając jej wieczorny, samotny pacierz – odczuwałam łzę wzruszenia pod powieką, podczas gdy pseudo katolickość i pseudo polskość zatruwają mi obecnie misterium tamtych wspomnień, a od księży Natanków, ojców Rydzyków i „dziennikarzy” Terlikowskich – czysta, nadzwyczajna idea Absolutu osnuwa mi się w brudnawą mgłę, zaś hasło „Polska” staje się dźwiękiem wstydu i synonimem mego wyalienowania, wewnętrznego iście Antygonowego poczucia dramatu, że w tym kraju właśnie przyszłam na świat.

Ponadto w tej brzydkiej krypto wojnie przeciw ks. Bonieckiemu, przeciw Palikotowi, przeciw wolności słowa – w gruncie rzeczy nie chodzi o ustanowienie wytycznych ani wiary, ani ustroju państwa. Chodzi o wskazanie winnych – o skreślenie ze ścieżki wolnej woli, która z założenia dostępna jest i równa dla wszystkich, tych, którzy wydają się albo zbyt odważni, albo zbyt widoczni, kolorowi (nie czarno-biali), a przez to – po prostu niewygodni. I kto w tej sytuacji oddala się od Chrystusowego Źródła – ks. Boniecki, czy sprawcy publicznego samosądu na ks. Bonieckim, bo tak właśnie można metaforycznie, acz zasadnie, opisać zjawisko ciskania w ks. Bonieckiego kamieniami.

Chrystus zapytał: kto jest bez winy? Polacy – ”katolicy” – nie powinni mieć kłopotu z automatycznym odpowiedzeniem na to pytanie – mówię przecież o znanej powszechnie scenie biblijnej. Ja odpowiem jak na przedstawicielkę współczesnej „kultury roju” – blogerkę, internautkę – przystało, a więc słowami zaczerpniętymi z obrazu komercyjnego: miało to miejsce w filmie pt.: Forrest Gump – „Czasami po prostu brakuje kamieni”.

Osobiście wierzę w Boga – i wierzę bardzo mocno i szczerze, mimo że nie jestem katoliczką. A fakt, że wierzę, nie oznacza, że uwielbiam epatować religijnymi symbolami wyrażającymi szczególne, specyficzne cierpienie. Nie oznacza to, że muszę iść w niedzielę do kościoła, aby oglądać defiladę mody i wdychać upiorny swąd naftaliny, jątrzący się z przepastnych futer i moherowych nakryć głów. To wszystko dla mnie jest paradą anachronizmów i oszustwem, zaś Absolut pozostaje w moich oczach odklejonym od tej pop-”kultury” zagadnieniem, prawdą i magiczną wartością. I nie sądzę, że z tego tytułu pójdę prosto do piekła – jednakowoż jak nie sądzę, że krucyfiks o wypaczonym pierwotnym sensie zawisły w sejmie uświęci pracę polityków w jego bliskim sąsiedztwie przebywających.

Nie sądzę, że głęboka i dziecięco uczciwa wiara w Boga, którą żywię uparcie i prawdziwie w sercu, w duszy i w umyśle – winna być jednoznaczna, wąskotorowa i całkowicie wyzuta ze sceptycyzmu. Innymi słowy – uczciwa wiara nie musi być pozbawiona zadawania pytań zarówno Bogu, jak i zadawania pytań samej sobie na temat właściwości Absolutu. A wręcz – może nie powinna być ich pozbawiona?

Wiara nie jest dla mnie czarnobiałym, karykaturalnym teatrem – nie ułatwia też ona niczego, ani nie zwalnia od zadawania pytań. Wiara nie sprawia, że świat staje się oczywisty i jasny. Wiara nie dzieli prawdy na zwalczające się dwa obozy – dwie czarnobiałe kategorie. Im głębiej wierzę, tym więcej mam pytań. Dlatego w mojej opinii – nader subiektywnej i osobistej – ks. Boniecki miał, ma i będzie miał otwarty, pełny głos. I do tego stanu rzeczy nie potrzebuję żadnej komiksowej naklejki. Po prostu jestem ciekawa, co ks. Boniecki powie jeszcze, co powie dalej – nie tylko na łamach Tygodnika Powszechnego. Dlatego, że ten ksiądz – rozumie zasadność i słuszność zadawania pytań. I rozumie inność, mniejszość, niszowość przekonań, które jednak winny móc pozostawać kulturalnie wysławiane na rozmaitych forach publicznych, jakich nikt spośród śmiertelników nie ma prawa samozwańczo zawężać, powołując się obłudnie na dobro wiernych lub, co gorsza, ogólne dobra społeczeństwa.

Przekazuję tu – podkreślam raz jeszcze – bardzo subiektywne i osobiste opinie. Ciekawe, czy za ich upublicznienie również czekają mnie dyby?

A może bolesny knebel? A może pręgierz? Łamanie kołem? Ukamieniowanie?

Po prostu nie mogę przestać się dziwić.

Rebeca Serri.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz