wtorek, 29 maja 2012

Rozważania nad dualizmem świata


Rozważania nad dualizmem świata

Wielu podejmowało już ten wątek: dlaczego naukowcy i artyści zdają się przynależeć do dwóch odrębnych światów? Dlaczego tak trudno jest urealnić punkt styczny między nauką a sztuką? Czemu naukowcy obrażają się, kiedy spróbować obalić ich tezy za pomocą języka emocji, intuicji czy wiary? I czemu artystom równie opornie przychodzi dopuszczenie do świadomości, że ich dzieła mogą być pojmowane jako w pełni racjonalne zbiory wariantów znaczeniowych, które w każdym dziele są wariantami powtórzonymi, a jedynie zestawionymi w nowy sposób?

Naukowiec szuka w świecie prawdy obiektywnej. To znaczy, że poszukuje optymalnych reguł, których rozpoznanie i zrozumienie umożliwi wszystkim ludziom zaakceptowanie zasad, wedle których funkcjonuje świat. Nauka pozostaje więc nakierowana na materię i badając ją doszczętnie, w każdym z możliwych aspektów, analizując je po kolei – ma na celu uargumentować, że świat jest klarownym, precyzyjnym i co najważniejsze – spójnym miejscem. Oczywiście w każdej dziedzinie nauki prędzej czy później pojawiają się szczeliny, uchyłki, których jeszcze wczoraj – tam nie było. W ten sposób naukowiec – ostatecznie dociera do ściany. Im więcej się dowiadujemy, tym więcej pozostaje nietknięte, niepoznane. Nauka dąży niemniej konsekwentnie i uparcie do jak najpełniejszego pojęcia natury świata, stąd nie widzi innych możliwości, niż posługiwanie się wzorem, mianem, definicją, a na końcu – logicznym dowodem. Wszystkie te działania służą ustanowieniu prawideł rzeczywistości. A kiedy w danej dziedzinie wiedzy wyłoni się niespodziewanie niezapełniona szczelina – naukowiec mimo wszystko spróbuje ją załatać lub ustanowić wyjątkiem potwierdzającym wcześniejszą regułę. Zadaniem owych reguł i prawideł jest dojście do prawdy niepodważalnej – swoiście absolutnej.

W tym sensie artysta wbrew pozorom niewiele się różni od naukowca. On także – usiłuje poznać świat i uczytelnić go dla wszystkich. Bada jednak świat jakoby od innego końca – stara się zajrzeć na drugą stronę lustra. Kieruje się emocjami, intuicją. Próbuje spoglądać na świat oczami duszy. Jednak mimo tych różnic między procesami docierania do prawdy – krańcowa idea, czyli pozyskanie odpowiedzi na elementarne, trudne pytania, w obu przypadkach jest ta sama. Dlaczego zatem naukowcy i artyści zdają się przynależeć do dwóch odrębnych światów?

Niezależnie od punktu widzenia, istnieje przecież tylko jedna rzeczywistość, wspólna dla nas wszystkich. Świat jest jeden – ten doczesny, w jakim bytujemy na co dzień – i ciężko się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Problem jednak zdaje się polegać na tym, że główną cechą świata jest dualizm. Dlatego niezależnie od prywatnych poglądów i obranych dróg zawodowych – każdy z nas codziennie styka się z dwoistością danego obszaru, której nie sposób ujednolicić, sprowadzić do jedności, mimo najśmielszych wysiłków.

Stale dzielimy świat na dwa poziomy: materialny i duchowy. I nawet jeśli w głębi samych siebie dobrze rozumiemy, że medal zawsze ma dwie strony – nie jesteśmy w stanie poznawać świata jako jedności. Musimy wychwytywać w nim skrajności – i próbujemy odszukać drogę środka poprzez ustalenie w pierwszej kolejności, gdzie leży awers, a gdzie rewers. Punkt A i punkt B – muszą sytuować się w pewnym oddaleniu od siebie. Nie mogą sytuować się w tym samym miejscu, bo gdzieś pomiędzy nimi – musi rozpościerać się odcinek albo przestrzeń. Innymi słowy – pomiędzy danymi podmiotami: musi istnieć droga, dystans; nie może być inaczej.

Z idei Mens sana in corpore sano (W zdrowym ciele – zdrowy duch) – płynnie wynika, że kondycja ducha zależy od kondycji materii, i odwrotnie. Jedno z drugim pozostaje ściśle sprzęgnięte, spójne i niepodzielne, a więc – jest jednością. Lecz nawet kiedy dobrze o tym wiemy lub kiedy przeczuwamy tę prawdę przez skórę, skłaniając się ku niej intuicyjnie – i tak dzielimy świat na dwie odrębne sfery. Materia i duch, soma i psyche, ciało i umysł, aż w końcu – nauka i sztuka. I nie wiadomo, czy te podziały wynikają z natury człowieczego umysłu i wyobraźni – czy to sam świat bawi się z człowiekiem w kotka i myszkę, objawiając nam jedynie swój powidok, a nie prawdziwe oblicze.

Wydaje się, że wzajemne, obopólne unikanie nauki przez sztukę i vice versa – nie skończy się dopóty, dopóki sam pojedynczy człowiek nie nauczy się traktować świata jako jedności, a nie rzeczywistości dualnej. Dopóki w powierzchownej sprzeczności nie dopatrzymy się dogłębnej spójni – świat nie ukaże nam swojego prawdziwego oblicza. Czy możemy jednak przestąpić ten próg? Czy jesteśmy w stanie zaprzestać nieustannego wyboru między dwojgiem drzwi? Czy potrafilibyśmy uznać, że drzwi prowadzące do wyższych wibracji, do pełniejszej świadomości i wiedzy – istnieją tylko jedne?

Albert Einstein powiedział tak: „Odkrycia w nauce nie dokonuje się wcale drogą logiczną. W logiczną formę obleka się ono dopiero potem, w trakcie referowania. Odkrycie, nawet najmniejsze, to zawsze olśnienie. Rezultat przychodzi z zewnątrz i tak niespodzianie, jakby ktoś ci je podpowiedział”.

Zatem kiedy jesteśmy naukowcami, nie zapominajmy, że logiczna konstrukcja naszych odkryć pozostaje poniekąd wtórna. Przychodzi do nas dopiero w procesie ubierania naszych odkryć w miana i we wzory. To tylko nasz umysł doprowadza nas do racjonalnego obrazu rzeczywistości. Racjonalny umysł ludzki działa jak rzutnik, dzięki któremu możemy obejrzeć ilustrację „prawdy”. Lecz prawda sama w sobie – bierze się zewsząd i znikąd zarazem; dokładnie nie sposób określić – skąd. Wszyscy śnimy, wszyscy przeczuwamy coś przez skórę i zawsze – to pewien „nielogiczny”, „odgórny”, czy „chaotyczny” pierwiastek popycha nas w kierunku „prawdy”. Nie wiemy, co steruje tym mechanizmem, podczas gdy właśnie na tym mechanizmie opiera się misterium świata, które tak starannie i logicznie staramy się rozszyfrować.

