niedziela, 29 lipca 2012

Prometeusz - czyli sprawozdanie z reakcji widzów


Prometeusz
czyli sprawozdanie z reakcji widzów

Nie będę czyniła recenzji na temat najnowszego hitu Ridleya Scotta. Jeżeli Czytelnicy Story mają ochotę na porządną recenzję na temat Prometeusza, serdecznie polecam niniejszy tekst: http://www.modowo.pl/pl/static/prometeusz-instrukcja-obslugi-dla-czytajacych-ze-zrozumieniem-czyli-inteligentnych-inaczej

Ja, na łamach mojej Story, chcę podzielić się z Wami osobistymi przemyśleniami na temat odbioru Prometeusza przez widzów.

Otóż do kina udało się mnóstwo ludzi – spragnionych wielkiej przygody oraz rozpasanego za pomocą technicznych efektów, pełnego grozy i napięcia, obrazu filmowego twórcy Obcego. I ci ludzie – podobno się zawiedli.

Po seansie, wychodząc z kina, byłam świadkiem, jak kinowe korytarze dosłownie drżały i niosły się od zażartych dyskusji. Ludzie ścigali się ze sobą w surowych osądach, nieomal wykrzykując, oburzeni, że Prometeusz szalenie ich zawiódł, że rozczarował, że nie powinien w ogóle powstać, gdyż do pierwotnej historii Obcego – niczego nie wnosi, a wręcz burzy ją i zniekształca.

Zarazem nikomu nie przyszło do głowy, że emocje, dyskusje – aż kipią. Skąd tyle emocji u widzów, na których film nie wywarł ponoć najmniejszego wrażenia?

Można dyskutować oczywiście, bazując na osobistych opiniach, ale przeczyć temu, że Prometeusz cokolwiek wnosi do pierwotnej historii Obcego – przy jednoczesnym przeczeniu swoim własnym emocjom wywołanym przez film: to najwyraźniej ogromna przesada. Parafrazując Kisiela, to również coś, jak „źle ogrzane piekło”.

Nie ma wątpliwości co do faktu, że Prometeusz nie tylko wnosi, ale wręcz – dopełnia i wzbogaca historię Obcego. Nie ma wątpliwości, że Prometeusz – to ważny i interesujący przekaz reżysera-wizjonera. Można nie zgadzać się w kontekście osobistych odbiorów, lecz odmawiać wizjonerowi uczynienia, dokonania, zaproponowania wizji – dziwna, płytka rzecz.

Prometeusz, to nie tylko tło dla Obcego. To udanie się poprzez kanwę pierwotnej historii – dalej, głębiej, mocniej. Napięcie Prometeusza zostało nabudowane dzięki zadaniu pytań egzystencjalnych, które w rezultacie okazały się – jak zwykle – retoryczne, nieśmiertelne.

Pojawił się mistyczny niepokój. I świadomość, że choć często zdajemy sobie sprawę, iż to droga sama w sobie jest sensem, czy też celem życia – to jednak uporczywie, ciągle i od nowa staramy się dotrzeć do genezy życia. Innymi słowy – człowiek w sposób niezmordowany nadal usiłuje dojść do prawdy o samym sobie i o świecie, w którym żyje, i który jednocześnie kreuje.

Dziwię się, że zadawanie pytań o niezgłębiony jak dotąd sens i zakres natury człowieczej – że jedna z wizji artystycznych nakreślających stare, lecz wciąż nie rozgryzione pytania, nie powoduje u wszystkich odbiorców mocnych przemyśleń oraz zadawania swoich własnych pytań.

wtorek, 17 lipca 2012

Justyna Karolak, Tropiąc jednego wilka - fragment powieści

Kilka słów
o debiucie wydawniczym Justyny Karolak
(czyli Rebeci Serri)


Witam Czytelników Story bardzo serdecznie :). Przerwa w publikowaniu tekstów na Storze była spowodowana tym, że przygotowywałam się do wydania swej debiutanckiej powieści, co wiązało się ze sporą ilością pracy i brakiem czasu na prowadzenie bloga. Chcę wszystkich ogromnie przeprosić za ten czas pustki i martwości na blogu. 

Na szczęście mam też pozytywne wieści :). Moja powieść będzie miała premierę w dniu 7. sierpnia - także zapraszam wszystkich na zakupy do Empiku i sieci Matras od tego właśnie dnia - a także na zakupy w wirtualnej księgarni Wydawnictwa Replika :). 

Powieść jest niepokojąca, esencjonalna, o intrygującym tytule. Z pewnością jest to orygilnalna próba opisania kobiecej natury, lecz lekturę polecam również mężczyznom. Dzięki tej książce - mężczyźni mogą bowiem znaleźć się wewnątrz kobiecej głowy, zrozumieć, jak myśli kobieta. I jak kobieta odbiera świat - realny, codzienny świat, a także - świat mężczyzn.

To jest powieść o absurdach, które składają się na życie wielu ludzi. Jakkolwiek chcielibyśmy spoglądać na życie racjonalnie i szukać w nim logiki - często zderzamy się z absurdalnością, a wręcz doświadczamy jej nieomal na każdym kroku.

Życie pisze najwięcej zdumiewające, najmocniej absurdalne scenariusze, historie. Kiedy to sobie uzmysławiamy, okazuje się, że czasami łatwiej nam uwierzyć w fikcję, niż w prawdę. Czasami prawda wydaje się wymyślona, a fikcja - najzupełniej realna. Cóż, idąc za jednym ze zdań składających się na książkę: zawsze coś wynika, coś się okazuje...

Powieść ma bardzo zaskakujący finał - rozwiązanie akcji i problemów nastąpi w sposób, jakiego nikt spośród Czytelników nie będzie się spodziewał...



Niniejszym prezentuję jeden rozdział powieści - mam nadzieję, że zachęci on do lektury całości, że sprawi Wam przyjemność i przekona, że we współczesnej literaturze na temat życia, emocji, relacji między płciami - może istnieć coś znacznie głębszego, ciekawszego, niż jedynie ckliwy romans i płaskie, obyczajowe powiastki...


Za pośrednictwem swojej książki chcę zabrać Was, porwać - i Kobiety, i Mężczyzn - na drugą stronę lustra. Chcę opisać Wam krainę emocji, odzierając zdarzenia z moralności, z etyki - tak, jak odkaża się ranę z bakterii...

Justyna Karolak – Tropiąc jednego wilka

Księga II – Przyszywanie guzików

Rozdział VI – Żołnierz

Budzę się zmęczona i zdenerwowana. Nie odczuwam obciążenia, spowolnienia, udręczenia. Ale czuję się tak, jak gdybym miała wewnątrz zegarową bombę. Co prawda nie słychać tykania. Niczego nie słychać. Jednak ja wiem, że to jest zegarowa bomba.

   Zaparzam duży kubek mocnej kawy. Przygotowuję kanapki na ciepło z żółtym serem. Polewam majonezowym dipem. Posypuję suszonym koperkiem i natką pietruszki. Kładę na to plasterki nieobranego, surowego ogórka i kroplę keczupu na szczycie. Szczypta gruboziarnistej soli morskiej i bazylii. Zjadam powoli, z uwagą. Jak gdybym była dzieckiem przysposabiającym się do śniadań. Śniadanie jest podstawą dnia. W porządku. Postaram się zapamiętać i wcielać w czyn. Wcielam. Starannie. Nie byle jak. Ale zjadam bez polotu. Od niechcenia. Dzisiejsze śniadanie mnie nie cieszy. Mam w środku zegarową bombę. Jestem cała zdenerwowana.

   Wracam do kuchni. Przeszukuję szufladę, w której zwykle trzymam podręczne łakocie. Natrafiam palcami na kukułki. Są jeszcze irysy. Dobrze. Cukierki powinny poprawić mi humor. Nabieram garść i wracam do salonu.

Piję kawę, jem cukierki i myślę. Otwieram okna. Wpuszczam do mieszkania poranną, miejską wiosnę. Za około tydzień trzydzieste urodziny. Moje i Kiary.

Jestem w połowie kawy. Myślę. Wolę irysy. Wkładam do buzi po trzy. Są twarde i kleiste. Dobrze, że nie mam żadnych plomb. Plomby na bank powychodziłyby z zębów i zostały w irysach.

Ciekawe jak to jest nosić sztuczną szczękę? Chyba trzeba zapomnieć o irysach. A może nie? Może starcy mają specjalne fortele na irysy? Coś w rodzaju drogi na skróty?

Niczego nie da się przyspieszyć. Żuję irysy, gapiąc się w okno, i myślę.

    Marzyłam o Pół-Kochanku. Życzyłam go sobie. Nie personalnie. Nie przypuszczałam, że Pół-Kochanek istnieje w rzeczywistym świecie. Powinnam się domyślić, że istnieje. Dlatego, że był do przewidzenia. Przeczułam go. Wymarzyłam go sobie.

Proszę pani, niech pani podfrunie wysoko. Proszę obejrzeć dokładnie, co pani nabroiła.

Proszę pana, ja doprawdy nie chciałam. Nie miałam zamiaru. Zwracam się do ludzika, który mieszka w mojej głowie. Ja nie chciałam nic złego. Nie wiem, jak do tego doszło. Niech pan zrozumie: ja o nim marzyłam. Powiem panu więcej: ja go wymyśliłam. Kiedy byłam dzieckiem/dziewczynką. Wówczas pragnęłam kogoś takiego, jak on. Czyli jego. Ale nie podejrzewałam, że on żyje naprawdę. Że żyje realnie, ponadto dostępny i kompatybilny. Aż niechcący go przywołałam. Lub on przywołał mnie? W każdym razie potrzebowaliśmy się wzajemnie. On potrzebował mnie bardziej niż ja jego. Dlatego, że on szybko się nuży. Nuży się i nudzi. To nie jego wina. Ma taki charakter. Łatwo popada w marazm. Inny marazm niż mój. Ja w marazmie odpoczywam. Jak turysta na hamaku. A on się męczy. Obumiera. To nie jego wina. Trzeba mu wtedy dopomóc. Wskrzesić. On potrzebuje zachłysnąć się powietrzem. On nie potrzebuje tonąć, urzeczony. On nie może klęknąć i przyrzec, że widział anioły. Nie mogę go do tego skłonić. Chcę go uwolnić. Powinnam chcieć go uwolnić. Ja dostarczam mu porcji świeżego tlenu, to wszystko. Dlatego nie mogę go zatrzymać. Aby móc go zatrzymać, musiałabym odciąć dopływ tlenu, odmówić mu życiodajnego haustu. A to nie jest realne. To nierealne – ja wiem. On nie może mną miarowo oddychać. Nie mogę mu wypełnić płuc. Zresztą nawet gdybym mogła, to byłaby zbyt duża odpowiedzialność. Nie czuję się na siłach.

A kiedy będzie pani dysponowała odpowiednią siłą? Kiedy będzie pani dość silna, by przestać go przezywać Pół-Kochankiem, a zacząć nazywać go prawdziwie – miłością? Kiedy będzie pani miała na to siłę? Za tydzień? Za rok? Za pięćdziesiąt lat? Co pani na to?

Och, tu nie chodzi o mnie, proszę pana, nie o moją słabość. Chodzi o to, że on się stał ważniejszy dla mnie, niż ja dla niego. I teraz chodzi właśnie o niego, nie o mnie. Ja mu muszę uprościć, ułatwić. Ja go muszę zwolnić. Ja mu muszę odpuścić. Puścić go wolno. Rozumie pan?

Więc co pani zamierza właściwie? Ech. Nic wielkiego. Pokrzyczeć i zwariować. To wszystko. Potem wrócę do domu. Grzecznie. I nikomu nie stanie się krzywda. A pani? Czy pani nic się nie stanie? Na pewno? Pyta ludzik. Cudownie, że ktoś troszczy się o mnie. To bardzo miłe. Dziękuję za troskę, proszę pana. Ale nic mi nie będzie. Zobaczy pan: ja wyzdrowieję. Nie obiecuję tego. Nie przysięgam. To prawda, że nie mam pewności. Jednak mówię panu, że wyzdrowieję.

Nie mam pewności, fakt. Dlatego, że niczego nie wiem o niczym.

Ma pan rację, to prawda, że zaryzykuję życie. Ale czy mam cokolwiek do stracenia? Ja nic nie mam. Nie jestem nikim ważnym. Dla nikogo. To więc jest niczyja sprawa, co zamierzam. Nie mam niczego konkretnego na myśli. Tylko krzyknę sobie. Jeden raz. Przemienię się w amok. Zaraz potem wrócę do siebie. Do domu.

Snuję się przez cały dzień. Wytracam czas. Przesączam dzień przez rozstawione palce. Uprawiam dobrą nudę.

Wieczorem postanawiam wyjść na miasto.

Biorę gorący prysznic. Suszę włosy gorącym strumieniem powietrza. Ubieram się. Dżinsy. Zwykła bluzka. Tenisówki. Paznokcie bez lakieru. Twarz bez makijażu. Włosy związuję gumką w wysoki koński ogon. Nie zależy mi na wyglądzie. Nie dzisiaj. Chcę wyglądać zwyczajnie. Nie potrzebuję się stroić. Nie chcę. Nie tędy droga. Nie chcę rzucać się w oczy. Nie chcę zwracać niczyjej uwagi. Nie potrzebuję dziś głębokiego dekoltu, kusej spódnicy ani szminki. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, abym tego wieczoru była sobą: cichą i nieznaczącą. Nie idę dziś na miasto, by kogoś swoim wizerunkiem sprowokować. Nie będę stroiła się do wyjścia, ponieważ nie mam dla kogo się wystroić. Nie o to mi chodzi, by kogoś sobą sprowokować. Nie po to wyjdę na miasto.

Jest wieczór. Wyszłam na miasto, by pooddychać głęboko. Moje miasto, ja tobą oddycham. Chcę pooddychać głęboko, ponieważ mam w środku zegarową bombę. Wiem, że w gruncie rzeczy pragnę spokoju. Jednocześnie wiem, że potrzebuję krzyku i furii. Za ich pomocą odpocznę. Dzięki nim się pozbędę zegarowej bomby. Nie potrafię pozbyć się w inny sposób. Tylko w ten sposób mogę osiągnąć spokój. Nie umiem go osiągnąć inaczej. Coś we mnie narosło i teraz muszę się z tego wyswobodzić. Wiem, że to ryzykowne, niebezpieczne, ale ja nie mogę inaczej. Muszę się tego pozbyć. Muszę pokrzyczeć. Muszę zwariować. Muszę poszukać dla siebie ujścia, wentylu. Muszę odetchnąć i zapomnieć.

Odetchnąć od samej siebie. Pozbyć się siebie. Unieważnić. Zapomnieć o Pół-Kochanku. Poszukać dla siebie ujścia, wentylu. Pozwolić, by zegarowa bomba wybuchła.

Wchodzę do knajpy w centrum starówki. Starówka jest z czerwonej cegły. Knajpa jest w piwnicy. Piwnica jest z czerwonej cegły. Surowości murów przeciwważy ciepłe żółtawe światło. Ze ściany patrzą na mnie gwiazdy filmowe – czarnobiałe zdjęcia. Rozglądam się. Siadam przy barze. W sąsiedztwie mojego lewego ramienia wisi dziwna trójca: John Travolta, Marylin Monroe i James Dean. Travolta z czasów „Gorączki sobotniej nocy”. Kadr pod tytułem „Poza w piruecie z postawionym lokiem na głowie” albo „Fryzury uroki kontra taneczne kroki plus lat siedemdziesiątych foto-widoki”. Uśmiecham się do swoich myśli. Taka trójca: dwoje zmarłych i jeden żywy. Żywy, ale za to z czasów umarłych. Czyli taki Travolta, który już przeminął, którego już nie ma. To tak, jakby nie żył. Może to jest ukryty sens zestawienia dziwnej trójcy na jednym skrawku ściany? Może i tak. W sumie szkoda. Wolę żywego Travoltę. Takiego, jak w „Pulp Fiction”. No ale, taki najwidoczniej nie pasował do kontekstu. Marylin i James. Tragicznie zmarli młodzi i piękni. Dziwna zdjęciowa trójca (dwoje nieboszczyków i jeden niby-nieboszczyk) w położeniu bliskim barowi. Może jest w tym sens, logika? Śmierć – tragizm – bar?… Logika nigdy nie była moją mocną stroną. Uśmiecham się do swoich myśli. Potrząsam głową. Gestem podobnym do machania wołam barmana. Zamawiam piwo. Patrzę na barmana napełniającego oszroniony kufel piwem. Częstuję się solonymi orzeszkami z barowej miseczki. Zastanawiam się, dlaczego uśmiechałam się do swoich myśli. Przecież w sumie myślałam o śmierci. W dodatku o tragicznej śmierci, to jest takiej, która nagle ucina młodość. Nic zabawnego. I w końcu przecież dziś w ogóle nie jest mi do śmiechu.

Piję piwo i jem orzeszki. Nie słyszę żadnego tykania.

Ktoś siada na stołku obok. Jakiś mężczyzna. Oczywiście, że mężczyzna. W sumie nie mam prawa być zdziwiona. Zawsze coś wynikało. Coś się okazywało. I zawsze był to jakiś mężczyzna. Nie spotykałam ich i oni do mnie nie przychodzili. Oni się pojawiali. Jeden po drugim. Jakby wpadali do mojego życia przez komin. Jakby ktoś wsypał do komina garść guzików.

Niewidzialna wielka ręka odpruwa guziki ze starego płaszcza, następnie je wyrzuca. Ale nie tak, jak się wyrzuca śmiecie do kosza. To jest inny gest. Jakby siewca rozprowadzał doskonale odważoną porcję nasion w żyznej glebie. Z tym, że tą glebą jest komin. Komin do mojego domu.

Piję piwo i jem orzeszki. Nie słyszę żadnego tykania. Nie czuję, że ryzykuję życie.

Marylin i James. Coś wyniknie. Coś się okaże. Z surowej ceglanej ściany patrzy na mnie tragicznie ucięta młodość.

O czym pani myśli? Pyta ludzik. Potrząsam głową. Sama nie jestem pewna, proszę pana.

Piję piwo i jem orzeszki. Nie wydaje mi się, aby to było ryzykowne.

Jakiś mężczyzna siada na stołku obok, a ja zaczynam się zastanawiać, czego właściwie szukam w tym barze. Czego ja szukam? Po co ja tu przyszłam?

Bomba zegarowa.

Przeładowany akumulator.

Wentyl.

Wybuch.

   Amok.

   Krzyk i furia.

   Spokój.

   Wiem.

  Ale po co ja tu przyszłam? Oprócz tego, co już wiem, po co jeszcze? Po co przede wszystkim?

   W miarę zastanawiania przychodzi mi do głowy, że przyszłam do tego baru, żeby poszukać wilka z mojego snu. 

Jestem tu, żeby spotkać się z Wilkiem? Czy to realne?

A co na tym świecie jest realne?

Wzruszam ramionami. Przecież ja niczego nie wiem o niczym. Zwłaszcza o szukaniu.

Barman spogląda na mnie i dosypuje orzeszków do miseczki. To chyba sygnał, żebym przestała jeść. A może przeciwnie? Może jestem głodna? Może zamówić coś porządnego?

Zapalam papierosa. Zaciągam się mocno. Chyba już nie palę od przypadku do przypadku. Chyba wchodzi mi to w nawyk. Czy jeszcze nie?

Palę papierosa. Nie przyszłam tu, żeby jeść. Nie będę niczego zamawiała. Przyszłam poszukać Wilka. Dlatego, że potrzebuję odetchnąć i zapomnieć.

Odwracam twarz w kierunku obcego, który usiadł obok. Niewysoki, drobny gość. Ciemnowłosy. Skupione brwi. Poważna, skoncentrowana mina. Ukradkiem obserwuję jego profil. Obserwuję jego zachowanie. Sposób, w jaki siedzi, w jaki pije piwo. Wydaje się zwyczajny: cały on oraz sposób, w jaki siedzi i pije piwo. Jednak coś mnie przyciąga. Wiem, że on nie usiadł tutaj przypadkowo, lecz świadomie. Wiem, że zauważył mnie wcześniej, następnie specjalnie zajął miejsce tuż obok. A teraz gra obojętnego. Wygląda to tak, jakby wpadł sobie na piwo. Jedno piwo z sokiem. To wszystko. Ale ja wiem, że to nie wszystko. Nie wiem, skąd to wiem. Po prostu mam wrażenie, że oboje jesteśmy w tym barze, aby się ze sobą spotkać. To jego szukałam. To on mi pomoże. Potrzebuję odetchnąć i zapomnieć. Potrzebuję odrobiny krzyku i furii. A on jest moim wentylem. Moją przepustką do osiągnięcia spokoju.

Zatem mężczyzna siedzący obok jest owym Wilkiem z mojego snu? Naprawdę?

Tak. Naprawdę. Ten drobny gość obok. To jest Wilk. Wilk z pani snu. Pani chciała go poszukać/odnaleźć. Voilà. Oto jest Wilk. Prawda, jakie to proste?

Oj, faktycznie proste. Aż zanadto. Nic prostszego. To nierealne. Zbyt proste. I przez to nierealne. Zwracam się do ludzika, który mieszka w mojej głowie. Coś mi nie pasuje. Nie wiem, co, lecz wyraźnie coś tu nie gra. On w niczym nie przypomina Wilka z mojego snu. Zastanawiam się. Myślę. Czy to jest Wilk z mojego snu? Jest pan pewien?

Oczywiście, że nie jestem. Odpowiada ludzik. Skąd miałbym być pewien? Pyta. Ja niczego nie wiem o niczym. Mówi. Staram się podsunąć pani trop. To wszystko. Dlatego twierdzę: oto jest Wilk z pani snu. Przypatrz mu się, dziecko, uważniej. A potem uważaj, czego sobie życzysz.

Przypatruję się uważnie. Jednak nic z tego nie wynika. Nie czuję się na tropie niczego. Nic nie wiem o tropieniu.

To bez sensu. Obcy nie przypomina Wilka z mojego snu. Obserwuję go, lecz nie zauważam żadnych znamion podobieństwa. Może usterka siedzi we mnie? Może popełniam nieświadomy błąd w trakcie świadomej obserwacji? Może czegoś nie wychwytuję? Może coś mi umyka? To nawet łączyłoby się z moim snem: pokój był naprawdę wspaniały i nie byłam tym zaskoczona, ponieważ tak miało być. Ale gdy stałam na zewnątrz, nic nie zapowiadało tej wspaniałości.

Obok siedzi obcy. Nic na to nie wskazuje, ale to może być Wilk z mojego snu. Jest taka możliwość. Nierealna, ale jest. Moja obserwacja jest niewystarczająca. Nie wnosi niczego do sytuacji. Pora wyjść ze środka własnej głowy – pora się urealnić. W każdym razie potrzebuję dokądś się udać i czegoś doświadczyć. Nie mogę tutaj pozostać. Potrzebuję odetchnąć i zapomnieć. Coś mnie przyciąga. Muszę wykonać jakiś ruch. Jakikolwiek. Nie mogę pozostać w środku własnej głowy. W centrum sfery iluzji i domysłów. Nie tędy droga.

