wtorek, 8 maja 2012

Czym jest pomaganie?


Refleksje po majówce

Czym jest pomaganie?



Większość ludzi dąży w życiu do szczęścia. Ale – czym ono jest? Jak je zdefiniować? Och, można na mnóstwo sposobów. Pytanie, którą z definicji każdy z nas – uzna za najpełniejszą, za najściślej kompatybilną z prywatnym „ja”.



Najkrótsza, najbardziej syntetyczna z definicji – brzmi: „Szczęście – to brak potrzeb”. Jeśli wyobrazimy sobie taki stan, punkt życia, w jakim wszelkie pragnienia, marzenia, nadzieje i potrzeby – zostaną całkowicie zaspokojone, to takie wyobrażenie jest emanacją pojęcia „szczęście”. Problem polega na tym, że najprawdopodobniej nie jest wykonalne – do takowego stanu dotrzeć, i zatrzymać się w nim. Zatrzymać się w nim, to znaczy – okrzepnąć weń, pozostać, a w efekcie – zachować poczucie całkowitego spełnienia.



Okazuje się więc, że można na wiele sposobów szczęście zilustrować. Ale dostąpić szczęścia w sensie jednoznacznym i niepodważalnym – już nie sposób. I tu z pomocą wychodzą nam naprzeciw egzystencjaliści, którzy powiedzą, że szczęście – jest dążeniem.



Można ująć powyższe i takim cytatem: „Szczęście leży gdzieś pomiędzy oczekiwaniem na list – a złamaniem pieczęci”. Dlatego, że w tym cytacie jest zawarta droga. Droga, czyli dążenie. Nie osiągnięcie, a dążenie. Droga jest celem – wędrówka i podróż, czyli: dążenie. Celem (szczęściem) nie jest meta – przejście ścieżki; pokonanie odcinka, czy zwyciężenie określonego etapu. Kroczenie drogą – jest szczęściem. A przynajmniej – szczęściem realnym, którego możemy z powodzeniem dotknąć, poczuć, doświadczyć.



Lecz jeśli celem ma być tułaczka przez rzeczywisty świat i wątpliwości z nią związane; jeśli szczęściem jest dążenie, droga, to wówczas – co powinno owo dążenie ukierunkować?



Co nadaje naszym krokom uzasadniony kierunek? Na czym najbardziej nam zależy?



Cóż... Dla jednych sensem życia, kroczenia, pokonywania własnej drogi – będzie miłość i chęć zapewnienia bezpieczeństwa swoim bliskim. Lecz co z obcymi ludźmi? Co z tymi, którzy – jak i my – składają się na jeden (wspólny, czy nam się to podoba, czy nie) świat doczesny. Czy ich los w żadnej mierze nie powinien nas obchodzić?



Jasne, że powinien. I w wielu przypadkach – faktycznie obchodzi. Jak powiedział Dan Millman: „Ci, których najtrudniej kochać, najbardziej potrzebują naszej miłości”.



Kiedy uświadamiamy sobie wartość słów Millmana, nabieramy ochoty, by ideę ucieleśnić, by wcielić słowa w czyn. W takiej sytuacji – może zamarzyć nam się bycie altruistą, bo przecież naogół – większość z nas dąży do tego, by się rozwijać, by stawać się „lepszymi”.



W takiej sytuacji – zaczynamy najpierw marzyć, a później – racjonalnie dążyć do pomagania. Nie chcemy istnieć sami dla siebie, służyć wyłącznie sobie – chcemy być odważni, empatyczni i altruistyczni. Chcemy kochać nie tylko tych, z którymi łączy nas bliska więź – chcemy nie tylko dla nich być podporą na co dzień. Chcielibyśmy wyciągnąć rękę również do kogoś nieznajomego – pomóc mu prostym słowem albo gestem. Pokazać mu, że warto wierzyć w ludzi i ich pozytywne, szczere intencje.



Lecz czym ma być „prawdziwe pomaganie”? Uważajmy, by nie złapać się we wnyki swojego „altruizmu”. Życie bowiem składa się z paradoksów, a jednym z nich jest ten, który mówi, że idea wcielona w czyn – zamienia się we własne przeciwieństwo. Ten paradoks jest jak „chichot losu” – mała pułapka związana z naszym chciejstwem, marzeniami, ale – i z oczekiwaniami i z dążeniem.


