wtorek, 22 maja 2012

Komunia: rzecz o zjadaniu ciała i piciu krwi


Pierwsza komunia święta
Rzecz o zjadaniu ciała i piciu krwi

Dziewięcioletnie dzieci przebrane w białe, uroczyste szaty zwane albami, idą pokornie  do katolickiej świątyni, by po raz pierwszy w życiu – poczuć w ustach smak Boga.

Podczas mszy kapłan rozdaje nic nie rozumiejącym dzieciom – ciało i krew Chrystusa, Mesjasza, Syna Bożego. Dzieci nie wiedzą, co to znaczy. Nie widzą związku między zwykłym wafelkiem (opłatkiem) – a ciałem. Nie rozumieją, że hostia (z łacińskiego) dosłownie oznacza ofiarę. Na koniec ceremonii religijnej, każde z dzieci otrzymuje dodatkowo od pracowników instytucji kościelnej (od proboszcza oraz kapłanów i sióstr go wspierających) po niewielkim, poświęconym bochenku chleba, który również zostaje opisany jako ciało Chrystusa.

Chrześcijaństwo ma w sobie znaczące elementy pogaństwa, ponieważ punktem kulminacyjnym rytuału mszy katolickiej jest przyjęcie komunii świętej – to znaczy: spożycie ciała i krwi Chrystusa.   Kto, w jakiej religii, zjada ciało swojego boga – i po co? Czyż u podstaw chrześcijańskiego rytuału nie stoi pradawna, atawistyczna chęć zbliżenia się do Boga w sposób dosłowny?  Czy przyjmując do jamy ustnej symboliczne szczątki Absolutu – nie chcemy aby zaczerpnąć dla siebie, do środka własnego organizmu, choć części Jego siły witalnej i możliwości?  Lecz w jaki sposób mielibyśmy wchłonąć w siebie fizyczne ciało i krew Boga – poprzez układ pokarmowy? Czy to realne? I czy to jest tradycja chrześcijańska?

Oczywiście, że to nierealne – i nie jest to tradycja chrześcijańska, ale prymitywna, pogańska. Kościół katolicki jest zwyczajną, typowo ziemską instytucją, która ustanawia prawo ludzkie (nie –    boskie), opierające się na dekretach kościelnych zwanych dogmatami. Owe dogmaty ustalają mechanizmy rytuału religijnego tak, aby wierni nie byli suwerenni i śmiali w swojej wierze,  a omamieni i podwładni. Kto bowiem sprzeciwi się ustanowionym przez kościół dogmatom – „zostanie uznany za winnego i przeklęty na zawsze” (mówią o tym choćby kanony Soboru Trydenckiego). To dlatego księża straszą ludzi domniemanym-okrutnym bogiem i nakazują spożywanie fizycznego ciała i krwi Chrystusa – podczas gdy w istocie nie ma to nic wspólnego z prawidłami biblijnymi. Idea zjadania bóstwa – jest obecna w wielu kultach pogańskich. Była ona popularna między innymi wśród ludów Meksyku czy Ameryki Środkowej na długo przed tym, zanim w tych regionach – usłyszano o Chrystusie.

Mało kto spośród praktykujących katolików zadaje sobie  pytania dotyczące naprawdę spornej kwestii spożywania fizycznego, materialnego ciała Boga. Kościół katolicki jest twardym systemem politycznym, który funkcjonuje dzięki dogmatom i sprytnemu manipulowaniu nimi. Dogmaty zostały ukute przez kościół właśnie po to, żeby kapłani mogli efektywnie sterować bezkształtną masą społecznej, prostolinijnej i ufnej gawiedzi. Właśnie dlatego w czasie mszy – ksiądz głosząc kazanie, naogół straszy ludzi skomplikowanym, surowym bogiem i piekłem, wypaczając przy tym pierwotny sens  Biblii. Sztuczna, szkodliwa, cwana bogobojność, którą wśród wiernych usilnie szczepią księża – wyklucza naturalny sceptycyzm ludzi i spycha pragnienie zadawania pytań na ostatni z możliwych planów, aż w końcu zupełnie zapominamy,  że kiedykolwiek mieliśmy jakiekolwiek pytania, jakiekolwiek wątpliwości. Wszelka dogma wżera się do naszych umysłów – całkiem jak kwas, którego zadaniem jest wytrawić wzór w blasze tak, aby powstała w nim określona matryca. Stopniowo zapominamy o archetypowych  czy instynktownych odruchach własnej wyobraźni, aż wreszcie – wcale nie chcemy już pytać. Po co mielibyśmy pytać, doszukiwać się sensu i podwalin, wpojonego nam, rytuału? Nie widzimy celu w zadawaniu pytań. Z czasem – coraz częściej klękamy, kiedy należy klęknąć, bijemy się w pierś lub przekazujemy dookoła znak pokoju, a wszystko to czynimy w sposób jak najbardziej machinalny, formalny, wyzuty z emocji i intelektualnego przekonania. 