    – Lubi pan truskawki? – pytam obcego.

   O mało nie dławi się piwem. Odstawia kufel z głośnym „puk”. Ociera usta wierzchem dłoni i spogląda na mnie. Oczy mu się śmieją. Jak dziecku na widok bożonarodzeniowej choinki.

    – Truskawki? – nie dowierza.

   Ma wyzywająco pokpiwający ton głosu. Ciekawe, czy zawsze, czy wyłącznie wobec mnie?

   – Truskawki to najlepsze z czerwonych owoców – rzucam swobodnie. Jest mi wszystko jedno, o czym plotę, byle bym nawiązała komunikację. – Nie uważa pan?

Przygląda mi się niepewnie i radośnie naraz. Jakbym spadła z księżyca. A może rzeczywiście spadłam?

Nie myślałem nad tym w ten sposób – odpowiada.

Nie myślał pan o truskawkach w taki sposób, że są czerwone?

Wiem, że są czerwone. Nie o to mi chodzi. Sam nie wiem.

Nie wie pan, czy truskawki, to pana ulubione z czerwonych owoców? Jest pan niezdecydowany? Niepewny swoich upodobań? – dopytuję.

Obcy przygląda mi się coraz uważniej. Kręci głową. Unosi brwi.

Pani jest strasznie dziwna – mówi. – Oczywiście mam upodobania. Oczywiście wiem, jakiego koloru są truskawki. I bardzo, bardzo je lubię. Chociaż moim ulubionym owocem jest pomarańcza.

Ale rozmawialiśmy o czerwonych owocach – przypominam, siląc się na powagę. – Tymczasem pomarańcza jest pomarańczowa. Nie uważa pan?

Obcy wybucha śmiechem. Pogodnym, miękkim śmiechem. W zewnętrznych kącikach oczu ujawniają się kurze łapki, a po obu stronach ust lekko łukowate, pionowe kreski. Oceniam wiek obcego na około trzydzieści osiem lat. Oczy ma mętne w wyrazie, chociaż ich kolor jest czysty. Gorzka czekolada. Wilk ze snu ma żółto-zielone ślepia. Bystre, czujne, choć w innym sensie, niż u Szczura. Wilk ma dobre, łagodne ślepia, ale o zwartym, dzikim spojrzeniu. A oczy obcego są mętne, o jednolitych, ciemnobrązowych tęczówkach. Coś tu nie gra. Na czym polega usterka? Gdzie jest zgrzyt? Nie wiem. Nie potrafię w stu procentach poddać się ani intuicji, ani rozumowi. Nie wiem, na czym zasadza się zgrzyt. Pewnie wkrótce się dowiem. Zawsze coś wyniknie, coś się okaże.

Milknę. Upijam trochę piwa. Zapalam drugiego papierosa. Kątem oka dostrzegam, że obcy przygląda mi się ze wzmożonym zainteresowaniem. Zmrużonymi oczyma. Z lekko uniesioną brodą. Niby jest poważny, ale mam wrażenie, że wewnątrz pęka ze śmiechu. Wnoszę to ze sposobu, w jaki podpiera uniesioną brodę, w jaki dotyka swojej twarzy, ocierając krople piwnej piany z kącików ust. Z kącików, które są pokpiwająco zadarte do góry. Także ze sposobu, w jaki na mnie patrzy. Z pozoru jest to prześmiewczy i niechlujny sposób patrzenia na zupełnie bez znaczenia kobietę. Jednak odbieram to tak, że bardzo mu się podobam, przez co mam dla niego duże znaczenie. Nie wiem, dlaczego tak sądzę. To wszystko jest pomieszane.

    Udaję, że na niego nie patrzę, że skończyłam z nim rozmawiać oraz że o niczym nie myślę. Wiem, że ta poza również mu się we mnie podoba. Wiem, że patrzy na mnie jak na uroczą wariatkę. Wyczuwam takie zabarwienie w jego wzroku. Jego wzrok lepi się do mnie. Czuję to wyraźnie. Klejący, mętny, męski, obcy wzrok na moim ciele. Udaję, że o niczym nie myślę. Obcy patrzy na mnie jak na uroczą wariatkę.

  – Przepraszam panią – odzywa się obcy. – Możemy jeszcze porozmawiać?

  Wzruszam ramionami.

  – Może i możemy – odpowiadam.

  – Może postawię pani jeszcze jedno piwo? – zagaduje.

  – Może i tak.

  – Ma pani ochotę? – upewnia się.

  – Na co?

  Śmieje się.

  – No właśnie: na co? – podchwytuje obcy. – Pytałem chyba o piwo.

  – Mam ochotę.

  – To dobrze. Ja też.

  – Wiem – stwierdzam. – Wiedziałam od razu.

  Wydaje mi się, że nagle przestało mi chodzić o piwo. Chyba rozmawiamy już o czymś innym.

Naprawdę? – podchwytuje obcy. – A skąd?

Dokładnie nie wiem, skąd – mówię. – Po prostu tego typu rzeczy czasami są automatycznie czytelne. Może nie do końca, jednak na pewno można je od razu zauważyć, a potem się ich uczepić – tłumaczę.

Mam wrażenie, że najczęściej, kiedy próbuję coś gładko wytłumaczyć, wysypują mi się z gardła same niedorzeczności. Ciekawe, dlaczego tak jest?

Z pani jest trochę wariatka – śmieje się obcy. – Wie pani o tym?

Czy gdybym wiedziała na pewno, byłabym wariatką? Trochę­-wariatką? Połowiczną wariatką? Całkowitą?

Trochę jestem. I trochę wiem – odpowiadam.

To dobrze, że pani wie. Bałem się, że tym słowem mogę panią obrazić. Ale jednocześnie nie mogłem się pohamować, żeby go nie wypowiedzieć.

Żeby mnie obrazić, trzeba mnie najpierw dotknąć. Aby mnie dotknąć, trzeba najpierw poznać. Nie można mnie dotknąć, kiedy jest się obcym – wyjaśniam.

Nie wiem, dlaczego mówię coś takiego.

No tak – podchwytuje obcy. – A ja jestem dla pani obcy.

Kiwam głową.

Dlatego nie może mnie pan dotknąć.

Przez chwilę milczy.

Czyżby? – odzywa się z szelmowskim i jednocześnie pustym wyrazem twarzy.

Co z tym piwem? – zaczepiam.

Rzeczywiście, zapomniałem o piwie. Zbiła mnie pani z tropu.

Przywołuje barmana. Zamawia dwa piwa. Takie same – dla siebie i dla mnie.

Ja nic nie wiem o żadnym tropie. Nie po to tu przyszłam, żeby wskazywać komuś jego własny kierunek. Żeby dopomóc komuś w utrzymaniu się na wybranej ścieżce. Tym bardziej nie mogłabym nikogo znikąd zawrócić. To jest, zbić z tropu, jak pan powiedział. To nie jest moje zadanie. Nie po to tu przyszłam.

A po co?

Żeby odetchnąć i zapomnieć.

Ach tak. Mogę pani jakoś pomóc?

Tak. Chyba tak. Jeszcze nie jestem pewna. Jakoś. Może i tak.

Upijamy po łyku piwa. Obcy wyciąga do mnie rękę.

Nazywam się…

Nie – ucinam. – Nie tak. W ten sposób mi pan nie pomoże. Proszę się nie przedstawiać.

Przez chwilę milczy. Oczy jeszcze bardziej mu mętnieją. Czy to są oczy Wilka? Może i są. Skąd mam wiedzieć? Nie mogę tego wiedzieć. Niektórych rzeczy nie widać z zewnątrz. Dopiero, kiedy się wejdzie do środka pokoju.

Mówiła pani, że aby móc panią dotknąć, trzeba panią poznać. Czy nie tak pani mówiła?

Rzeczywiście, tak mówiłam.

Więc dlaczego nie mogę się przedstawić?

Dlatego, że ja nie chcę pana poznawać – odpowiadam. – Co nie znaczy, że pan nie może poznać mnie. Oczywiście na ile skala poznania mnie okaże się dla pana realna – dodaję. – Ale to już nie mój kłopot, tylko pana. Ja nie mam na pana wpływu. Pan sam musi decydować o sobie.

Przez chwilę milczy. Pijemy piwo.

Rzeczywiście, ta sytuacja, to jest dla mnie jakiś kłopot – podejmuje obcy po chwili. – Dlatego, że pani mi się podoba. Nawet więcej, niż podoba. Liczę na bliższe poznanie – mówi wprost.

Przypatruję się od nowa jego twarzy. Wydaje się zatroskana, pusta, dojmująco przeciętna. To nie jest Wilk z mojego snu. To nie on. Pomyliłam się. Niedobrze.

Ta sytuacja jest dla pana za trudna, a ja naprawdę jestem wariatką – mówię zupełnie odmienionym tonem. – Proszę dokończyć swoje piwo i iść do domu. Mogę za siebie zapłacić. Zapłacę za siebie. To wszystko. Do widzenia – dodaję urzędowym tonem.

Słyszę swój głos jakby mówił ktoś inny. Wypowiedź brzmi bardzo przekonująco. Wygląda to tak, jak gdybym była kompletną wariatką. Trudno. W porządku. Tak jest prościej. Niczego nie muszę objaśniać. Szkoda czasu. Niczego nie objaśniając, mogę odzyskać czas. Ten, który jest mi tu-i-teraz potrzebny, a który wytraciłam wcześniej na swoją pomyłkę. To jest na rozmowę z niewłaściwym człowiekiem. On nie jest Wilkiem. Nie objaśnię mu niczego. Odwracam się do niego tyłem i spokojnie czekam, aż odejdzie.

Obcy lekko puka mnie w ramię. Kostkami zwiniętej dłoni, leciutko – jakby pukał do drzwi. Puk, puk, puk. Jestem temu niechętna, ale nie widzę innego wyjścia, jak obrócić się z powrotem twarzą do obcego. Obracam się.

Proszę sobie iść – mówię sucho

A jednak mogę panią dotknąć, kiedy tylko zechcę. Nawet i bez pani zgody – odzywa się obcy.

Brzmi to arogancko i bezdyskusyjnie. Najgorsze, że nie mogę się z tym zupełnie nie zgodzić. Dlatego, że jest w tym rys słuszności.

Skoro muśnięcie ramienia nazywa pan dotknięciem, wtedy tak, dotknął mnie pan. Nawet dosyć skutecznie, bo znowu rozmawiamy. Gratuluję – odzywam się do obcego. – A teraz proszę już iść.

Nie chcę.

Radzę panu odejść dla pana dobra – tłumaczę uczciwie. – Ja jestem dla pana za trudna. Pan niczego nie rozumie. Panu nie jest potrzebna wariatka, tylko kobieta z krwi i kości. A ja jestem iluzją. Pan tego nie rozumie. Pan nie wie, o czym ja mówię. To mnie irytuje. Z chwili na chwilę coraz bardziej. Dlatego nic z tego nie wyniknie. Nie będzie z nas żadnej pary. Proszę się nie łudzić. Ja jestem iluzją, absurdem, żartem. Taki rodzaj kobiety w ogóle nie jest dla pana. Ja nie żyję w rzeczywistym świecie. Ja nawet nie żyję w środku siebie, lecz jakby poza sobą, gdzieś obok. A pan nie wie, o czym ja do pana mówię. Dlatego nie ma sensu, żebym mówiła do pana dłużej. Bo pan jest bardzo przeciętny. Rzeczywisty. A ja nie żyję w rzeczywistym świecie. To nie jest realne. To nienormalne, jak ja żyję. Realnie rzecz biorąc, ze mną jest tak, jak gdyby mnie wcale nie było. Pan tego nie rozumie. Oboje tracimy czas. Nie ma sensu go tracić. Powinniśmy go zachować. Każde na prywatny, indywidualny użytek.