Marcel Proust powiedział z kolei, że „sztuka przynosi nam dowód, że istnieje coś innego niż nicość”. A Seneka Młodszy nauczył nas, że wszelka sztuka jest naśladowaniem natury (Omnis ars naturae imitatio est).

Kiedy jesteśmy artystami, nie zapominajmy więc, że sztuka jest także dowodem. Zupełnie jak dowód matematyczny, logiczny – dzieło sztuki dokumentuje określoną drogę rozumowania. W tym sensie – mimo indywidualnych pragnień bycia odkrywczym – artysta, identycznie do naukowca, również jest wtórny. Jeden i drugi – czy mu się to podoba, czy nie – korzysta z tego samego zbioru danych i inspiracji. Na podstawie indywidualnej percepcji świata – artysta stawia tezę, a potem – za pośrednictwem dzieła – usiłuje ją ściśle uargumentować. Takie działanie jest analogiczne do postępowania naukowca. Sztuka – to nie tylko natchnienie i „okno duszy”, ale też całkowicie logiczne mierzenie się ze sferą materii – zwykła, realna praca, oparta na prawach fizyki, na dotykaniu fragmentu realnej rzeczywistości w sposób dosłowny – swoją własną ręką; dochodzenie do prawdy drogą rzemiosła, a nie natchnienia. A przy tym racjonalnym, wielkim wysiłku – każde dzieło i tak pozostanie iluzją, imitacją natury, nie zaś prawdą. Tak jak odbicie lustrzane – jest iluzją osoby, która się w nim przegląda, nie zaś – osobą.

I tak w rozważaniach nad dualizmem świata, znów docieramy do myśli Einsteina, która zdaje się rozwiązywać niemalże odwieczny dylemat, dlaczego nauka i sztuka – nie chcą, bądź nie potrafią, się spotkać. Ta myśl mądrze niweluje niezmordowany dualizm świata, akcentując jego jedność, w którą tak ciężko jest nam uwierzyć, zaakceptować:

Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą. Jest to uczucie, które stoi u kolebki prawdziwej sztuki i prawdziwej nauki. Ten, kto go nie zna i nie potrafi się dziwić, nie potrafi doznawać zachwytu, jest martwy, niczym zdmuchnięta świeczka.”

Rebeca Serii.

czwartek, 24 maja 2012

Zła interpretacja agnostycyzmu


Zła interpretacja agnostycyzmu

Wielu pytanych o to, czy wierzy w Boga – odpowiada, że tak, z zaznaczeniem, iż są agnostykami. Ci, którym nie odpowiada kościół katolicki, a którzy żywią potrzebę ufania w Absolut i pojmowania go w indywidualny, prywatny, wręcz intymny sposób – często określają się agnostykami.

Takie osoby rozumieją agnostycyzm jako pogląd, który uniemożliwia opisanie Absolutu – w sensie: uniemożliwia nabycie wiedzy o Nim; zbliżenie się do Niego za pośrednictwem rzetelnych danych. Nie przeszkadza im to ufać w pierwiastek wyższy (w boga), mistyczną siłę sprawczą, która jest odpowiedzialna za powstanie życia; wszechświata. Takie osoby wyznają wiarę – owszem, lecz unoszą się poza obrębem nazwanych, usystematyzowanych religii, gdyż żadna z nich do końca nie pasuje do ich uczuć i przemyśleń odnośnie Absolutu. Takie osoby wierzą w bardzo indywidualny, a wręcz w osobniczy sposób, pojmując boga bardziej jako energię, jako wysoką – niepersonalną i nieosobową formę bytu czy świadomości.

Bycie agnostykiem – podobnie jak bycie ateistą – obrasta współcześnie w coraz większą popularność. To dobrze, ponieważ zwiększanie liczebności tych postaw – oznacza, że świadomość ludzi sięga coraz wyższych wibracji. Innymi słowy – coraz częściej nie wystarcza nam wyłącznie trywializm, podsuwanej przez ten lub inny system religijny, dogmy. Coraz częściej poszukujemy esencjonalnych prawd – i właśnie do nich, na coraz większą skalę, dążymy. Prywatnych poszukiwań i wątpliwości często nie jest w stanie nam nakarmić utarty rytuał. Za dużo w nim machinalności i niejednokrotnie – również miałkości, próżności, podczas gdy prawdziwe, głębokie poszukiwanie Absolutu wiąże się z odśrodkowymi wątpliwościami, ze sceptycyzmem. Coraz rzadziej wystarczają nam dogmaty i zupełnie nie zadowalają pytania retoryczne, które kościół katolicki zawiesza gdzieś w „świętej próżni”, waląc wiernych po łbach za „zbędne” zadawanie trudnych pytań i strasząc piekłem. Tymczasem wiara wcale nie musi być tożsama ze spolegliwym kiwaniem głową. Często jest bliska, a nawet równoważna – z medytacją; z wewnętrzną, poważną refleksją, z wątpliwością, i z zapytywaniem.  

Problem polega jednak na tym, że agnostycyzm bardzo często jest źle, to znaczy – nierzetelnie – interpretowany. Podobnie zresztą, jak i ateizm. Oczywiście, że agnostycy bywają różni – tak samo, jak katolicy. Nie zmienia to faktu, że definicja agnostycyzmu jest jednoznaczna – z czego wielu w ogóle nie zdaje sobie sprawy.

Agnostycyzm z definicji słowotwórczej – oznacza przeciwieństwo wiedzy. Taka jest etymologia słowa. „A” – bez. „Gnostycyzm” – wiedza. Agnostyk uznaje zatem, że nie można stwierdzić, czy bóg istnieje, czy też nie. Wikipedia przedstawia tu – moim zdaniem – bezspornie błędną interpretację tej postawy, podając, iż agnostykiem może być zarówno ateista, jak teista. Otóż – wcale nie: nie może. Prawda jest taka, że jeżeli wierzymy w jakiegokolwiek boga, to nie możemy być agnostykami. „Agnostyk”, który mówi: „Wierzę w Boga, ale uznaję, że zasadne poznanie i opisanie Go nie jest wykonalne, ponieważ człowiecze zdolności poznania – tak rozumowe, jak empiryczne – są ułomne, ograniczone, a nie – pełne i doskonałe” – w rzeczywistości nie jest agnostykiem. Agnostyk mówi: „Nie wiem, czy Bóg jest, czy Go nie ma, ponieważ człowiecze zdolności poznania (rozumowe i empiryczne) są ułomne, ograniczone, a nie pełne i doskonałe. Dlatego nie mogę powiedzieć, że wierzę – podobnie jak nie mogę powiedzieć, że nie wierzę. Nie potrafię tego rozstrzygnąć; uznaję, że nie jest to do rozstrzygnięcia”. Agnostyk na pytanie, czy istnieje bóg, odpowiada więc: „Nie wiem”. Na pytanie, czy wierzy w boga – odpowiada: „Nie wiem”. Nie odpowiada natomiast: „Wierzę, ale nie potrafię o Nim niczego zasadnego, precyzyjnego powiedzieć”.