Czy istnieje altruizm w czystej postaci? Anthony de Mello mówi tak: „Mówisz, że ja ci pomogłem. Była to moja przyjemność, tańczyłem mój taniec. Pomogło ci to, no to cudownie. Przyjmij moje gratulacje. Niczego mi nie zawdzięczasz”.



Skoro więc szczęście jest dążeniem, to pomaganie – jest prywatnym tańcem. Słuszne, szczere pomaganie – jest prezentem podarowanym samemu sobie. Jest naszą własną, niekłamaną przyjemnością. Jest egocentrycznym przybiciem samemu sobie – piątki. Jest sygnałem zwrotnym, który posyłamy sami sobie – aby się uzasadnić, aby naocznie się przekonać, że cieszy nas – bycie uczynnym.



Ale i w tym przypadku, naigrywająca się z nas, idea – może obrócić się we własne przeciwieństwo. Zupełnie – jak kot ogonem. Bo kiedy pomagając – i czerpiąc radość z tej pomocy – poczujemy się uzasadnieni w swojej uczynności, w empatii i w „altruizmie” – wtedy znów łatwo złapać się w kolejne, własne wnyki...



… Poniesieni falą własnej „dobroci”, zechcemy wznieść się jeszcze wyżej. Jeden skromny uczynek – może nam nie wystarczyć, by zaspokoić, by nakarmić swoje „dążenie”. Zechcemy pomagać więcej i bardziej – gubiąc niekiedy indywidualne potrzeby i chęci. Pewnie to niebezpieczne, lecz niekiedy – trudno przypomnieć sobie siebie i przestać iść z prądem. Zwłaszcza wtedy, gdy ów prąd: niesie nas w słusznej sprawie ku innym. 



Owo niebezpieczeństwo znakomicie obrazuje myśl Anthony de Mello: „Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić udzielając komuś pomocy, jest zapomnieć o sobie”.



Kiedy więc w pomaganiu przekroczymy granice wierności samemu sobie, a potem – szczęśliwie – wrócimy do źródła, to jest do siebie samego; kiedy już przypomnimy sobie – o sobie, wtedy przychodzi nam do głowy kolejna złota myśl:



Aby pomoc odniosła właściwy skutek, należy człowieka, któremu chcesz jej udzielić, poznać na wskroś”. Tak rzekł Mikołaj Gogol.



Mądra to myśl – trudno zaprzeczyć. Zatem – znów zapominamy nieco o sobie; tym razem czyniąc to świadomie. Skupiamy się w całości na człowieku, któremu chcemy pomóc. Poznajemy go. Zbliżamy się do niego tak, jak umiemy. Jak tylko życie i okoliczności zewnętrzne pozwalają. Idziemy tą drogą, dążymy. Sądzimy, że to właściwa droga. Wszak tyle już przeszliśmy. I nareszcie jesteśmy dojrzali – w pomaganiu...



jednak może się okazać, że pod koniec tej ścieżki – odezwie się w nas następny, nowy głos. Tym razem – będzie to głos Lwa Tołstoja: „Ten, kto nic nie robi, ma zawsze wielu pomocników”.



Rebeca Serri.



P.S. Myśl Millmana, która posłużyła jako punkt wyjścia do niniejszego artykułu, była inspiracją zaczerpniętą z zaprzyjaźnionego bloga: duchowy-recykling.blogspot.com

2 komentarze:

  1. Skarbie, moje zdanie jest w pewnych aspektach odmienne i do paru rzeczy pozwolę sobie się doczepić :) Słowa Millmana, wydają mi się wstawione tutaj niepotrzebnie, gdyż właściwie się do nich nie odnosisz, chyba, że czegoś nie spostrzegłam, nie zrozumiałam? :)
    Altruizm? Uważam, że istnieje, lecz nie jest to cecha każdego pomagającego, myślę, że do takiego zachowania zdolne są osoby o bardzo "uproszczonych" poglądach życiowych.
    Szczęście? To rzecz bardzo łatwa do osiągnięcia, lecz gatunek ludzki ma to do siebie, że z uwielbieniem stara się to dążenie jak najbardziej utrudniać, bo nie może być łatwo. Podobało mi się, iż przedstawiłaś kilka ciekawych teorii dotyczących szczęścia i oczywiście cytaty mojego uwielbianego de Mello :))) "Zechcemy pomagać więcej i bardziej – gubiąc niekiedy indywidualne potrzeby i chęci." - fanatyzm czy może jednak wzrost wyższych wibracji?
    Całuję mocno - Rox :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, Rox :).

    Owszem, zgodzę się z Tobą, że właściwie do słów Millmana - ja się tutaj nie odnoszę. Ale - zależy, jak na to spojrzeć. Te słowa można zinterpretować na wiele sposobów. Ja przytoczę dwa.

    Pierwszy sposób jest taki, że przekaz tych słów nakierowuje nas na osoby "trudne", "skomplikowane", gdyż mimo tego, że ciężko wpuścić ich do swojego serca, one właśnie najbardziej tego potrzebują.

    Ja jednak w tym artykule poszłam w stronę niebezpieczeństw w pomaganiu, w darzeniu bliźnich miłością. Ci, którzy najbardziej potrzebują naszej miłości - a których kocha się najtrudniej, to również te osoby, które - bywa - pojmują pomoc i udzielanie im wsparcia w sposób niewłaściwy, to znaczy - próbując wykorzystać pomagającego; wycisnąć jego empatię jak gąbkę, do ostatniej kropli. Lecz idąc tropem słów Millmana - czy tacy ludzie przypadkiem (mimo wszystko) nie zasługują na naszą pomoc, na miłość?

    Zatem rzeczywiście nie odniosłam się do słów Millmana wprost - lecz wydaje mi się, że te słowa czają się w cieniu mojego tekstu, budują jego tło. Dlatego, że tekst mówi przecież nie tylko o "błędach" pomagających, ale też i o "wykorzystywaczach" dobrych intencji :). A przynajmniej to miał na myśli autor, pisząc tekst :). Jeśli nie jest to do końca jasne, czytelne - mea culpa (warsztat jeszcze słabawy) :).

    I jeszcze jedna kwestia, którą bardzo trafnie poruszyłaś i wywołałaś do tablicy :). "Zechcemy pomagać więcej i bardziej - gubiąc niekiedy indywidualne potrzeby i chęci" - bardzo ciekawie odniosłaś się do tego zdania, pytając, czy to fanatyzm, czy może jednak wzrost wyższych wibracji?.

    Odpowiem Ci tak:

    Obie odpowiedzi moim zdaniem są realne.

    Jeśli człowiek "pobrnie" w czysty altruizm, uważam, że może znaleźć się po pewnej chwili w obrębie fanatyzmu. Ze wszystkimi ideami wcielonymi w czyn dzieje się podobnie, jak wynika z mych obserwacji. To znaczy - z każdą uczynianą zasadą jest jak ze stopniowo dokręcanym pokrętłem. Kiedy ktoś jest altruistą i coraz bardziej rozwija się w tym kierunku - w kolejnym etapie staje się wybitnym altruistą. W kolejnym - skrajnym altruistą. A w ostatnim z etapów tej drogi - może stać się po prostu fanatykiem.

    Na szczęście bywa i odwrotnie :). Kiedy ktoś - kochając ludzi, niosąc im pomoc i wsparcie - nie zapomina jednak o sobie i czerpie niekłamaną radość z czynionego wobec i dla innych dobra - jestem głęboko przekonana, że dzięki tej zachowanej, słusznej kropli egocentryzmu - jego czyny mogą być prawdziwie piękne i altruistyczne... (w takim przypadku, jak wspaniale to ujęłaś, będzie to "wzrost wyższych wibracji" :).

    ... właśnie dlatego, że taki człowiek "nie dokręca wewnętrznego pokrętła do końca"...

    ... Jak Ty myślisz?

    Całuję :).

    OdpowiedzUsuń