Owszem, nie wszyscy potrzebują żywić intelektualne przekonanie. Wiara jest dla części z nas magiczna właśnie z przyczyny mechanizmu samego rytuału. Kościół jako budynek – jak również wspólne modlitwy czy pieśni wiernych – tworzą atmosferę i jakość, która wystarcza za całe rozumienie. Głosy wiernych złączone w jeden głos, niesiony przez chłodne, wysokie, wytworne ściany kościelnego budynku – stają się rytmiczną mantrą czy szamańskim czarem. Nie ma w tym niczego złego – wręcz przeciwnie: jest obecne swoiste piękno.

Ale małe dzieci – ośmio lub dziewięcioletnie, bo właśnie w tak wczesnym wieku człowiek przyjmuje pierwszą komunię świętą – nie rozumieją ani znaczenia chrześcijaństwa, ani symboliki rytuału kościelnego, ani nawet owej machinalnej, czarodziejskiej „mantry”. Powszechnie kościół katolicki wmawia wiernym, że dziecko w tym wieku poniekąd już rozumie, jest niejako świadome znaczenia Eucharystii, ale jest to zwykłe kłamstwo, podłe oszustwo. Osiem czy dziewięć lat – to  po prostu pierwszy, nader dogodny moment na to, żeby „schwytać” zaczynający swoje kształtowanie umysł – a potem odpowiednio go wytresować i przejąć kontrolę nad nim. Gdyby dzieci miały przyjmować pierwszą komunię świętą na przykład około piętnastego roku życia – większość z nich zrezygnowałaby z tego sakramentu, nie widząc w nim sensu. Do tego czasu (ukończenia np.: piętnastu lat) – dzieci zdążyłyby bowiem uformować i rozbudować indywidualną świadomość. W ich głowach rozwinąłby się sceptycyzm i myślenie logiczne, a do tego kościół nie może przecież dopuścić. Trzeba dzieciom „wyprać mózgi” najwcześniej, jak się da – a zarazem  w na tyle już „dojrzałym” wieku, aby dziecko zapamiętało ten specjalny moment, aby zakodowało sobie, iż przyjmowanie na język hostii (zjadanie ciała Boga) jest koniecznością i nakazem, od którego nie może być odwrotu. Osiem czy dziewięć lat – jest wiekiem wprost idealnym do zastosowania tej haniebnej, bezczelnej manipulacji.

Jednocześnie dzieci w czasie mszy – pierwszego poważnego rytuału religijnego w swoim życiu – myślami i sercami są daleko poza kościołem. Ich wyobraźnia krąży wokół przepastnego tortu  i pięknych prezentów, które tuż po kościelnej uroczystości – otrzymają od rodziców, od chrzestnych, od wujków i dziadków. Dzieci de facto mają mszę i hostię głęboko w nosie –  a zarazem boją się, że jeśli nie skupią się na tym, czego wyuczono ich na pamięć, będą winne, złe i potępione. Księża i zakonnice zdążyli zaprogramować dzieciom koszmarną wizję piekła oraz wmówili im, że one – dzieci – popełniają grzechy. Dzieci zostają zmuszone do spowiedzi, w czasie której wyznają z fatalnym poczuciem winy i wstydu – swoje okropne uczynki. Z idei grzechu tak małe dziecko pojmuje tylko tyle, że każdy człowiek – stale robi coś złego, a to zasługuje na surową karę. 