Agnostyk uznaje Absolut za dziedzinę niemożliwą do poznania – w całości niemożliwą i niewiadomą. Dlatego w żadnym sensie nie może być teistą. Wynika to z czystej definicji miana „agnostycyzm”. Agnostyk nie mówi, że wierzy w Boga, choć nie może stwierdzić kim, czym On jest. Po prostu – nie wie, CZY jest, i wybiera nie drążyć, nie dociekać odpowiedzi na to pytanie, ponieważ uważa, że możliwości poznawcze człowieka z natury są zbyt małe, ułomne, niedoskonałe, ograniczone – by człowiek był w stanie wyczerpać wszystkie warianty odpowiedzi na to elementarne pytanie do końca. Dlatego agnostyk wybiera nie wnikać w owe warianty, decydując, że i tak nie byłby w stanie obrać wariantu optymalnego. Agnostyk więc – nie może być teistą, nie może wierzyć w boga. Pierwszym przejawem agnostycyzmu była sentencja przypisywana Sokratesowi – Scio me nihil scire (z łac.: Wiem, że nic nie wiem). Zaś wiara w coś – byłaby oczywistym zaprzeczeniem „niczego”, czy „wszystkiego”, zakrawającym tu na niepoprawny i groteskowy oksymoron.

Podobnie, jak równie często błędnie rozumuje się postawę ateistów, uznając ich za osoby, które domagają się naukowego dowodu na istnienie boga. Jest to straszliwie błędna, bezsensowna, nieprzemyślana interpretacja. Taka interpretacja ogromnie krzywdzi ateistów, a interpretatorów – stawia w pozycji głupców. Ateista traktuje Boga jako hipotezę, która jest mu całkowicie zbędna – nie zaś jako byt, w który nie może uwierzyć, ponieważ nie ma nań wystarczających dowodów. Wtłaczanie ateistów w rejestry wyznawania nauki jako jedynej słusznej drogi poznania – jest niezmiernie krzywdzące i – głupie, świadczące o nieznajomości kluczowych mian, słów, wyrazów.

Ateizm jest postawą, która odrzuca możliwość istnienia boga, uznając takowe istnienie za zbyteczne do człowieczej egzystencji. Natomiast – co warto raz jeszcze podkreślić – ateizm z racji swej natury nie może oczekiwać potwierdzenia czy zaprzeczenia istnienia boga, ponieważ dobrze wie, że miano „bóg” nie jest elementem świata materii. Bo właśnie światem materii zajmuje się nauka. Ateista świetnie rozumie, że mianem „boga” – wierzący określają byt niematerialny, mistyczny, który nie ma podlegać pod naukową, faktograficzną interpretację i badanie. Stąd bóg dla ateistów jest teorią niewartą uwagi – bowiem ta porcja mistycyzmu: nie jest im do niczego potrzebna.

Zanim więc wybierzemy dla siebie odpowiedni zestaw „prawd” , wierzeń i poglądów – warto sięgnąć do porządnego słownika wyrazów obcych, a nie jedynie do wujka Google i cioci Wikipedii. A jeśli już koniecznie ograniczać swoje – i tak ułomne z natury – poznanie do internetu, dobrze zacząć od ciekawych artykułów filozofów, biblistów i teologów. Uwagi w takowych zawarte – mogą odbiegać od naszego chciejstwa i prywatnych wyobrażeń na temat słów, które podobało nam się uznawać za bliskie – tylko dlatego, że rozumieliśmy je na swój sposób, użytek, nie bacząc na rzetelne, pierwotne definicje.

Rebeca Serri.

Dzień Matki - już za chwilę


Dzień Matki – już za chwilę

Już za chwilę – 26 maja, a wraz z nim – jedno z najcieplejszych, najmilej się kojarzących świąt. Mowa oczywiście o Dniu Matki.

Większość ludzi podchodzi do tego święta niezwykle pozytywnie. Samo hasło „Dzień Matki” wywołuje w umysłach radość i sprawia, że uśmiechamy się z sympatią do swoich myśli. Dlatego, że matka – to szczególna istota dla każdego człowieka. Niezależnie od tego, czy jesteśmy synami, czy córkami, mama jest w sposób naturalny – szczególną osobą dla większości z nas. Dlatego o święcie mamy – przypominamy sobie odpowiednio wcześniej, starając się obmyślić wspaniałą niespodziankę dla niej, zaskoczyć ją ciekawym podarunkiem albo zapewnić o swej miłości, jeśli w skali roku zabrakło na to czasu bądź stosownej chwili. Czasami chcemy wyznać swoim mamom wdzięczność za trud i serce, włożone w nasze wychowanie. A czasami chcemy okazać mamie zwyczajny, szczery szacunek – jako dla rodzicielki.  

Mamy są rozmaite, ale ich święto – w całym kraju pozostaje jednakowo popularne, pamiętane i respektowane. Choć w dorosłym życiu, kiedy nie jesteśmy już małymi dziećmi, nasze kontakty z mamami nie zawsze są prostolinijne i w całości przyjemne. Różnimy się w podejściu do życia i często mierzymy się w nieuchronnej sztafecie pokoleń. Na co dzień nie zawsze wiemy, jak żyć z mamami w zgodzie, w obopólnym zrozumieniu. Kiedy byliśmy dziećmi, relacje z rodzicami były o wiele prostsze, wręcz oczywiste. Na Dzień Matki wystarczyło poświęcić trochę czasu, by własnoręcznie wykonać kolorową laurkę. Takie laurki są dla mam prawdziwymi skarbami przechowywanymi przez lata w specjalnym sejfie, w Pudełeczku Pamięci – cenionymi tym bardziej, im mniej zdolności plastycznych przejawiało dziecko. W pięknie laurki nie chodzi bowiem o stronę plastyczną, lecz o pamięć i poświęcenie. Pytanie, czy w wyrażaniu miłości – zawsze powinien uaktywniać się pierwiastek poświęcenia? Tak czy inaczej – urok samego poczynienia manualnego dzieła w postaci laurki zwykł skutecznie rozwiązywać kwestię życzeń dla mamy, kiedy było się dzieckiem. Ale będąc dojrzałym, samodzielnym, odrębnym człowiekiem – już nie jest równie łatwo. W dzieciństwie – przytulaliśmy się do mamy codziennie. W życiu dorosłym – nie kultywujemy już tego zwyczaju. Nasze drogi – nas, dzieci, i mam – prozaicznie się rozdzielają. Często mieszkamy w znacznym oddaleniu od siebie i przytulać się na co dzień, nawet kiedy mielibyśmy na to autentyczną ochotę – nie sposób.  

Warto więc wykorzystać ten dzień w formie wspólnego czasu – z mamą. Warto przypomnieć sobie, co czuliśmy jako dzieci, kiedy rysowaliśmy dla mamy pieczołowitą laurkę. Czuliśmy, że czynimy wtedy coś dobrego, ponieważ dedykowaliśmy swej mamie prywatny czas i realną pracę. To właśnie ten czas i praca – stanowiły największą wartość dla naszych mam. Dobrze nie zapomnieć o tej wartości w dorosłym już życiu, kiedy nareszcie stać nas na „prawdziwe” prezenty dla mamy z okazji jej święta. Prawdziwy prezent, to niekoniecznie prawdziwie wydane pieniądze.

Najlepszym prezentem dla każdej mamy – jesteśmy my sami. Jeżeli czujemy się szczęśliwi i spełnieni, ponieważ coś w życiu nam się powiodło, udało – to opowiedzmy o tym mamie; podzielmy się prawdą o sobie. Ucieszy się, jak z niczego innego na świecie. Zwłaszcza gdy nie widujemy się zbyt często. Opowieść o naszym codziennym życiu, drobnych sukcesach i radościach – będzie dla mamy najwartościowszym podarunkiem.

Kiedy zaś mama najszczęśliwsza czuje się w „domowym stroju”, pieląc chwasty w ukochanym przydomowym ogródku – nie uszczęśliwiajmy jej na siłę, fundując pobyt w ekskluzywnym salonie spa. Raczej siądźmy z mamą w tymże ogrodzie, na trawie – napijmy się kawy albo lampki dobrego wina, i pogadajmy.

Ponoć święto matki swoją historią sięga aż starożytności. W Grecji i Rzymie tamtego okresu czczono boginie-matki, uznając je za zacne symbole płodności i witalności, a więc – życia. W średniowieczu zwyczaj ten podupadł, lecz w świecie patriarchatu – stopniowo powrócił jednak do ogromnej łaski. Co paradoksalne – współcześnie wciąż uznajemy, iż żyjemy w świecie patriarchatu i szeroko pojęty, rozkwitający feminizm coraz ekspansywniej walczy o prawa kobiet. Ale – Dzień Matki i tak jest pamiętany, wielbiony i powszechny. W przeciwieństwie, niestety, do Dnia Ojca, który nie jest już równie ochoczo celebrowany. A szkoda – skoro dążymy podobno do równości dwojga płci we wszystkich aspektach życia.

Rebeca Serri.

wtorek, 22 maja 2012

Komunia: rzecz o zjadaniu ciała i piciu krwi


Pierwsza komunia święta
Rzecz o zjadaniu ciała i piciu krwi

Dziewięcioletnie dzieci przebrane w białe, uroczyste szaty zwane albami, idą pokornie  do katolickiej świątyni, by po raz pierwszy w życiu – poczuć w ustach smak Boga.

Podczas mszy kapłan rozdaje nic nie rozumiejącym dzieciom – ciało i krew Chrystusa, Mesjasza, Syna Bożego. Dzieci nie wiedzą, co to znaczy. Nie widzą związku między zwykłym wafelkiem (opłatkiem) – a ciałem. Nie rozumieją, że hostia (z łacińskiego) dosłownie oznacza ofiarę. Na koniec ceremonii religijnej, każde z dzieci otrzymuje dodatkowo od pracowników instytucji kościelnej (od proboszcza oraz kapłanów i sióstr go wspierających) po niewielkim, poświęconym bochenku chleba, który również zostaje opisany jako ciało Chrystusa.

Chrześcijaństwo ma w sobie znaczące elementy pogaństwa, ponieważ punktem kulminacyjnym rytuału mszy katolickiej jest przyjęcie komunii świętej – to znaczy: spożycie ciała i krwi Chrystusa.   Kto, w jakiej religii, zjada ciało swojego boga – i po co? Czyż u podstaw chrześcijańskiego rytuału nie stoi pradawna, atawistyczna chęć zbliżenia się do Boga w sposób dosłowny?  Czy przyjmując do jamy ustnej symboliczne szczątki Absolutu – nie chcemy aby zaczerpnąć dla siebie, do środka własnego organizmu, choć części Jego siły witalnej i możliwości?  Lecz w jaki sposób mielibyśmy wchłonąć w siebie fizyczne ciało i krew Boga – poprzez układ pokarmowy? Czy to realne? I czy to jest tradycja chrześcijańska?

Oczywiście, że to nierealne – i nie jest to tradycja chrześcijańska, ale prymitywna, pogańska. Kościół katolicki jest zwyczajną, typowo ziemską instytucją, która ustanawia prawo ludzkie (nie –    boskie), opierające się na dekretach kościelnych zwanych dogmatami. Owe dogmaty ustalają mechanizmy rytuału religijnego tak, aby wierni nie byli suwerenni i śmiali w swojej wierze,  a omamieni i podwładni. Kto bowiem sprzeciwi się ustanowionym przez kościół dogmatom – „zostanie uznany za winnego i przeklęty na zawsze” (mówią o tym choćby kanony Soboru Trydenckiego). To dlatego księża straszą ludzi domniemanym-okrutnym bogiem i nakazują spożywanie fizycznego ciała i krwi Chrystusa – podczas gdy w istocie nie ma to nic wspólnego z prawidłami biblijnymi. Idea zjadania bóstwa – jest obecna w wielu kultach pogańskich. Była ona popularna między innymi wśród ludów Meksyku czy Ameryki Środkowej na długo przed tym, zanim w tych regionach – usłyszano o Chrystusie.

Mało kto spośród praktykujących katolików zadaje sobie  pytania dotyczące naprawdę spornej kwestii spożywania fizycznego, materialnego ciała Boga. Kościół katolicki jest twardym systemem politycznym, który funkcjonuje dzięki dogmatom i sprytnemu manipulowaniu nimi. Dogmaty zostały ukute przez kościół właśnie po to, żeby kapłani mogli efektywnie sterować bezkształtną masą społecznej, prostolinijnej i ufnej gawiedzi. Właśnie dlatego w czasie mszy – ksiądz głosząc kazanie, naogół straszy ludzi skomplikowanym, surowym bogiem i piekłem, wypaczając przy tym pierwotny sens  Biblii. Sztuczna, szkodliwa, cwana bogobojność, którą wśród wiernych usilnie szczepią księża – wyklucza naturalny sceptycyzm ludzi i spycha pragnienie zadawania pytań na ostatni z możliwych planów, aż w końcu zupełnie zapominamy,  że kiedykolwiek mieliśmy jakiekolwiek pytania, jakiekolwiek wątpliwości. Wszelka dogma wżera się do naszych umysłów – całkiem jak kwas, którego zadaniem jest wytrawić wzór w blasze tak, aby powstała w nim określona matryca. Stopniowo zapominamy o archetypowych  czy instynktownych odruchach własnej wyobraźni, aż wreszcie – wcale nie chcemy już pytać. Po co mielibyśmy pytać, doszukiwać się sensu i podwalin, wpojonego nam, rytuału? Nie widzimy celu w zadawaniu pytań. Z czasem – coraz częściej klękamy, kiedy należy klęknąć, bijemy się w pierś lub przekazujemy dookoła znak pokoju, a wszystko to czynimy w sposób jak najbardziej machinalny, formalny, wyzuty z emocji i intelektualnego przekonania. 

Owszem, nie wszyscy potrzebują żywić intelektualne przekonanie. Wiara jest dla części z nas magiczna właśnie z przyczyny mechanizmu samego rytuału. Kościół jako budynek – jak również wspólne modlitwy czy pieśni wiernych – tworzą atmosferę i jakość, która wystarcza za całe rozumienie. Głosy wiernych złączone w jeden głos, niesiony przez chłodne, wysokie, wytworne ściany kościelnego budynku – stają się rytmiczną mantrą czy szamańskim czarem. Nie ma w tym niczego złego – wręcz przeciwnie: jest obecne swoiste piękno.

Ale małe dzieci – ośmio lub dziewięcioletnie, bo właśnie w tak wczesnym wieku człowiek przyjmuje pierwszą komunię świętą – nie rozumieją ani znaczenia chrześcijaństwa, ani symboliki rytuału kościelnego, ani nawet owej machinalnej, czarodziejskiej „mantry”. Powszechnie kościół katolicki wmawia wiernym, że dziecko w tym wieku poniekąd już rozumie, jest niejako świadome znaczenia Eucharystii, ale jest to zwykłe kłamstwo, podłe oszustwo. Osiem czy dziewięć lat – to  po prostu pierwszy, nader dogodny moment na to, żeby „schwytać” zaczynający swoje kształtowanie umysł – a potem odpowiednio go wytresować i przejąć kontrolę nad nim. Gdyby dzieci miały przyjmować pierwszą komunię świętą na przykład około piętnastego roku życia – większość z nich zrezygnowałaby z tego sakramentu, nie widząc w nim sensu. Do tego czasu (ukończenia np.: piętnastu lat) – dzieci zdążyłyby bowiem uformować i rozbudować indywidualną świadomość. W ich głowach rozwinąłby się sceptycyzm i myślenie logiczne, a do tego kościół nie może przecież dopuścić. Trzeba dzieciom „wyprać mózgi” najwcześniej, jak się da – a zarazem  w na tyle już „dojrzałym” wieku, aby dziecko zapamiętało ten specjalny moment, aby zakodowało sobie, iż przyjmowanie na język hostii (zjadanie ciała Boga) jest koniecznością i nakazem, od którego nie może być odwrotu. Osiem czy dziewięć lat – jest wiekiem wprost idealnym do zastosowania tej haniebnej, bezczelnej manipulacji.

Jednocześnie dzieci w czasie mszy – pierwszego poważnego rytuału religijnego w swoim życiu – myślami i sercami są daleko poza kościołem. Ich wyobraźnia krąży wokół przepastnego tortu  i pięknych prezentów, które tuż po kościelnej uroczystości – otrzymają od rodziców, od chrzestnych, od wujków i dziadków. Dzieci de facto mają mszę i hostię głęboko w nosie –  a zarazem boją się, że jeśli nie skupią się na tym, czego wyuczono ich na pamięć, będą winne, złe i potępione. Księża i zakonnice zdążyli zaprogramować dzieciom koszmarną wizję piekła oraz wmówili im, że one – dzieci – popełniają grzechy. Dzieci zostają zmuszone do spowiedzi, w czasie której wyznają z fatalnym poczuciem winy i wstydu – swoje okropne uczynki. Z idei grzechu tak małe dziecko pojmuje tylko tyle, że każdy człowiek – stale robi coś złego, a to zasługuje na surową karę. 

Prawda jest taka, że dzieci w  wieku „komunijnym” – nie poczuwają się do żadnego grzechu.  Klękając więc w konfesjonale po raz pierwszy – wyznają winy nieautentyczne, zmyślone.  A czynią tak wyłącznie po to, aby zadowolić, łasych na kontrolowanie nowo pozyskanych owieczek, księży. Fakty są zatem takie, że dzieci oszukują same siebie – i kapłana, któremu się spowiadają. A oszukują, ponieważ zostały do tego skłonione – pod groźbą gniewu złego boga. Tak oto dzieci postanawiają nieszczerze przyznać się do fałszywych, podstawionych na potrzebę sytuacyjną, „faktów”. I przyznają się potulnie, strachliwie spuszczając oczy, zmyślając, że były niegrzeczne, kiedy w istocie wcale nie były; że były złe, że kłamały albo okazały niewdzięczność wobec swoich rodziców. 

Cała (pierwsza) komunia święta – ze świętością nic wspólnego nie ma. Jest to obmierzła, sztuczna impreza napomopowana nieprzystającym do kontekstu tupetem i pseudo patosem ponad miarę. Fatalny przerost formy nad treścią, nie wspominając już o tym, że w całej uroczystości – dzieci: jest najmniej.

Najwięcej jest księży i „darów” dla księży. Dzieci wygłaszają długie, wyuczone na pamięć  i ułożone przez samych księży i siostry zakonne – peany i mowy dziękczynne, będące prawdziwymi majstersztykami oratorskimi obwieszczającymi wielkie poddanie, ukorzenie i pokłonienie wobec urzędników kościelnych. Księża udają zaskoczonych, przyjmując opasłe kiście kwiatów – i materialne prezenty. Księża otrzymują od plebsu „co łaska” – ale ta łaska jest  z góry objęta określonymi widełkami finansowymi. Poza tym generalnie i tak za wszystko płaci w sumie bóg  (nie człowiek ze swego wycharowanego portfela) – bo w podzięce ksiądz odpowie: „Bóg zapłać”.

Prawda jest taka, że lista prezentów dla pracowników kościoła z proboszczem na czele – została szczegółowo ustalona z rodzicami dzieci daleko przed ceremonią. W różnych parafiach – różni księża wystosowują różne listy życzeń do rodziców dzieci. Jeśli w danej parafii pracuje na przykład szesnastu księży – wszyscy oni mogą zażądać od rodziców zakupienia np.: odświętnych szat (ornatów bądź wykwintnych komży). A potem, na samej uroczystości komunijnej – księży pojawi się dwóch, może trzech... Szaty, prezenty, pokłony, laury i wiwaty – dostaną jednak wszyscy. A rodzice opłacą ich zachcianki słono i – ochoczo, ponieważ zobowiązuje ich do tego „święta” tradycja i „zacne” wychowanie, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Nieomal wszyscy – przeszliśmy wszak przez to samo. Większość z nas przyjęła pierwszą komunię świętą w wieku dziewięciu lat – i przeżyliśmy; i krzywda nam się żadna nie stała, prawda? Nasze dzieci zatem – też przeżyją. Nie ma powodów, by wykluczyć swoje dziecko z tego szerokiego, zgodnego, jakże spolegliwego prądu, nurtu – by właśnie nasze dzieci nie miały zostać  w analogiczny sposób poświęcone. Tak: poświęcone.

Cóż, w wielu religiach dość esencjonalna jest idea ofiary – poświęcenie czegoś w imię czegoś.  W jednych kultach pito krew byka, w innych zarzynano baranka – a w katolicyzmie mamy ofiary dwie:

jedną z nich jest ciało bóstwa, które należy pogryźć, przełknąć i strawić. Drugą ofiarą są dzieci – które zostają złożone przed ołtarzem w świętych pokłonach nie przed Bogiem, a przed urzędnikiem kościelnym.

Rebeca Serri.

poniedziałek, 14 maja 2012

Rozmowa naukowca z artystą


Rozmowa naukowca z artystą

Dawno, dawno temu, razu pewnego – naukowiec i artysta porozmawiali ze sobą na tematy mistyczne




Naukowiec: Piekło nie istnieje. Pojedynczy, doczesny żywot ludzki jest za krótki w sensie interwału czasowego, by jakikolwiek człowiek zdążył popełnić grzech śmiertelny, skazujący go na piekło. Dlatego piekło jest nielogiczne. Dlatego – nie ma żadnego piekła.



Artysta: Nie rozumiem. Możesz przedstawić swoją tezę nieco przystępniej?



Naukowiec: Czego nie rozumiesz? Który fragment ci wyjaśnić?



Artysta: Fragment? Nie rozumiem. Po prostu wyjaśnij.



Naukowiec: Gdyby człowiek w ramach swojego doczesnego życia mógł popełnić grzech na tyle ciężki, że skazujący na wieczne potępienie – taki obrót sprawy przeczyłby, nieograniczonemu z definicji, miłosierdziu bożemu. Mówię tyle, że takie rozumowanie, podejście do sprawy – jest nielogiczne.



Artysta: Nielogiczne?



Naukowiec: Tak. Nie mieszczące się w żadnym z ustanowionych pięciu definicji rozumowania logicznego.



Artysta: Pięciu definicji?



Naukowiec: Tak. Istnieje pięć typów logiki: matematyczna, modalna...



Artysta: Chodzi ci o to, że piekło nie zawiera się w ani jednym z rodzajów myślenia logicznego?



Naukowiec: Właśnie. O tym mówię.



Artysta: Ale przecież życie, ani śmierć – nie muszą być w całości logiczne. Może nawet nie są logiczne w żadnym ze swoich niuansów, odcieni? Może rozważania na ich temat na zawsze pozostaną – absurdalne? Niedorzeczne? Niejasne? Nieprecyzyjne? Czy to dowodzi, że piekła nie ma? Czy nielogiczność lub nawet powierzchniowa niezasadność zjawiska – ma być jednoznaczna z bezdyskusyjnym przyjęciem, że to zjawisko nie istnieje? Jak możesz być tego w stu procentach pewnym? Skąd czerpiesz swoją wiedzę? I skąd czerpiesz motywację, inspirację do tego, by prywatną, subiektywną interpretację brać za pewnik, za wiedzę? Uznajesz się za nieomylnego?



Naukowiec: Nie zrozumiałem ani słowa z tego, co powiedziałeś.



Artysta: Nie zrozumiałeś? Dlaczego? Czyżbym odezwał się w obcym języku?



Naukowiec: Tak: w obcym języku. Twoja wypowiedź nie pasuje do żadnego z typów rozumowania logicznego. Z tej przyczyny nie mogę ani trochę pojąć sensu twoich słów. Do mojego ucha docierają słowa, dźwięki – ale nie słyszę ich znaczenia. Nie umiem ich złożyć w logiczny ciąg znaczeniowy. Dlatego, że posługujesz się innym językiem. Obcym. Dziwacznym. Nieprzystępnym.



Artysta: Masz na myśli, że posługuję się innym językiem – od twojego, prawda?



Naukowiec: Nie. Nie – od mojego. Po prostu innym. Innym od wszystkiego, co znam. Innym od wszystkiego, co jest obecne na świecie. A więc operujesz językiem nie z tego świata. Nielogicznym. Bredzącym. Pogmatwanym. Nieczytelnym. Nieakceptowalnym. Chwiejnym. Egocentrycznym. Brudnym...



Artysta: Brudnym?



Naukowiec: Moją intencją nie jest ciebie obrazić. Mówię tylko tyle, że operujesz językiem brudnym – w takim sensie, że twój przekaz jest czymś zanieczyszczony, zawoalowany. Chciałbym dotrzeć z tobą do konsensusu, ale obcość, inny język, którym do mnie przemawiasz, sprawia, że nie mogę rzeczywiście usłyszeć wartości, waloru twoich wypowiedzi. Walor twoich wypowiedzi – dla mnie: jest przesłonięty; gdzieś zatracony. Nielogiczny, niejasny i – czymś zabrudzony. Nie wiem, czym. Ty najwyraźniej coś próbujesz mi przekazać, dać do zrozumienia. Ale twój sens – nie dociera do mnie nawet na jotę.



Artysta: Nawet na jotę? Dziwię się tobie. Twoje słowa dotykają mnie w niemiły sposób. Niczego nie mogę na to poradzić. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Dziwię się tobie – i bez ustanku oglądam świat oczami głodnego dziecka. Choć jednocześnie dopowiem, że jeśli kiedyś przestanę się dziwić, to znaczy, że wtedy mnie już nie będzie.



Naukowiec: Znów twój przekaz pochłonęła szara mgła. Co ty usiłujesz mi powiedzieć? Dlaczego nie ujmiesz swoich przemyśleń wprost? Nie potrafisz odszukać mian-kluczy? Nie umiesz ubrać myśli w graficzny strój? Nie wiesz, co to precyzja i minimalizm?



Artysta: Wiem, co to minimalizm. Prostota jest wielką cnotą – tak w życiu codziennym, jak i w sztuce. Ale nie wydaje mi się, by miana, którymi twój język, język nauki opisuje świat – niosły ze sobą znamiona prostoty, czystości. Mam wrażenie, że język nauki – że właśnie twój język nakłada zimny woal na jądro świata, że brudzi i przysłania prawdę, skoro już rozmawiamy otwarcie i szczerze. Ja – wierzę w Boga. I wyobrażam sobie piekło. Lecz moje emocje i wyobrażenia – nie są spójne. Stale pytam i mam wątpliwości. Ty – moje wahania nazywasz brudem, sam siebie uznając za niebywale kluczowego. Myślisz, że stworzone przez ciebie miana – są czyste, kluczowe, niezastąpione? Nigdy nie żywisz wątpliwości? Sądzisz, że jesteś nieomylny?



Naukowiec: W mojej prywatnej wierze, to znaczy – w oddaniu się nauce – wiem, że jestem nieomylny. Tu nie ma miejsca na pomyłkę. Idę świeżo odkrytym tropem i zawsze dojdę do końca – choćby na końcu miała wyrosnąć ściana. Ty zaś twierdzisz, że jesteś omylny w tym, w co wierzysz? Nie mogę tego pojąć.



Artysta: Jestem omylny w tym, w co wierzę. Jestem jak łabędź. Mam szyję wygiętą w znak zapytania. Stale się pytam, i wciąż rodzą się we mnie pytania zgoła nowe.



Naukowiec: Znów nie rozumiem ani słowa. Jesteś odklejony od rzeczywistości. Jak możesz wierzyć i żywić wątpliwości zarazem? To nie do pomyślenia...



Artysta: Wiem, wiem – to nielogiczne, tak?



Naukowiec: To nielogiczne, nadto kolorowe. Nie jestem w stanie wytłumaczyć ci rzeczy dla mnie oczywistych. Nie jestem w stanie zamknąć cię w określonych ramach. Jesteś jak niebo na obrazach angielskich romantyków. Dynamiczne, suwerenne niebo, które wyrwało się spod pędzla, które zawładnęło trzema czwartymi płótna, mianując się samozwańczo na pierwszoplanowego bohatera. Nie mam zamiaru z tobą walczyć. Jesteś kolorem, aurą, temperaturą. Jesteś światłem, powietrzem, wodą, czy ogniem. Jesteś żywiołem, jesteś energią pozbawioną nazwy. Jesteś nierealnym zjawiskiem, chichotem losu albo powidokiem. Jesteś kimś, czymś nieznacznym – i bolisz jak mały kamyk w bucie. Zbyt mały, żeby go wysypać. Takie kamyki zwykło się ignorować. Pewnie niemądrze, bo potem zostają duże bąble. Taki mały, niepozorny kamyk – szkoda czasu, żeby się zatrzymać i wysypać. A potem – takie duże bąble. Zupełnie nielogiczne bąble – przecież kamyk taki mały, nieznaczny. Nie widzę sensu w kontynuacji naszego dialogu. Przeszkadzasz mi w myśleniu – wadzisz i kolisz. Jesteś jedną z niewyjaśnionych zagadek natury – przeszkadzasz w pieczołowitych próbach zbadania natury. Z wierzchu – zdajesz się może i poważny. Ale kiedy przypatrzeć się głębiej: widać, żeś zwyczajnie pogubiony, a przez to – nieprawdziwy. Szkoda mi czasu na takich, jak ty. Rozejdźmy się spokojnie. Podejdź do tego swobodnie, miękko i bez urazy. Nasze ścieżki nigdy nie powinny się zetknąć. Nie ma między nami punktów stycznych. Jesteśmy jak dwie równoległe linie. Nigdy się nie dotkniemy. Nigdy nie przemówimy wspólnym językiem. Dlatego, że ty jesteś niczym niepokorne, nieprzejednane, nieprzewidywalne niebo. A twoje niejasne słowa – są jak ptaki, które wyrwały się z piersi, z gardła i poszybowały, gdzie bądź. Twoje słowa są jak ptaki. Dzikie ptactwo, które w oczach ludzi ma pozostać wolnym, lecz w istocie jest niczym innym, jak zwykły stwór, luźno machający skrzydłami, bez świadomości własnego lotu, bez pojęcia o wolności. Myślisz, że frunąc tak w zapamiętaniu, jesteś więcej uprzywilejowany, ale to nieprawda. Jesteś niechlujnym stworzeniem. Bez samodyscypliny, bez ogłady, bez równego rytmu. Nie wiem, jak najczytelniej wyjaśnić ci twoją naturę. Gdybym był na przykład malarzem – ale nie jestem, nie potrafię. Gdybym był malarzem, przez wiele godzin rozcierałbym farby na palecie. Mieszałbym podstawowe barwy, szukając wyrafinowanej, atypowej skali. Zobrazowałbym twoją nielogiczność i absurd kilkoma śmiałymi pociągnięciami pędzla, szpachli, czy opuszków palców. Nie dbałbym wówczas o formę. Rozpostarłbym na płótnie iluzję światła i cienia tak sugestywnie, aby przemówiła ci do rozsądku. Ale nie potrafię tego. Dlatego nigdy się nie spotkamy.



Artysta: Jeżeli świat, życie jest logiczne, to ty jesteś kardynalnym wyjątkiem potwierdzającym tę regułę.



Rebeca Serri.

wtorek, 8 maja 2012

Czym jest pomaganie?


Refleksje po majówce

Czym jest pomaganie?



Większość ludzi dąży w życiu do szczęścia. Ale – czym ono jest? Jak je zdefiniować? Och, można na mnóstwo sposobów. Pytanie, którą z definicji każdy z nas – uzna za najpełniejszą, za najściślej kompatybilną z prywatnym „ja”.



Najkrótsza, najbardziej syntetyczna z definicji – brzmi: „Szczęście – to brak potrzeb”. Jeśli wyobrazimy sobie taki stan, punkt życia, w jakim wszelkie pragnienia, marzenia, nadzieje i potrzeby – zostaną całkowicie zaspokojone, to takie wyobrażenie jest emanacją pojęcia „szczęście”. Problem polega na tym, że najprawdopodobniej nie jest wykonalne – do takowego stanu dotrzeć, i zatrzymać się w nim. Zatrzymać się w nim, to znaczy – okrzepnąć weń, pozostać, a w efekcie – zachować poczucie całkowitego spełnienia.



Okazuje się więc, że można na wiele sposobów szczęście zilustrować. Ale dostąpić szczęścia w sensie jednoznacznym i niepodważalnym – już nie sposób. I tu z pomocą wychodzą nam naprzeciw egzystencjaliści, którzy powiedzą, że szczęście – jest dążeniem.



Można ująć powyższe i takim cytatem: „Szczęście leży gdzieś pomiędzy oczekiwaniem na list – a złamaniem pieczęci”. Dlatego, że w tym cytacie jest zawarta droga. Droga, czyli dążenie. Nie osiągnięcie, a dążenie. Droga jest celem – wędrówka i podróż, czyli: dążenie. Celem (szczęściem) nie jest meta – przejście ścieżki; pokonanie odcinka, czy zwyciężenie określonego etapu. Kroczenie drogą – jest szczęściem. A przynajmniej – szczęściem realnym, którego możemy z powodzeniem dotknąć, poczuć, doświadczyć.



Lecz jeśli celem ma być tułaczka przez rzeczywisty świat i wątpliwości z nią związane; jeśli szczęściem jest dążenie, droga, to wówczas – co powinno owo dążenie ukierunkować?



Co nadaje naszym krokom uzasadniony kierunek? Na czym najbardziej nam zależy?



Cóż... Dla jednych sensem życia, kroczenia, pokonywania własnej drogi – będzie miłość i chęć zapewnienia bezpieczeństwa swoim bliskim. Lecz co z obcymi ludźmi? Co z tymi, którzy – jak i my – składają się na jeden (wspólny, czy nam się to podoba, czy nie) świat doczesny. Czy ich los w żadnej mierze nie powinien nas obchodzić?



Jasne, że powinien. I w wielu przypadkach – faktycznie obchodzi. Jak powiedział Dan Millman: „Ci, których najtrudniej kochać, najbardziej potrzebują naszej miłości”.



Kiedy uświadamiamy sobie wartość słów Millmana, nabieramy ochoty, by ideę ucieleśnić, by wcielić słowa w czyn. W takiej sytuacji – może zamarzyć nam się bycie altruistą, bo przecież naogół – większość z nas dąży do tego, by się rozwijać, by stawać się „lepszymi”.



W takiej sytuacji – zaczynamy najpierw marzyć, a później – racjonalnie dążyć do pomagania. Nie chcemy istnieć sami dla siebie, służyć wyłącznie sobie – chcemy być odważni, empatyczni i altruistyczni. Chcemy kochać nie tylko tych, z którymi łączy nas bliska więź – chcemy nie tylko dla nich być podporą na co dzień. Chcielibyśmy wyciągnąć rękę również do kogoś nieznajomego – pomóc mu prostym słowem albo gestem. Pokazać mu, że warto wierzyć w ludzi i ich pozytywne, szczere intencje.



Lecz czym ma być „prawdziwe pomaganie”? Uważajmy, by nie złapać się we wnyki swojego „altruizmu”. Życie bowiem składa się z paradoksów, a jednym z nich jest ten, który mówi, że idea wcielona w czyn – zamienia się we własne przeciwieństwo. Ten paradoks jest jak „chichot losu” – mała pułapka związana z naszym chciejstwem, marzeniami, ale – i z oczekiwaniami i z dążeniem.


Czy istnieje altruizm w czystej postaci? Anthony de Mello mówi tak: „Mówisz, że ja ci pomogłem. Była to moja przyjemność, tańczyłem mój taniec. Pomogło ci to, no to cudownie. Przyjmij moje gratulacje. Niczego mi nie zawdzięczasz”.



Skoro więc szczęście jest dążeniem, to pomaganie – jest prywatnym tańcem. Słuszne, szczere pomaganie – jest prezentem podarowanym samemu sobie. Jest naszą własną, niekłamaną przyjemnością. Jest egocentrycznym przybiciem samemu sobie – piątki. Jest sygnałem zwrotnym, który posyłamy sami sobie – aby się uzasadnić, aby naocznie się przekonać, że cieszy nas – bycie uczynnym.



Ale i w tym przypadku, naigrywająca się z nas, idea – może obrócić się we własne przeciwieństwo. Zupełnie – jak kot ogonem. Bo kiedy pomagając – i czerpiąc radość z tej pomocy – poczujemy się uzasadnieni w swojej uczynności, w empatii i w „altruizmie” – wtedy znów łatwo złapać się w kolejne, własne wnyki...



… Poniesieni falą własnej „dobroci”, zechcemy wznieść się jeszcze wyżej. Jeden skromny uczynek – może nam nie wystarczyć, by zaspokoić, by nakarmić swoje „dążenie”. Zechcemy pomagać więcej i bardziej – gubiąc niekiedy indywidualne potrzeby i chęci. Pewnie to niebezpieczne, lecz niekiedy – trudno przypomnieć sobie siebie i przestać iść z prądem. Zwłaszcza wtedy, gdy ów prąd: niesie nas w słusznej sprawie ku innym. 



Owo niebezpieczeństwo znakomicie obrazuje myśl Anthony de Mello: „Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić udzielając komuś pomocy, jest zapomnieć o sobie”.



Kiedy więc w pomaganiu przekroczymy granice wierności samemu sobie, a potem – szczęśliwie – wrócimy do źródła, to jest do siebie samego; kiedy już przypomnimy sobie – o sobie, wtedy przychodzi nam do głowy kolejna złota myśl:



Aby pomoc odniosła właściwy skutek, należy człowieka, któremu chcesz jej udzielić, poznać na wskroś”. Tak rzekł Mikołaj Gogol.



Mądra to myśl – trudno zaprzeczyć. Zatem – znów zapominamy nieco o sobie; tym razem czyniąc to świadomie. Skupiamy się w całości na człowieku, któremu chcemy pomóc. Poznajemy go. Zbliżamy się do niego tak, jak umiemy. Jak tylko życie i okoliczności zewnętrzne pozwalają. Idziemy tą drogą, dążymy. Sądzimy, że to właściwa droga. Wszak tyle już przeszliśmy. I nareszcie jesteśmy dojrzali – w pomaganiu...



jednak może się okazać, że pod koniec tej ścieżki – odezwie się w nas następny, nowy głos. Tym razem – będzie to głos Lwa Tołstoja: „Ten, kto nic nie robi, ma zawsze wielu pomocników”.



Rebeca Serri.



P.S. Myśl Millmana, która posłużyła jako punkt wyjścia do niniejszego artykułu, była inspiracją zaczerpniętą z zaprzyjaźnionego bloga: duchowy-recykling.blogspot.com