Twarz obcego nagle staje się bezczelna. Przez sekundę oczy mu błyszczą. Jakby coś w jego wnętrzu się przefiltrowało. Jakby przemknęło przez niego. Nie bardzo wiem, co. Gniew? Uraza? Agresja? Czy coś przeciwnego: bezsilność? A może ambicja? Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć. Wiem, że nie podobało mi się to, co dostrzegłam. Ów błysk. Wolałabym go nie dostrzec. Mogłam go nie dostrzec – trwał ledwie sekundę. Może i krócej.

Przecież to pani odezwała się do mnie pierwsza – rzuca obcy.

Robi to z poczuciem wyższości.

Tak, ale się pomyliłam – tłumaczę. – Nie powinnam się odezwać, fakt. Ale przedtem myślałam o panu inaczej niż teraz, dlatego się odezwałam. Zwykła pomyłka.

Inaczej? – zaciekawia się obcy. – To znaczy jak?

Nijak – odburkuję. Wzdycham ciężko; chyba rzucam grochem o ścianę. – Po prostu się pomyliłam. Wzięłam pana za kogoś innego. Dlatego zaczęłam pytać pana o truskawki. To wszystko. Proszę sobie iść.

Nie pójdę – odburkuje obcy. – Sam decyduję o sobie. A że podoba mi się tu siedzieć, to będę siedział.

W takim razie, ja pójdę – mówię. – Do widzenia.

Wstaję. Sięgam do kieszeni spodni, żeby zapłacić za swoje piwo. Obcy chwyta mnie za przegub ręki.

Nie może pani wyjść – mówi.

Myślę, że mogę. Myślę, że mogę wyrwać rękę i mogę wyjść. Mogę też poprosić o pomoc barmana. Mogę powiedzieć, że pan, który chwycił mnie za rękę, jest nieprzyzwoicie natarczywy, wobec czego oczekuję, że ochrona baru zrobi z nim porządek. Mogę także, jak przystało na wariatkę, zacząć krzyczeć. Bardzo głośno i przejmująco. Mogę wrzeszczeć. Jest wiele rzeczy, które mogę. Mogłabym. Zwłaszcza krzyk. Przecież potrzebuję krzyku i furii. Przecież dlatego tutaj przyszłam. Dlatego, że zapragnęłam oszaleć. Chciałam popaść w amok. Za jego pośrednictwem chciałam odetchnąć i zapomnieć. Pozbyć się owego czegoś, co mi ciąży, grodzi przestrzeń w środku. Chciałam się pozbyć zegarowej bomby.

Nie słyszę tykania.

Nie wyczuwam niebezpieczeństwa.

A może na tym polega niebezpieczeństwo? Może jest niebezpiecznie właśnie dlatego, że nie słychać tykania?

Jest wiele ruchów, które mogłabym wykonać. Ale jakoś nie wykonuję żadnego.

Cierpnie mi od tego skóra, ale pozwalam się krępować za przegub ręki. Ciekawe, dlaczego?Ciekawe, dlaczego nie krzyczę, dlaczego nie usiłuję się uwolnić?

Chcę pójść do domu – mówię do obcego.

Jestem zupełnie spokojna. Chociaż spokój jest tu nie na miejscu. Jest tak nieadekwatny do sytuacji i mojego samopoczucia, że aż zgrzyta. Zdaje mi się, że słyszę chrobotanie chrząszcza gdzieś pod powierzchnią podłogi. Rozglądam się po podłodze. Ale to jest przecież piwnica. Cegła. Beton. Mur. Nie ma tutaj parkietu. Nie ma żadnych drewnianych paneli, listew. Nie ma żadnych szczelin odpowiednich dla chrząszczy. Wiem, że nie ma. Jednak mój wzrok, moja percepcja są niespójne z myśleniem. Myślę, że coś zgrzyta, chrobocze. Jakbym słyszała chrząszcza. Rozglądam się wszędzie. Naraz uzmysławiam sobie, że poszukuję wzrokiem nie chrząszcza, tylko sznurka maszerujących mrówek. Potrząsam głową. Nie chcę myśleć o mrówkach. Tracę czas.

Proszę mnie puścić – mówię spokojnie.

I tak pójdę z panią do łóżka – odpowiada obcy.

Aż mnie zatyka z zaskoczenia. Nawet nie pyta. Nie sugeruje. Po prostu orzeka. Jakby odczytywał post w serwisie informacyjnym. Jakby to było przesądzone. Jestem zła. Denerwuję się. To nie jest ten gatunek rzeczywistości, z jaką potrzebowałam się połączyć. Wręcz przeciwnie. To jest rzeczywistość nadprogramowa. Absolutnie dla mnie zbyteczna. Nie tędy droga. Jestem tu przez pomyłkę. Pojedynczym, zdecydowanym szarpnięciem wyrywam rękę. Szybko reguluję rachunek – zostawiam pieniądze na barze obok kufla z piwem, i wybiegam.

Wybiegam z piwnicy. Z podziemia. Jestem na zewnątrz. Oddycham głęboko. Wygładzam oddech. Idę. Idę szybkim, ale w miarę jednostajnym tempem.

Proszę zaczekać! – woła za mną obcy.

Nie odwracam się, nie zwalniam, nie odpowiadam. Szkoda czasu. Po prostu idę. Chcę już wrócić do domu.

Niech pani zaczeka – mówi obcy.

Dogonił mnie. Jego krok właśnie zrównuje się z moim. Nie reaguję. Ignoruję go zupełnie. Nie mam z nim o czym rozmawiać.

Po co ten pośpiech? – pyta. Coś mi to przypomina. Kojarzy się z kimś, kogo znałam dawno temu. – Przecież w życiu i tak niczego nie da się przyspieszyć. Niewiele da się z tym zrobić. Cele i przypadki. Proszę nie oceniać mnie z góry. Proszę niczego nie przyspieszać. W końcu i tak pani nie może. Nie może pani uciec – mówi do mnie spokojnie.

Raptem przemówił moim językiem. Nie do wiary. Zatrzymuję się. Stajemy naprzeciw siebie. Nie wyniknie z tego nic pozytywnego. Ani dla mnie, ani dla niego. Nie powinno nas tu być. Jesteśmy tu przez pomyłkę. Coś się okaże. Coś niebezpiecznego. Co prawda nie słychać tykania, ale odbieram pewien niejasny zgrzyt. Dlatego powinnam zawrócić z tej drogi.

Nie słychać tykania. Niczego nie słyszę. Nie słyszę samochodów przejeżdżających obok. Ani żadnych odgłosów miasta. Nawet chrząszcz umilkł. Moja głowa jest wypełniona po brzegi. Dlatego nie dociera do niej żaden nowy bodziec. Nie dociera do mnie nic z zewnątrz. Nie zauważam tła. Nie widzę niczego dookoła siebie. Nie czuję niczego. Ani temperatury powietrza, ani twardości chodnika pod stopami. Nie wiem, na czym stoję. Moja głowa jest przepełniona. Jestem przeładowanym akumulatorem.

Co pan ma na myśli? – pytam obcego. – O co panu chodzi?

Może ja też jestem wariatem? – podejmuje obcy.

Może i tak – wzruszam ramionami. – Czego pan chce?

Nie, wcale nie jestem wariatem.

Wiem.

Pani wzbudza we mnie coś takiego. Jakbym był wołany. Jakbym patrzył na kogoś, kto wygląda przez zakratowane okno – podejmuje. – Nie. Nie tak. – Potrząsa głową. Przez chwilę milczy. Jestem ciekawa, co powie dalej. – Jest w pani takie coś. To coś mnie woła. Wiem, że naprawdę woła kogoś innego. Przyszło mi to do głowy, kiedy na panią patrzyłem. Tam, w barze. Ale i tak miałem nadzieję, że może chodzić pani o mnie. Jest w pani coś, co prowokuje mnie do… Znowu źle – przerywa sam sobie. Czekam, co powie. Jestem cierpliwa. Już nigdzie mi się nie spieszy. – To nie jest prowokacja. Wcale nie. Pani jest bardzo zamknięta. Ja tego nie zmienię. Ale chcę, żeby było tak, żeby pani krzyczała. Nie umiem tego lepiej powiedzieć. Po prostu chciałbym zobaczyć wyraz pani twarzy w czasie krzyku. I wydaje mi się, że pani też tego chce.

Czego ja według pana chcę?

Krzyku – odpowiada. – Chciałbym go z pani wydobyć – mówi. – Wiem, że to brzmi bardzo dziwnie. Ale przecież pani też jest bardzo dziwna. Wiem, że pani mnie rozumie.

Przyglądam się obcemu z uwagą. Wieczór już zaawansowany. Tutaj nie ma żadnej drogi, żadnego wyboru. Pora zawracać. To nie jest Wilk z mojego snu. To pomyłka. Przypadek. Analizuję w myślach słowa obcego. Mogę nie analizować, mogę je odrzucić. Jednak nie odrzucam. Zastanawiam się. Nie wiem, po co. Jednak on mówi do mnie w szczególny sposób. To, co mówi, jest dla niego trudne. Ale w mówieniu towarzyszy mu determinacja. Usiłuje zachować pozór taktowności, grzeczności, jednak wyraża słowami coś prostego, surowego, bezspornego. Jak gdyby pod spodem tego, co mi sobą okazuje, wydawał komendy na polu bitwy. To nie jest Wilk. To Żołnierz. Z Żołnierzem się nie dyskutuje. Dlatego, że Żołnierz ma wpojone konkretne zasady. Postępuje wedle nich i wedle niczego więcej. W takim postępowaniu nie ma miejsca dla jakiegokolwiek wyboru. Dlatego, że w takim postępowaniu zawiera się schemat, wzór, program. I chociaż wiem, że ja wykraczam poza wytyczne Żołnierza, zaczynam być ciekawa, jak to jest podlegać pod jego wytyczne. Podlegać pod cudze wytyczne, odstąpić od własnego myślenia, a przez to odetchnąć i zapomnieć. Może nie tyle zaczynam być tego ciekawa, co przestaję widzieć dla siebie inne wyjście. Po prostu się zastanawiam, co to znaczy znaleźć się w miejscu, w jakim nie ma się żadnego wyboru. Jak to jest: podlegać pod cudze wytyczne i nie mieć wyboru? Czy to bezpieczne? Nie. To na pewno nie jest bezpieczne. Ale może na tym polega moje ocalenie? Ostatecznie chcę jedynie odetchnąć i zapomnieć. Tu-i-teraz wyobrażam sobie, że być może najlepiej zapomina się w miejscu, w jakim nie ma się wyboru. Czy najlepiej zapomina się wtedy, kiedy nie ma się wyboru? Najłatwiej i najskuteczniej? Może tak, a może nie. Tutaj nie ma żadnej drogi, więc… Może to i lepiej. Może na tym polega moje ocalenie?

Milczymy. Wznoszę wzrok, patrzę w górę.

Niebo zrobiło się zupełnie szare – odzywam się.

A jakie to ma znaczenie? – odzywa się Żołnierz.

Brzmi to szorstko. Nie szkodzi. To nie ma znaczenia. Wzruszam ramionami.

W porządku – mówię trochę wbrew sobie, wbrew świadomości, że jestem tu przez pomyłkę – Pójdziemy do ciebie. W porządku – decyduję.

Żołnierz się uśmiecha. Jakby triumfował. Nie ma powodu do triumfu. Jeszcze nie odbyła się żadna potyczka.

W porządku. Do mnie – przytakuje. – Tędy – mówi z zadowoleniem, zatacza ramieniem łuk.

Zawracamy w stronę starówki. Następnie odbijamy w prawo. Wkraczamy w małą, szarą uliczkę. Chodnik jest krzywy. Równie dobrze moglibyśmy iść środkiem uliczki, po kocich łbach. Efekt byłby jednakowy: niewygodne podłoże pod stopami, same nierówności, niestabilności, uchyłki do pokonania.

Zatrzymuję się na moment. Nawet nie zauważyłam, kiedy wyszliśmy z tej brzydkiej uliczki. Teraz jesteśmy przy parku. Jest już zdecydowany wieczór. Mrok. Drzewa, które zdążyły obudzić się do życia, których każda gałąź zdawała się podobną do ręki wyciągniętej na przywitanie z wiosną – te same drzewa na powrót stały się uśpione, półmartwe z wyglądu.

Jedno spotkanie i na tym koniec – mówię do Żołnierza.

Chcę, żeby to było ustalone i najzupełniej jasne. Żadnych złudzeń. Nie trzeba mi nowych złudzeń. Różne złudzenia płyną wraz z moją krwią od dawna. Odkąd sięgam pamięcią. Jakże trudno mi oddzielić prawdę od nieprawdy. Wydaje mi się, że nie potrafię tego wcale. Mój świat nie jest realny, pomimo że jest przecież częścią realnego świata. Przynajmniej tak to wygląda. Ale ja nie wiem, co na tym świecie jest realne. Dlatego nie potrzebuję nowych złudzeń. Potrzebuję ustanowić ten wieczór wedle konkretnych zasad: żadnych niedomówień, żadnych czarów, żadnych złudzeń.

Jedno spotkanie. I koniec – zgadza się Żołnierz.

Nie muszę z tobą nigdzie iść – mówię. – Idę dlatego, że chcę. Mogę zawrócić w każdej chwili – tłumaczę, zapatrzona na uśpione, półmartwe drzewa.

Możesz, oczywiście – zgadza się Żołnierz – ale tego nie zrobisz – dodaje z absolutną pewnością.

Wydaje mi się, że ma rację. Przecież znalazłam się w miejscu, w którym nie ma wyboru. Oczywiście nadal mogę wszystko. Ale nie zrobię niczego. Na tym to polega.

Masz rację, nie zawrócę – mówię. – Chodzi tylko o to, że masz wiedzieć, że mogę zniknąć w każdej chwili. A ty nie możesz mnie na siłę zatrzymać. Masz to wiedzieć. Tylko tyle. Rozumiesz?

Zwleka z odpowiedzią.

Tak. Wiem, o co ci chodzi – mówi po dłuższej chwili. – Możemy już iść?

Nie podoba mi się ton jego głosu. Jest arogancki i roszczeniowy. Odklejam wzrok od drzew i spoglądam Żołnierzowi w twarz. Tak. Twarz Żołnierza wygląda na arogancką. Czy to ma jakieś znaczenie? Może ma. Pewnie to się okaże.

Wzruszam ramionami. Mijamy cichy park. Skręcamy znowu w niewielką uliczkę. Jest nieco szersza od poprzedniej, ale tak samo surowa, krzywa i szpetna.

Wchodzimy do starej, odrapanej kamienicy, która stoi na samym końcu uliczki.

Są tutaj drewniane schody i poręcze.

Na samą górę – informuje Żołnierz. – Trzecie piętro.

Wchodzę za Żołnierzem na górę. Schody są strome i jest mało światła, ale nie chwytam się poręczy, niczego nie dotykam. Dlatego, że schody, że cała klatka cuchnie zbutwiałym drewnem. Odór kojarzy się z amoniakiem i zastałym, kleistym kurzem. Jestem w tej obmierzłej scenerii przez pomyłkę i mogę zawrócić w każdej chwili. Wiem, że mogę. I wiem, że nie zawrócę. Z jakiegoś powodu, który jest kompletnie irracjonalny, chcę zobaczyć, co będzie dalej. Może nie tyle chcę, co zwyczajnie niosą mnie nogi. Wchodzę po tych okropnych schodach jak wymięty cień samej siebie i kroczę mechanicznie. Tym razem nie czuję, że żyję obok siebie, z boku, z tyłu, czy w nawiasie. Tym razem czuję się jak marionetka, która jest jednocześnie moim cieniem. Dlatego nie zawrócę. Na tym to polega. Marionetki nie są władcami; nie władają niczym, nie mogą. A ponieważ jestem i zwykłym cieniem, wiem, że wejdę na samą górę, aby się ucieleśnić.

Drzwi do mieszkania Żołnierza przeczą ogólnej estetyce kamienicy i uliczki. Są metalowe, siermiężne, zaryglowane na trzy zamki. Porządne, czyste, mocne, metalowe drzwi.

Jestem w środku. W domu Żołnierza. Tutaj też jest na przekór ogólnej estetyce kamienicy. Dlatego, że jest czysto. Wręcz jest pedantycznie czysto. Buty w przedpokoju stoją pod linijkę. Blaty w kuchni zdają się błyszczeć. Nigdzie nie widać śladu okruszka czy paproszka. Ława w sypialni ubrana jest w śnieżnobiały obrus. We wszystkich pomieszczeniach powietrze pachnie proszkiem do prania i roślinną świeżością. Nos mi mówi, że owa świeżość, to cięte kwiaty. Ale nigdzie nie mogę wypatrzeć wazonu. Nie widzę kwiatów.

Siadam na łóżku w sypialni. Jest starannie pościelone i pachnie tak, jakby ledwie przed sekundą zostało przywiezione z pralni. Dostaję szklaneczkę jakiejś whisky z paroma kostkami lodu. Kostki są w kształcie sześcianu. Czyli dokładnie takie, jakie powinny być. Nie są owalne, jak najczęściej bywa. Czyli Żołnierz nie robi lodu przy pomocy zwykłych poręcznych woreczków foliowych z krągłymi otworkami. Korzysta z porządnych pojemników do lodu. Muszą być bardzo porządne. Świadczy o tym doskonale zachowany kształt sześcianu każdej kostki, którą widzę w swojej szklance. Trzymam szklankę na linii wzroku, tuż przed oczyma. Przypatruję się kostkom. Obracam szklankę w dłoni. Grube dno okręca się powoli, ustawione na nasadzie mojej dłoni. Moje palce popychają, przesuwają ścianki szklanki. Organizuję mini karuzelę: obracam szklankę w dłoni. Kostki grzechoczą lekko. Skupiam się na dźwięku grzechotki, w jaką przemieniłam mojego drinka. Grzechotanie idealnych kostek kojarzy mi się z grzechotaniem ludzkich kości. Te kości są idealnie białe i ktoś umieścił je w lnianym worku. Ten worek jest nieduży i podobny do tobołka wędrowca. W środku tobołka są idealnie białe, ludzkie kości. Kości grzechoczą przy każdym kroku wędrowca. Tobołek trzęsie się nieznacznie i grzechoczą w nim idealnie białe, ludzkie kości. Idealne sześciany kostek lodu w moim drinku. Bardzo porządny pojemnik do robienia lodu do drinków. Tylko z bardzo porządnego pojemnika można wydłubać takie idealne kostki – bez rozkruszania, bez rozbijania. Ciekawe, czy do wydłubania kostek Żołnierz użył szpikulca do lodu? Po co Żołnierzowi szpikulec do lodu? Skoro ma bardzo porządny pojemnik, z którego można wyjąć takie idealne kostki, to do czego Żołnierzowi szpikulec?

Nie prosiłam o whisky z lodem. Po prostu dostałam. Żołnierz też sączy whisky. Teraz włącza radio. Jakiś chillout.

Ile tutaj doskonałości. Idealny zapach powietrza, idealna temperatura. Idealna czystość, idealne blaty, obrus, łóżko. Idealny drink z idealnym lodem. Idealny chillout. Okej. Okej. Okej.

A gdzie jest szpikulec do lodu?

Gdzie w tym domu znajduje się taki bardzo ostry, spiczasty nóż do kruszenia lodu na kształt idealnych sześciennych kostek?

Okej. Okej. Okej.

Sączę idealnego drinka.

W porządku. Okej. Okej. Okej.

Niewiele da się z tym zrobić.

Tutaj nie ma żadnej drogi. Pora zawracać.

Mogę zawrócić w każdej chwili. Ale nie zawrócę. Nie teraz. Teraz nie mogę, bo jestem cieniem samej siebie. Jestem cieniem, brakuje mi ciała. Nic nie mogę poradzić.

A że jestem i marionetką, to tym bardziej nigdzie się nie wybiorę. Wspięłam się brudnymi schodami na samą górę. Jestem lalką z drewna i ktoś mnie wciągnął za sznurki na górę. Jestem w takim miejscu, w jakim się nie ma wyboru. Ktoś mi podał drinka. To siedzę na łóżku i piję. Nigdzie nie pójdę. Pobędę tu przez chwilę. Co z tego, że jestem tu przez pomyłkę? Czy to ma jakieś znaczenie? Nie pamiętam.

O coś mi chodziło, ale nie mogę sobie przypomnieć.

Czy ktoś ma może szpikulec do lodu?

Do czego pani taki spiczasty, ostry nóż? Proszę spojrzeć na kostki w swojej szklance. Czy nie są idealne?

Żołnierz wyjmuje szklankę z mojej ręki. Odstawia gdzieś. Całuje mnie w szyję, kąsając lekko, i zdejmuje mi ubranie.

Czy nie o to pani chodziło?

Może o to. Nie wiem. Nie pamiętam.

O co tutaj chodzi? Jak to było?

To było tak, że coś mnie tutaj przywiodło.

Chodzi o to, że Żołnierz śpi ze mną w swoim łóżku, które jest idealne.

Lecz ja nie jestem idealna. Jestem drewnianą lalką. Oto ja, marionetka. Cień kobiety. Bez ciała. Bez woli. Bez ambicji. Jestem lalką z drewna i śpi ze mną mężczyzna, którego w myślach nazwałam Żołnierzem. Nie znam go ani trochę i nie chcę poznać. Ale najgorsze, że nie znam siebie i nie wiem, do czego jestem zdolna.

Nie poruszam się. Pozostaję niema i prawie też nie oddycham. Stałam się zupełnie drewniana, kukiełkowa. Jestem zupełnie nieważna. Czy nie o to mi chodziło?

Śpi ze mną Żołnierz, a ja jestem z drewna. Jestem nieważna i Żołnierz także jest nieważny. Nie powinno nas tu być. Jesteśmy tu przez pomyłkę. Czy ktoś ma może szpikulec do lodu?

Rozpościeram ręce, ramiona. Może szukam czegoś w powietrzu, a może tylko tak mi się zdaje.

Czy ktoś ma może szpikulec do lodu?

Potrzebuję taki spiczasty, ostry nóż. Dlatego, że chcę dźgnąć gęste, sztuczne, sterylne powietrze, które wypełnia ten dom. W idealnie czystym, poukładanym domu, powietrze robi się straszliwie gęste. Nie mogę oddychać. Może dlatego, że jestem z drewna. Ale powietrze w tym domu – też robi się z drewna. Za gęste powietrze uniemożliwia oddychanie. Jakbym wciągała do nosa drobne drzazgi.

Muszę uciec z tej drewnianej pułapki. Wpadłam do niej przez pomyłkę. Z minuty na minutę rośnie we mnie zrozumienie. Co ja tutaj robię? Po co ja tu przyszłam? Jak mam stąd uciec? Jak mam się przebić przez to twarde drewno, które mnie gniecie i wypełnia mi dziurki w nosie? Gdybym była ptakiem, to bym zastukała w drewno dziobem. Jak dzięcioł. Rośnie we mnie zrozumienie. Rośnie, aż zaczyna boleć. Ból się znosi, o bólu się nie opowiada. Nie mogę uciec. Nie mogę się przebić. Nie wiem, jak. Nie odnajduję dotykiem, rozpostartymi rękoma niczego w swoim zasięgu. Niczego tu dla mnie nie ma. W tym domu nie ma żadnego szpikulca do lodu. Nie mogę się przebić, nie mogę uciec. Zaczynam płakać. Ale – tylko wewnątrz, tylko do środka. Nie potrafię porządnie zapłakać. Nie umiem płakać realnymi, fizycznymi łzami.

Przecież Żołnierz musi to pojmować, że ja płaczę. Ale jemu to nie przeszkadza. Nic go nie krępuje, nic mu nie wadzi. Oblizuje moje policzki, jak gdyby były na nich strugi łez. I uśmiecha się ironicznie. Jednak do końca aktu nie wydobywa ze mnie ani jednego dźwięku – nie wspominając o krzyku. Nagle sobie przypominam, że chodziło mi o krzyk. Ba. Żołnierz niczego ze mnie nie wydobył, nie wyłuskał. Zupełnie niczego. Ani jednego głębszego oddechu.

W ciemności zapalam papierosa. Palcami szukam rzuconych obok łóżka części garderoby. Znajduję wszystkie bez problemu. Okazuje się, że nie zostały rzucone niedbale, lecz ładnie odłożone w zgrabny stosik. Coś mi to przypomina; nie jestem pewna, co. Ale czy mogę się dziwić temu ładnemu stosikowi ubrań? Przecież to idealny dom. Idealny porządek. Idealny kształt kostek lodu. Teraz popiół z mojego papierosa leci na dywanik obok łóżka. Gorąca, pomarańczowa iskra spada na idealnie czysty dywanik. Idealna czystość dywanika przedziera się do moich oczu przez ciemność. Nie muszę jej dobrze widzieć, żeby zdawać sobie z niej sprawę. Teraz biorę wszystko na dotyk. I na koci zmysł obserwacji. Ciemność nie ogranicza mnie w żaden sposób. Nic sobie nie robię z ciemności. Ani z tej popielnej iskry, która strzepnęła mi się z papierosa prosto na idealny porządek w tym idealnym domu. Prosto na dywanik.

Rzeczy, które podniosłam z podłogi, kładę obok siebie na łóżku. Paląc papierosa, zaczynam się ubierać. Tutaj nie było żadnej drogi, a ja i tak tutaj przyszłam. Ciekawe dlaczego?

Chyba dlatego, że zbliżając się do Pół-Kochanka, wytraciłam potrzebę rozumienia, rozwijania w sobie świadomości. Dlatego, że skupiłam umysł na samym oczekiwaniu. Czekałam na Pół-Kochanka. Czekałam przy Pół-Kochanku, jak gdybym utknęła w dziwnym domu. W takim domu, gdzie na ścianie wisi zegar bez wskazówek. Czas dla mnie przestał istnieć. Czas stał się nieobecny, zawieszony, próżny. Dlatego, że czekałam. Mówiłam: nie przepraszaj, ja niczego nie oczekuję. Ale nie mówiłam prawdy. Właśnie się okazuje. Zawsze coś wyniknie, coś się okaże.

Okazuje się, że kiedy w ciemności nakładam na siebie po kolei ubranie, usiłując przykleić swoje myśli do realnej rzeczywistości, to rozumiem i pamiętam różne rzeczy. Przypominam sobie, że przestałam iść przez życie, a zaczęłam czekać. Na co czekałam? Na kogo. Na Pół-Kochanka. Ten zegar nie ma wskazówek. Dlatego czekanie nie ma sensu. Ból się znosi, o bólu się nie opowiada. Tutaj nie ma żadnej drogi. Pora do domu. Nie potrzebuję żadnego krzyku, ani furii. Potrzebuję powrotu do domu. Jak najprędzej. Natychmiast. Teraz. W środku nocy.

Zdążam założyć bieliznę i spodnie. Bluzka i tenisówki leżą obok mnie na brzegu łóżka. Wyciągam rękę po bluzkę. Ale nie zdążam jej dotknąć. Coś mi to przypomina. Nie wiem, co… Jakiś zimny cień łapie mnie za nadgarstki. Coś mi to mówi. Nie pamiętam, co… Jestem tym tak zdumiona, że wypuszczam z rąk niedopałek. Wypuszczam wprost na idealny dywanik. Niegdyś idealny. Obecnie – ze strząśniętym popiołem; z niedopałkiem gdzieś na sobie.

To nie zimny cień unieruchamia mi ręce. Oczywiście to Żołnierz. Prawie całkiem o nim zapomniałam. A on leżał tu przez cały czas, kiedy gest za gestem się ubierałam. Jak mogłam o nim zapomnieć? Przecież to jego łóżko, jego dom. Widocznie mogłam. Jest do tego stopnia nieważny, że mogłam. Jest do tego stopnia nieważny, ponieważ to ja najpierw stałam się nieważna. Widocznie musiałam stać się nieważna, poniżona we własnych oczach, aby móc zapłakać nad sobą i nad Pół-Kochankiem. Chociaż zrobiłam to tylko połowicznie: płakałam wewnątrz ciała i żadna łza nie wydostała się na powierzchnię. Nigdy nie umiałam niczego porządnie opłakać, a zawsze chciałam móc tego dostąpić. Jednak nawet dzisiaj do końca mi się to nie udało. Nie jestem z siebie dumna. Jednak rośnie we mnie zrozumienie. Wydaje mi się, że zawsze otrzymujemy to, czego potrzebujemy, czego rzeczywiście pragniemy. Nawet jeśli trafiamy gdzieś przez pomyłkę. Nawet pomyłka objawia się jako słuszność, jako coś nieuchronnego i własnego. Z pozoru trafiłam do drewnianej pułapki, gdzie powietrze było za gęste i nie mogłam spokojnie oddychać. W istocie jednak to nie była pułapka, a mój wentyl. Żołnierz i pedantyczna przestrzeń jego domu – były moim wentylem bezpieczeństwa. Poprzez Żołnierza, poprzez obecność w jego domu, chciałam się uwolnić od Pół-Kochanka. Czy raczej chciałam uwolnić Pół-Kochanka od siebie. Dlatego jestem właściwie wdzięczna Żołnierzowi. Chociaż nie podoba mi się, że tak mocno trzyma mnie za nadgarstki. Puchną mi od tego dłonie. Nawet nie boli. Po prostu robi mi się zimno i mam wrażenie, że popękają mi żyły. Żyły w moich dłoniach nabrzmiały i teraz są bardzo wypukłe i pulsują tuż pod skórą. Nie podoba mi się to wcale. Drętwieją mi ręce i chcę do domu. Właściwie jestem wdzięczna Żołnierzowi, ale nie chcę, żeby trzymał mnie za nadgarstki, żeby wybuchły mi żyły. Nie chcę być trzymana w imadle. Skojarzenie z imadłem – o czymś, o kimś mi przypomina, nie pamiętam, o kim dokładnie…

Puść, to boli – mówię do Żołnierza.

A ty dokąd? – odpowiada mi pytaniem.

Znikam. Właściwie już mnie tu nie ma – mówię. – Właściwie, to mnie tutaj w ogóle nie było.

Wybucha diabolicznym śmiechem. I ściska moje nadgarstki jeszcze mocniej. Teraz naprawdę boli.

Ty naprawdę jesteś wariatką – śmieje się Żołnierz. – Myślisz, że cię tutaj nie było? Poważnie?

Puść. Idę do domu.

Skoro cię tutaj nie było, to znaczy, że nadal cię tu nie ma – śmieje się Żołnierz. – To znaczy, że naprawdę już poszłaś do domu. Jesteś w swoim domu i tylko ci się śni. Śni ci się, że jesteś czyimś więźniem. Ale to przecież nie dzieje się naprawdę. Tobie się tylko śni. Nie ma sensu się szamotać i wyrywać. Pomyśl sama. Zastanów się troszeczkę. Myślisz, że można wydostać się ze snu za pomocą szamotania? Żeby stąd zniknąć, musiałabyś się zwyczajnie obudzić. Po co się tak szarpiesz? Dokąd chcesz iść? Co ty w ogóle masz zamiar ze sobą zrobić? Zrozum, to jest bardzo proste: nigdzie nie pójdziesz, rozumiesz? Nie możesz pójść, ponieważ ja cię nie puszczam. Zabra­niam ci iść. A mogę ci zabronić, bo to jest tylko sen. I ci się śni, że tutaj jesteś, i że ja cię trzymam i zabraniam.

Puść – mówię.

Ani się nie skarżę, ani nie proszę. Ani nie jestem zła, urażona, ani zraniona, pokrzywdzona. Znalazłam się tutaj przez pomyłkę, która okazuje się moim własnym życzeniem. Sama jestem sobie winna i nic nie mogę poradzić.

Nagle przenika mnie strach. Rzeczywista obawa o życie przepełnia mi krew. Nagle zaczyna mi na sobie zależeć. Teraz się boję. Strach wypełnia każde moje włókno mięśniowe. Strach dociera razem z krwią do różnych zakątków mojego ciała. Teraz się ucieleśniam. Teraz nareszcie zyskuję swoje ciało. Teraz jestem niezaprzeczalnie realna. Właśnie w tej chwili, kiedy Żołnierz wmawia we mnie, że to sen.

Zapomnij, że tu byłam – mówię Żołnierzowi. Mój głos jest lekko podniesiony. Chcę, żeby był podniesiony. Mam do tego prawo. Wzbiera we mnie ochota na krzyk. Może nie mam wyboru, nie mogę się wyswobodzić i uciec, ale mam prawo do krzyku ze strachu. – Zapomnij o mnie.

Więc jednak tu byłaś? Teraz ci się przypomina? – śmieje się Żołnierz.

Szydzi ze mnie. Bawi się mną. Wie, że się boję. Zdążył to zauważyć. Mój strach powoduje w nim radość. Mój strach karmi Żołnierza. On lubi być karmiony w ten sposób. Widzę to teraz wyraźnie. Mimo ciemności widzę wyraźnie radość Żołnierza. Cieszy się, że jest górą, że może wydawać rozkazy. Napawa się tym. To nie ma żadnego sensu. To nie może trwać w nieskończoność. Jak długo Żołnierz może mnie unieruchamiać w ten sposób? Jak długo moje nadgarstki mogą tkwić w imadle? Dlaczego Żołnierzowi sprawia przyjemność rozporządzanie kimś, kto jest nieporównywalnie słabszy fizycznie od niego? Co w tym miłego? Co to za pożywka?

Teraz ci się przypomniało? – mówi. – Już pamiętasz? Pamiętasz, że dopiero co kochałaś się ze mną w tym łóżku? A teraz, co? Chcesz sobie raptem odfrunąć? Wyobrażasz sobie, że jesteś ptaszkiem? Znowu ci się przyśniło. A rzeczywistość wygląda tak, że mnie się nie porzuca z chwili na chwilę, ot tak, w środku nocy. Nie możesz iść ze mną do łóżka i po chwili zniknąć. Nie możesz się ze mną kochać, a potem mnie odsunąć, kiedy wpadnie ci do główki taki kaprys. Ze mną tak nie wolno. Nie jestem zabawką, którą odstawia się do kąta, kiedy już po zabawie. Nigdzie nie pójdziesz. Nie zostawisz mnie w środku nocy. Dlatego, że ja ci zabraniam. Trzymam cię w potrzasku.

Umieram ze strachu. Nie mam siły i przestaję odbierać cokolwiek poza strachem. Moje ciało staje się lekkie i miękkie. Mam wrażenie, że zaczynam wysączać się na zewnątrz ciała. Mam wrażenie, że za moment podfrunę nad sobą jak ptak. Moje ciało staje się zwykłym ubraniem, z którego będę mogła się wyzuć. A zaraz potem podfrunę wysoko. Ani Żołnierz mnie nie zatrzyma, nie zagrodzi furtki do mojej ucieczki, ani strach, który Żołnierz we mnie wywołał.

Żołnierz wzbudził we mnie niezwykle silny strach, niesamowitą obawę o życie. Dzięki temu zaczęło mi na sobie zależeć. Aż połączyłam się ze swoim ciałem. Myśli pozostały odklejone, surrealne, lecz wraz z budującym się strachem – moja dusza wkleiła się do każdej komórki, weszła w każde naczynie, poruszyła każdy nerw. I stałam się realna. To znaczy obecna w swoim ciele. A strach trwał, był i rósł we mnie. Aż straciłam wszelką siłę i energię wewnętrzną.

Nie mając wyboru, możliwości realnej ucieczki, wyswobodzenia się z uchwytu Żołnierza, zaczynam z powrotem odwarstwiać swoją duszę od ciała. Jakbym zdejmowała z siebie ubranie. Jakbym obierała jabłko. Wydobywając się z ciała, zaczynam odzyskiwać wolność. Mam takie uczucie, jakby wyrosły mi skrzydła. Słyszę miarowe tykanie jakiegoś zegara. Myślę sobie: jakie piękne skrzydła mi wyrosły. Wysączam się poza obręb ciała, łagodnie ciągnięta pięknymi skrzydłami. Jestem bardzo blisko czegoś. Jestem uroczym kolibrem. Trzepoczę skrzydłami. Słyszę swój trzepot. Uwalniam się. Jestem już bardzo blisko. Zaraz mnie tu nie będzie. Wyfruwam. Frunę daleko. Nie wiem, dokąd. Nie chcę tutaj zostawać. Chcę zachować swoją istotę. Chcę zgłębić swoją istotę, obejrzeć ją z lotu ptaka. Chcę być bezpieczna. Nie chcę się bać. Marynarz mówił, że powinnam obejrzeć siebie-minioną z lotu ptaka. Że należy podfrunąć nad swoim wspomnieniem. Ale ja nie umiałam. Nie umiem podfrunąć wystarczająco wysoko nad żadnym wspomnieniem. Nie mogę. To dla mnie za trudne. Nie wiem, dlaczego. Nie mogę dokonać tego we wspomnieniu. Mogę tylko w tu-i-teraz. Teraz się do tego zabieram. Właśnie teraz. Wysączam się na zewnątrz ciała. Wyfruwam. Jako pierwsze z mojego ciała wyodrębniają się skrzydła. Skrzydła ciągną za sobą moją resztę. Jaką resztę? Co jest moją istotą? Kim ja jestem? Nie wiem. Ja niczego nie wiem o niczym. Niczego nie dostrzegam. Niczego nie pojmuję. Widzę tylko te skrzydła. Moje ptasie skrzydła. W środku głowy ktoś się do mnie odzywa. Ktoś do mnie mówi, zaczepia mnie: spójrz, jakie skrzydła mi wyrosły, widzisz? Widzę, widzę wyraźnie. Kim jesteś, piękna kobieto? – pytam. Pytam w środku mojej głowy, nie wypowiadam słów. Coś mi się przypomina… Po prostu o czymś myślę i ktoś mi odpowiada. Nic więcej nie wiem. Jednak to nie jest rzeczywistość. To musi być sen. Żyję we śnie. Kim jesteś, piękna kobieto? Skąd masz takie skrzydła u ramion? Zobacz tylko, są nieskazitelnie białe. Widzę białe, ptasie skrzydła. Chyba znalazłam się w niebezpieczeństwie. To dziwne. Jak do tego doszło? Nie wydawało mi się to nadto ryzykowne. Zjadłam tylko trochę orzeszków z barowej miseczki. Czy było w tym coś niebezpiecznego? Jak mogło być? Potem ktoś przyszedł. Ktoś się pojawił i usiadł na stołku obok. Ale to nie był Wilk z mojego snu. Coś przegapiłam. Czegoś nie wzięłam pod uwagę. Sama tego chciałam. Dostałam już wszystko, czego potrzebowałam. I oto jestem. Dzieje się tu-i-teraz. Wyrosły mi ptasie skrzydła i porzucam wszystko. Jestem bardzo, bardzo blisko…

Nagle spadam na ziemię. Żołnierz puścił moje nadgarstki. Nawet lekko mnie odepchnął. Dlaczego? Co się dzieje? Ocucenie świadomości, dojście do siebie, zdanie sobie sprawy z paru prostych faktów, z tego, gdzie jestem – zajmuje mi jakąś chwilę. Niczego nie można przyspieszyć. Próbuję się z tym pogodzić. Intensywnie mrugam oczami, starając się jak najskuteczniej przyzwyczaić percepcję do ciemności. Dziwne wrażenie. Jakbym zniknęła stąd na dłuższą chwilę, jakbym przeniosła się do otoczenia pełnego rozświetlonej bieli. To nierealne. A teraz wróciłam. I jestem tutaj. W domu Żołnierza, we wcześniejszej ciemności. Mrugam oczami, starając się odzyskać baczność kota.

Udaje się. Z ciemności wyczesuję wzrokiem i rozpoznaję różne kształty. Widzę przed sobą płomień. Widzę wyraźnie. To prawda czy sen? Przez chwilę wciąż nie wiem. Nie umiem się zdecydować. Nie wiem, co sądzić. Co to za ogień?

Nagle zaczynam kojarzyć fakty. Chodzi o papierosa. O żar papierosa, który spadł na dywanik. Wzniecił ogień. Może nie pożar, może to jeszcze nic wielkiego, ale niewątpliwie jest to pionowy, żywy i skwierczący ogień. Coś trzeba zrobić z tym ogniem. Bo jeśli się czegoś nie zrobi, może wybuchnąć pożar. Czy to nie dziwne? W idealnym domu – nagle ogień, wyraźny płomień, który trawi idealny dywanik.

Właśnie dlatego Żołnierz puścił moje nadgarstki. Pobiegł do kuchni po wodę, żeby ugasić płonący dywanik. Odepchnął mnie i pobiegł. Może po wodę, a może po jakąś ścierkę czy ręcznik, żeby zdusić płomień.

Skojarzywszy parę prostych faktów, nie zwlekam już ani chwili. Korzystam z dziwnej szansy i podrywam się do ucieczki. Nie mam na co czekać, nad czym się zastanawiać. Może kiedyś, innym razem uda mi się porządnie podfrunąć nad sobą jak ptak – nie tak jak przy Pół-Kochanku, i nie tak jak tutaj. Może jednak to będzie we wspomnieniu? Może i tak. Nie wiadomo. Coś wyniknie. Coś się okaże. Różne rzeczy się dzieją i nic nie można poradzić. W porządku. Nie ma na co czekać. Pora do domu.

Coś trzepocze się w moim środku. Wyraźnie słyszę trzepotanie. Jednak nie chodzi o ptasie skrzydła. To bicie mojego serca przyspiesza. Po co? Czy serce nie wie, że niczego nie da się przyspieszyć?

Podrywam się z łóżka. Korzystam z nagłej nieuwagi Żołnierza i jak najszybciej próbuję namierzyć drzwi wyjściowe. Szukam ich na dotyk. Jednak nie dysponuję bacznością kota. Rozpościeram ręce, ramiona – do przodu i na boki. Coś mi to przypomina… jakbym błądziła po ciemnym, obcym lesie… Czy ktoś ma może szpikulec do lodu?

Natrafiam dłońmi na drzwi. Jest strasznie ciemno. Za pomocą skóry, poprzez dotyk poznaję, że to właściwe drzwi. Są zimne, metalowe. Okej. Okej. Okej. Duże, zimne, metalowe drzwi.

Głaszczę drzwi, szukając gałek, pokręteł od zamków. Coś chwytam, coś obracam, coś chrzęści i zgrzyta. Ile jest zamków? Dziesięć? Dwadzieścia? Tysiąc? Szarpię klamkę. Coś chrobocze.

Nie wiem. Nie pamiętam, na ile zamków zamknięte są drzwi w domu Żołnierza. W idealnie czystym domu, który stoi w totalnie obskurnej dzielnicy mojego miasta.

Moje miasto, ja tobą oddycham. Dlatego, że wiem, że jesteś niedaleko. Jesteś bardzo blisko. Tuż obok. Za tymi zamkniętymi drzwiami, za tą odrapaną kamienicą. Pomóż mi, moje miasto, sprzyjaj mi trochę. Przecież widzisz, że wróciłam do środka swojego ciała, że próbuję realnej ucieczki, że miotam się wśród realnego chrzęstu tysiąca zablokowanych zamków. Moje miasto, ty jesteś moim świadkiem. Przecież widzisz, jak ja bardzo staram się oddychać, jak głęboko, jak moje stopy mocno dotykają podłoża. Widzisz, jaka jestem realna?

Nagle drzwi odskakują. Zaczynam biec. Wybiegam na korytarz. Biegnę najszybciej, jak mogę, jak się da. Trzymam się poręczy. Bardzo mocno się trzymam. W ciemności zeskakuję po dwa, trzy stopnie. Już nie przejmuję się zbutwiałością drewna, brudem, odorem amoniaku. Zeskakuję po parę stopni, mknę w dół w ciemności, po obcych, stromych schodach. Mało tego: biegnę boso, całkiem boso. Jestem bardzo, bardzo realna. Nie do wiary. Realnie rzecz biorąc, moje tenisówki zostały na łóżku Żołnierza. Nie zdążyłam ich założyć. Teraz lepki kurz tej drewnianej, gnijącej klatki – mam przyklejony do gołych stóp. Kurz i nie chcę myśleć, co może jeszcze.

Wybiegam z klatki. Pędzę środkiem szpetnej uliczki, boso, po kocich łbach. Nie do wiary, że udaje mi się nie skręcić kostki. Że nie spadłam z tych okropnych schodów. Zatrzymuję się dopiero przy parku. Jest mi strasznie gorąco.

Oszołomiona, łapczywie wciągam powietrze. Okręcam się dookoła własnej osi. Rozglądam się, czy aby Żołnierz za mną nie przybiegł. Mrużę oczy (jak kot?) w poszukiwaniu zarysu ludzkiej sylwetki. Nikogo nie widać. Jest ciemno. Samotna latarnia rzuca odrobinę światła po drugiej stronie parku. Po mojej stronie nie ma ani jednej latarni. Są słupy, ale klosze zostały rozbite. Zginam się wpół, opieram dłońmi o wyprostowane kolana, zwieszam głowę. Wsłuchuję się w dudnienie krwi w swojej głowie i próbuję uspokoić oddech. Oddycham głęboko. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

Trzepotanie za moim mostkiem stało się łopotaniem wielkiej płachty materiału wystawionej na wichurę. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Powietrze, które wchodzi mi do gardła, następnie przenika głębiej, do płuc – robi się płynne, rześkie. Oddychanie już mnie nie boli. Przestaje być porwane i chropowate, jakbym nałykała się żyletek (albo ostrych, drewnianych drzazg). Powoli zaczynam się uspokajać. Podnoszę głowę i tułów, prostuję się. Wdech. Wydech. W porządku.

Drugi raz wwiercam się wzrokiem w przestrzeń dookoła. Jest tak ciemno, że prawie niczego nie widać. Niepotrzebnie zmuszam oczy do nieludzkiego (kociego) wysiłku. Gdyby ktoś tutaj był, gdyby skradał się do mnie, najpewniej i tak nie byłabym w stanie w porę go wypatrzeć. Dlatego, że jest za ciemno. Mój wysiłek jest więc próżny.

Ale przecież oprócz mnie nikogo tu nie ma. Park jest pusty. Chodnik jest pusty. Uspokajam się. To prawda, że jest ciemno, ale i tak wiem, że jestem tu sama. W porządku. Żołnierz nie wybiegł za mną. W porządku. Idę do domu. Najwyższa pora.

Przestaje mi być gorąco. Powoli mijam park. Spoglądam przez ramię. Nikt za mną nie idzie. Moje miasto śpi. Okej. Okej. Okej. Już nie jest mi gorąco. Wręcz zaczynam czuć zimno. Raptowny chłód, drżenie, gęsia skórka wstępują mi na ramiona i plecy. Odruchowo spuszczam oczy, spoglądam na swoje ramiona, na dekolt. Naraz widzę, że idę w samym staniku. Coś mi to przypomina, tak jakby już kiedyś… Zupełnie o tym zapomniałam. Teraz sobie przypominam. Nie zdążyłam włożyć bluzki. Podobnie było z butami. Po prostu nie zdążyłam. A potem zapomniałam. Nawet gdybym miała dość czasu, zgromadzenie na sobie wszystkich elementów stroju nie było dla mnie równie cenne, co rychła ucieczka. Tylko ona się liczyła. Tylko to było dla mnie cenne. Przy Żołnierzu, w jego domu, tylko jedno było ważne: ja. To ja byłam – stałam się ważna. Ja. A przecież planowałam coś odwrotnego – zamierzałam się unieważnić. A jednak stałam się ważna. Nie mogę w to uwierzyć. Stałam się ważna, ucieczka była ważna. A żeby uciec, byłam gotowa porzucić nie tylko swoje ubranie, bluzkę i buty, ale i swoje ciało. Jak gdyby i ono było ubraniem. A może jest?

Kroczę w ciemnościach. Dosłownie. Jest środek nocy. Idę boso, bez bluzki. Jest mi zimno. Trochę mi wstyd. Jeszcze trochę się boję. Nie wiem, co sądzić. Nie wiem, ponieważ straciłam do siebie zaufanie. Straciłam. Dlatego, że pozwoliłam Żołnierzowi zbliżyć się do mnie. To było zbyt śmiałe i dziwaczne. Nawet jak na wariatkę. Nie wiem, co powinnam o sobie sądzić. Nie wiem, co myśleć. A oprócz zimna, wstydu i strachu – nie wiem nawet, co czuć, co odbierać. Nie wiem, w jaki sposób odzyskać zaufanie do siebie po takiej przygodzie jak dziś. Przecież nie pierwszy raz jestem sobą rozczarowana. Już kiedyś wcześniej… Dzisiejsza przygoda była zdecydowanie na wyrost. Coś wzięło nade mną górę i to było niepotrzebne. Przywiodło mnie do punktu, w jakim nie miałam wyboru. Teoria wyborów i tak jest nieściśle sformułowana, niestała i stale wyobcowana. Lecz dziś dodatkowo objawiła się zwykłym żartem, komiksową karykaturą. Aż dziwne, że nie odezwał się do mnie Marynarz. Że nie wybuchł swoim cynicznym śmiechem.

Nagle słyszę w oddali szmer. Ten szmer narasta. Poczucie zimna i gęsiej skórki się wzmaga. Zatrzymuję się przy parku, krzyżuję ramiona na piersi i nasłuchuję. Wsłuchuję się w nagły dźwięk jak wypłoszone zwierzątko.

Co to za szmer? Czy to Marynarz? Czy to możliwe, że Marynarz się ze mnie natrząsa?

Przecież już od dawna go nie potrzebuję. Przecież nie ma żadnego Marynarza. A jednak wszystko układa się tak, jak gdyby on istniał.

To nierealne.

A co na tym świecie jest realne?

A jednak w narastającym szmerze słyszę śmiech Marynarza. Właśnie dzisiaj. Teraz. Tu-i-teraz. Czy w tej chwili znowu potrzebuję przewodnika? Uwsteczniłam się? Czy w ogóle nie przeszłam żadnej drogi? Niczego się nie nauczyłam przez ten czas?

Szmer rośnie. Mam wrażenie, że moje uszy sterczą jak u dzikiej sarenki. Stoję jak wryta i nasłuchuję. To warkot. Gruby, charakterystyczny warkot. Potężne mruczenie jakiegoś silnika.

Oglądam się przez ramię. Widzę grupę motocykli, jadących w tym samym kierunku, w którym ja idę. Myślę sobie, że jeszcze tego mi brakowało – akurat dzisiaj, jeszcze tego: motocyklowego gangu, mijającego mnie po drodze, kiedy półnaga i bosa snuję się przez obskurną dzielnicę mojego miasta.

Moje miasto, ja tobą oddycham. Czy nie widzisz, jak bardzo się staram zachować zimną krew? Wspomóż mnie trochę. Ochroń. Niech motocykle zmienią kierunek. Niech skręcą w boczną uliczkę. Jesteś przecież moim miastem. Nawet będąc obskurną dzielnicą, niezmiennie jesteś moim miastem – no więc zrób coś. Puść motocyklom oko i niech zmienią swój kierunek. Mrugnij tylko jakąś latarnią, oświetl im jakąś boczną uliczkę. Niech skręcą.

Ale nic z tego. Mruczenie silników narasta. Są już blisko. Świecą swoimi reflektorami. Jest ich cała chmara. Będą mijali mnie po drodze. Pewnie mnie nie zignorują. Półnaga, sama jedna w środku nocy, pewnie mnie nie miną bez żadnej reakcji, nie mogę na to liczyć, półnaga i sama jedna nie mogę być przezroczysta. Mruczenie silników narasta. Prawdziwe, ciężkie motocykle. Niskie, zdecydowane, dosyć ciepłe, przyjemne brzmienie. Nie przypomina irytującego bzyczenia komara lub innego owada. Ten miły, zbiorowy pomruk kojarzy się bardziej z sygnałem ostrzegawczym jakiegoś dużego zwierzęcia. Jakiego zwierzęcia? O czym pani myśli w tej chwili, kiedy półnaga, przytula się pani do kory jakiegoś drzewka, próbując stać się przezroczystą, próbując się stopić z tą korą? Co pani sobie wyobraża? Co się kłębi teraz w pani głowie? Ja sama nie wiem, proszę pana. Moja głowa jest zresztą pana naturalnym środowiskiem. I co pan tam widzi? Co pan widzi w środku mojej głowy, proszę szanownego ludzika? O czym powinnam myśleć, kiedy półnaga, sama jedna w środku nocy i w środku obskurnej dzielnicy, usiłuję być przezroczystą dla motocyklowego gangu, który będzie mnie mijał za dwie sekundy, za jedną, za pół? O czym ja mam teraz myśleć?

Myślę, że nasilający się, ciężki warkot motocykli jest podobny do pomruku niedźwiedzia. Do takiego informacyjnego, dźwiękowego przekazu, kiedy niedźwiedź zauważa coś małego, kryjącego się w cieniu drzewa – następnie ogłasza temu czemuś, że jest bardzo, bardzo głodny.

Zbliża się do mnie chmara motocykli. W mojej głowie siedzi brunatny niedźwiedź i mruczy: dobry wieczór, proszę pani, jestem bardzo, bardzo głodny.

Wstrzymuję oddech i mocniej przytulam się do pnia, do chłodnej, ostrej kory parkowego drzewa. Mimo wszystko mam nadzieję, że motocykliści zwyczajnie pojadą sobie, że nikt nie zwolni, nikt nie przystanie. Wstrzymuję oddech i lekko przymykam powieki.

Motocykle mijają mnie jeden po drugim. Nie do wiary. Znikają u wylotu uliczki chyba szybciej niż się pojawiły. Wypuszczam z siebie powietrze. Robię to z taką ulgą i zaangażowaniem, jakbym pozbywała się słonej wody nabranej wcześniej w usta. Słona woda. Morze. Marynarz. Ciekawe dlaczego znowu myślę o Marynarzu? Po prostu myślę o nim od czasu do czasu. To wszystko. Zresztą to nieważne. Najważniejsze, że droga wolna i mogę spokojnie ruszyć do domu.

Robię kilka kroków. Kilka kroków – i zatrzymuję się jak wryta. Jeden motocykl zawraca. Nie wiem, co myśleć, co robić. Nie rozumiem. Stoję osłupiała, struchlała i czekam, co się wydarzy. Nie mam na swoją sytuację żadnego wpływu. Nic tutaj nie zależy ode mnie. Czy zawsze byłam równie bezwolna? Czy stałam się taką właśnie dziś? Z chwilą, gdy poszłam razem z Żołnierzem do jego domu?

Motocyklista zatrzymuje się obok mnie. Gasi silnik. Ale nie zdejmuje kasku. Nie mogę odczytać jego intencji. Czuję się całkowicie mała i bez sensu.

Chodź – mówi obcy. – Odwiozę cię do domu.

Wyciąga do mnie rękę. Stoję w bezruchu. Jestem słupem soli. Sól. Słona woda. Morze. Marynarz. Skąd biorą się te myśli? Nie wiem, co sądzić. Po prostu stoję i nie ruszam się.

Chodź – powtarza obcy. – To nie jest bezpieczna okolica. Zabiorę cię do domu. Nie bój się. Mnie nie musisz się bać – przekonuje.

Okej. Okej. Okej. Kroczymy w ciemnościach pod tym, co jest zapisane w górze*. Wzdycham ciężko i podaję obcemu rękę. Pomaga mi usadowić się tuż za sobą i pokazuje, czego i jak mam się trzymać.

Gdzie mieszkasz? – pyta.

Biorę głębszy wdech.

To naprawdę nie tak daleko – odpowiadam. – Mogę pójść piechotą. Całe miasto śpi. Nie wydaje mi się, bym spotkała kogoś złego na tym krótkim odcinku, który został mi do…

Po prostu podaj adres – przerywa obcy. – To nieważne, ile kroków masz przed sobą. Naprawdę nie uważam, że powinnaś chodzić tędy sama. Zwłaszcza o tej godzinie. Zwłaszcza, wybacz, że to powiem, w takim stroju, jaki teraz masz na sobie.

Jeszcze jeden wdech. Teraz recytuję, gdzie mieszkam. I kiedy z powrotem odzywa się niedźwiedzi pomruk, kiedy powoli ruszamy z miejsca, ja naprawdę nie wiem niczego o niczym. Po prostu nie mam pojęcia, co się ze mną stanie.

Kiedy ruszamy, przychodzi mi jeszcze do głowy, że mogłam przecież zadzwonić po taksówkę. Telefon komórkowy i pieniądze mam bezpiecznie schowane w kieszeni dżinsów, razem z kluczami od domu. Dlaczego nie zadzwoniłam po taksówkę? Nie wiem. Czy byłam w ogólnym szoku? Może i tak.

No ale to już nieważne. Teraz obcy motocyklista odwozi mnie do domu. A ja naprawdę nie mam pojęcia, dokąd to mnie zaprowadzi, co się ze mną stanie. Jestem zupełnie bezwolna.





  • Denis Diderot, Kubuś Fatalista i jego pan – cytat



Justyna Karolak.