Prawda jest taka, że dzieci w  wieku „komunijnym” – nie poczuwają się do żadnego grzechu.  Klękając więc w konfesjonale po raz pierwszy – wyznają winy nieautentyczne, zmyślone.  A czynią tak wyłącznie po to, aby zadowolić, łasych na kontrolowanie nowo pozyskanych owieczek, księży. Fakty są zatem takie, że dzieci oszukują same siebie – i kapłana, któremu się spowiadają. A oszukują, ponieważ zostały do tego skłonione – pod groźbą gniewu złego boga. Tak oto dzieci postanawiają nieszczerze przyznać się do fałszywych, podstawionych na potrzebę sytuacyjną, „faktów”. I przyznają się potulnie, strachliwie spuszczając oczy, zmyślając, że były niegrzeczne, kiedy w istocie wcale nie były; że były złe, że kłamały albo okazały niewdzięczność wobec swoich rodziców. 

Cała (pierwsza) komunia święta – ze świętością nic wspólnego nie ma. Jest to obmierzła, sztuczna impreza napomopowana nieprzystającym do kontekstu tupetem i pseudo patosem ponad miarę. Fatalny przerost formy nad treścią, nie wspominając już o tym, że w całej uroczystości – dzieci: jest najmniej.

Najwięcej jest księży i „darów” dla księży. Dzieci wygłaszają długie, wyuczone na pamięć  i ułożone przez samych księży i siostry zakonne – peany i mowy dziękczynne, będące prawdziwymi majstersztykami oratorskimi obwieszczającymi wielkie poddanie, ukorzenie i pokłonienie wobec urzędników kościelnych. Księża udają zaskoczonych, przyjmując opasłe kiście kwiatów – i materialne prezenty. Księża otrzymują od plebsu „co łaska” – ale ta łaska jest  z góry objęta określonymi widełkami finansowymi. Poza tym generalnie i tak za wszystko płaci w sumie bóg  (nie człowiek ze swego wycharowanego portfela) – bo w podzięce ksiądz odpowie: „Bóg zapłać”.

Prawda jest taka, że lista prezentów dla pracowników kościoła z proboszczem na czele – została szczegółowo ustalona z rodzicami dzieci daleko przed ceremonią. W różnych parafiach – różni księża wystosowują różne listy życzeń do rodziców dzieci. Jeśli w danej parafii pracuje na przykład szesnastu księży – wszyscy oni mogą zażądać od rodziców zakupienia np.: odświętnych szat (ornatów bądź wykwintnych komży). A potem, na samej uroczystości komunijnej – księży pojawi się dwóch, może trzech... Szaty, prezenty, pokłony, laury i wiwaty – dostaną jednak wszyscy. A rodzice opłacą ich zachcianki słono i – ochoczo, ponieważ zobowiązuje ich do tego „święta” tradycja i „zacne” wychowanie, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Nieomal wszyscy – przeszliśmy wszak przez to samo. Większość z nas przyjęła pierwszą komunię świętą w wieku dziewięciu lat – i przeżyliśmy; i krzywda nam się żadna nie stała, prawda? Nasze dzieci zatem – też przeżyją. Nie ma powodów, by wykluczyć swoje dziecko z tego szerokiego, zgodnego, jakże spolegliwego prądu, nurtu – by właśnie nasze dzieci nie miały zostać  w analogiczny sposób poświęcone. Tak: poświęcone.

Cóż, w wielu religiach dość esencjonalna jest idea ofiary – poświęcenie czegoś w imię czegoś.  W jednych kultach pito krew byka, w innych zarzynano baranka – a w katolicyzmie mamy ofiary dwie:

jedną z nich jest ciało bóstwa, które należy pogryźć, przełknąć i strawić. Drugą ofiarą są dzieci – które zostają złożone przed ołtarzem w świętych pokłonach nie przed Bogiem, a przed urzędnikiem kościelnym.

Rebeca Serri.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz