piątek, 28 września 2012

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 13

Memów promujących "Tropiąc jednego wilka" - ciąg dalszy...

Nieustannie zachęcam wszystkich miłośników współczesnej, oryginalnej literatury do sięgnięcia po mój debiut wydawniczy...

... esencjonalny, niepokojący, bezpruderyjny kawałek spójnej, literackiej krainy - onirycznej, nietuzinkowej, zaskakującej...

Książka jest do nabycia w ksiągarniach:

Empik i Matras,

a także w Internecie: Replika, Gandalf, Merlin.

Mem nr 13:


Justyna Karolak.

środa, 26 września 2012

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 12

Mem nr 12

"Błyskotliwa, szczera, absurdalna, prawdziwa i mocna" - tak o mojej debiutanckiej powieści, "Tropiąc jednego wilka", powiedział recenzent, Daniel Skalski.

Zachęcam wszystkich sympatyków współczesnej, polskiej literatury - do zakupów w Empiku, Matras oraz w księgarniach internetowych: Replika, Merlin, Gandalf.

Zamawiając książkę w internetowym Empiku - nie ponosi się opłaty za przesyłkę.


Justyna Karolak.


poniedziałek, 24 września 2012

Porażka w łódzkiej Manufakturze

Porażka w łódzkiej Manufakturze
Szczyt idiotyzmu pracowników działu Public Relations
Wstyd, wstyd i jeszcze raz – wstyd

ROZGRABIĆ KOLEKCJE. KRYSZTAŁOWA NOC ZAKUPÓW.” – oto hasło przewodnie aktualnej kampanii reklamowej galerii handlowej Manufaktura w mieście Łodzi. Po medialnej wichurze, która rozpętała się wokół tematu, rzecznik Manufaktury, pani Joanna Karpińska, wycofała już hańbiące Polaków, a w szczególności łodzian, credo. Najpierw skomentowała jednak owo credo jako nieświadome i niefortunne, choć mogące zostać negatywnie odczytane przez społeczeństwo, i tak podjęła decyzję o zdjęciu, zmianie „niefortunnej” linii billboardów.

Pozostaje dziwić się tylko, bezradnie zwieszając ręce, jak można określić powyższą porażkę jako zwykłą „niefortunność”. Toż to szczyt idiotyzmu – wstyd, wstyd i jeszcze raz: wstyd (ujmując rzecz najdelikatniej, jak tylko się da).

Dla niezaznajomionych z tematem, dla zadających sobie pytanie – o co tu chodzi; o co tyle krzyku? – wypada wyjaśnić, że miano Kryształowa Noc – wskutek mocnej, ważnej historii – urosło do rangi nazwy własnej.


Fot.: Marcin Stępień - Agencja Gazeta (źródło: Gazeta.pl)

Otóż nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie kojarzy się ono z iście ponurymi, krwawymi wydarzeniami z nocy z 9. na 10. listopada 1938. roku – kiedy to III Rzesza pod przywództwem Hitlera dokonała swoistego pogromu społeczności żydowskiej. Sformułowanie „Kryształowa Noc” ukuło się naturalnie, w wyniku rysu historycznego. Wzięło się stąd, iż hitlerowcy owej nocy splądrowali sklepy żydowskich właścicieli – i z tych właśnie sklepów, roztłuczone w drobny mak szkło witryn, wysypało się na chodniki, tworząc niezapomniany widok. Ogrom okruchów wystawowego szkła ROZGRABIONYCH żydowskich sklepów posypał się na chodniki, na ulice – niczym kryształy... Mnóstwo Żydów – zamordowano. Wielu – aresztowano; osadzono w obozach koncentracyjnych. Nie chodziło wyłącznie o sklepy – splądrowano też i zniszczono synagogi, domy. Mnóstwo – wielu... Ilu? Celem tego bloga nie jest podawanie danych statystycznych, szczególnie, kiedy mowa o ludzkich istnieniach. Zainteresowanych danymi liczbowymi odsyłam do podręczników historii.

W obliczu tych historycznych wydarzeń, zwłaszcza, że Łódź znana jest z wielu dzielnic, ulic żydowskich – jest absolutną wyżyną skretyniałej ignorancji ustawiać kampanię reklamową obiektu takiego jak Manufaktura pod kątem hasła: „Kryształowa Noc” oraz „Rozgrabić kolekcje”.

Nie każdy musi dobrze znać, kojarzyć historię, ale trzeba być całkowitym debilem, aby przy tworzeniu świeżych, współczesnych haseł reklamowych i mian – nie zerknąć chociażby do wujka Google, by sprawdzić, zweryfikować, czy aby coś takiego jak Kryształowa Noc – już nie istnieje; czy aby nie jest to nazwa własna, zarezerwowana już przez kogoś bądź przez minione dzieje.

Na nic się zdają w tym wypadku przymilne tłumaczenia pani rzecznik o „niefortunności”. Cóż za wyrozumiałość i pobłażliwość wobec pracowników działu PR Manufaktury.

Na usta ciśnie się pytanie: jak brzmi nazwisko twórcy kampanii? Kto jest odpowiedzialny za zaistniałą „niefortunność”? Jakie konsekwencje ta osoba poniesie? Doprawdy – żadne? Dlatego, że billboardy wspaniałomyślnie i szczęśliwie zostały wycofane?

W czasie kryzysu gospodarczego i bezrobocia – zdaje się niemoralne, żeby idiota PR-owiec czy copywriter, który dopuścił się poczynienia na billboardach rzeczonego hasła, dalej grzał ciepłą posadę i uśmiechał się do swoich myśli z cudownie i kreatywnie zrealizowanej kolejnej roboty.

Do tej pory ta osoba nie przeprosiła – nie ukazała publicznie swojej twarzy i nie podpisała się pod „niefortunną” kampanią swoim nazwiskiem. Winnego, jak nader często w naszym kraju bywa, po prostu nie widać. Przepadł bez wieści, czy nie przepadł – prawdopodobnie nie będzie nam dane się dowiedzieć.

Warto dodać – żeby było jeszcze „dowcipniej” – że „niefortunna” kampania akurat zbiegła się w czasie z Festiwalem Czterech Kultur, w ramach którego do Łodzi – przyjeżdża sporo gości z Izraela.

Po prostu – brak słów. Ludziom opadają ręce. Wstyd łodzianom za miasto, bo coraz biedniejsze – i w odniesieniu do rynku pracy, i do kultury.

Łódź już straciła ważną imprezę kulturową, jak Camerimage, teraz tylko patrzeć, aż Festiwal Czterech Kultur wyprowadzi się rychło, ucieknie z Łodzi czym prędzej, gdzie pieprz rośnie. Oby jak najdalej z tego sypiącego się miasta, pełnego gruzów, śmieci i chylących się pod naporem czasu, pięknych konstrukcji, jakimi są liczne, stare kamienice secesyjne. Pani Zdanowska wszak miasto ma głęboko w nosie: najwyżej latarnie miejskie znów wyłączy (żeby na prądzie zaoszczędzić), to może nikt za bardzo nie zauważy, że pięknych kamienic w tym mieście się nie remontuje (bo szkoda pieniędzy), że dziur w drogach stale przybywa, że zamiast dworca Fabrycznego z ziemi wyziera gigantyczna wyrwa, dziursko, przepaść – i śmiem twierdzić, iż nowego dworca baaaaaaaardzoooo długo łodzian oczy w tym miejscu nie ujrzą.

Ale – za „niefortunną” kampanię nikt za bardzo nie przeprosił, nikt publicznie się nie przyznał, że wcześniej zachował się jak kompletny idiota; idiota wręcz doskonały. Pani Zdanowska również w tej moralnej, kulturowej kwestii głosu nie zabrała – bo po co?

Zamiast zabierać głos w kwestiach ważnych, lepiej Lyncha było pogonić z Łodzi, bo przecież ona – pani Zdanowska – lepszy na Łódź pomysł miała.

Miała i ma: milczeć, kiedy należałoby głos dać w ważnej sprawie.

Miała i ma: dworzec rozkopać i porzucić na pastwę czasu, aż społeczeństwo zapomni.

Wstyd, wstyd, wstyd.

Justyna Karolak.

Przyp. red.: źródłem informacji o Kryształowej Nocy w Manufakturze jest Gazeta.pl – Wioletta Gnacikowska, Manufaktura. Noc zakupów niemal jak... pogrom Żydów. Fotografia również pochodzi z tego artykułu.



sobota, 22 września 2012

Hej, Dzieci, lizać pianę z kolan księdza

Oto mem komentujący "niewinną zabawę"
w salezjańskim gimnazjum w Lubinie:



Justyna Karolak.

Dziwna zabawa pełna piany - czyli powiastka o tym, że nic się nie stało

Dziwna zabawa pełna piany
czyli powiastka o SaLIZAńskim gimnazjum w Lubinie
i Łojcze Dyrektorze

Dotychczas sformułowanie „ciało pedagogiczne” zwykło się interpretować z szacunkiem bądź po prostu neutralnie. No ale – język, to żywa tkanka. Język – tak samo jak obyczaje, rytuały i kultura – również ewoluuje. I tak – na skutek dziwnej zabawy pełnej piany, którą zorganizowano na wyjeździe integracyjnym gimnazjum z Lubina – sformułowanie owo poczęło nabierać nowego wydźwięku. Odtąd większość Polaków będzie już pamiętała: ciało pedagogiczne – jak to CIAŁO. Wychodzi na to, że trzeba je lizać.



Geneza głośnej historii uczniów, rodziców i ciała pedagogicznego lubińskiej szkoły – raczej każdemu w tym kraju jest znana. I nie tylko w tym kraju, bowiem historia obiegła już prasę zagraniczną – amerykańską i brytyjską. O ojcu dyrektorze Kozyrze napisano ponoć między innymi w: Daily Mail, The Huffington Post, The Telegraph. Nawiasem mówiąc – jako Polacy winniśmy albo wzniecić mocną rewolucję, albo strzelić sobie w łeb – w podziękowaniu za katolickie ciało pedagogiczne (przeznaczone do lizania, jak to ciało), które w oczach światowych, zagranicznych mediów i społeczeństw stało się nową, acz obrzydliwą, wizytówką Polski – swoistym, żenującym i zatrważającym exlibris. Warto podkreślić na marginesie, co następuje: odtąd nikt na świecie nie będzie kojarzył Polski z kiszonymi ogórkami oraz czarniną, ale ze skandalem – i to nie byle jakim. Ze skandalem polegającym na tym, że gimnazjaliści podczas otrzęsin (inicjacji, czyli wejścia nowych uczniów do ww szkoły – tak zwany rytuał kocenia) lizali kolana księdza, dyrektora – posmarowane bitą śmietaną.

Polska? Ach, to ten kraj, w którym księża molestują dzieci i kłamią, ponieważ wmawiają ludziom, że to nie bita śmietana, a pianka do golenia była... Polska? Tak, oczywiście – to ten kraj, w którym dzieci musiały klękać i lizać księdza po gołych kolanach, zlizywać z nich bitą śmietanę... to ten kraj, w którym na wsiach – rodzice bronią takich księży; i dzieci też ich bronią... to ten kraj, w którym kurator oświaty mówi: „Nie widzę przeciwwskazań”.

Nie potrzeba ani mędrca, ani filozofa, ani herosa, ani Boga do tego, by zauważyć, że jeśli dzieci klękają przed księdzem, oddają mu pokłon, kajają się i choćby całują, cmokają go (gdyby rzeczywiście nie lizały) po nagich kolanach, parafrazując zabawnego innego księdza, Natanka – to znak, że dzieje się coś ZŁEGOOO... Okazuje się właśnie, że głupota księdza Natanka rysuje się zaledwie zabawnie i jest godna lekko cynicznego uśmiechu, a co najwyżej drobnego współczucia. Na naszych oczach, w krainie mediów – wyrósł nowy ksiądz, prawdziwy gigant brzydkiej, haniebnej, fatalnej obyczajności. Autentyczny gigant, tytan szczytów głupoty i obrzydliwości – tak zwany piankowy ksiądz. A Janina Jakubowska na to, rzecznik prasowy Kuratorium Oświaty we Wrocławiu:

Jeśli im (przyp. red.: dzieciom) to nie uwłaczało i nigdzie nie zgłosili sprawy jako problemu, potraktowali to jako zabawę, to nie widzę przeciwwskazań.

Na takie słowa z ust kuratora oświaty – w kieszeni otwiera się kosa i normalny człowiek mierzy się z odruchem, by nie wybiec na ulicę i nie zawahać się splamić sobie rąk krwią. Aż się prosi, by polała się krew pani rzecznik. Co tam kosa – tu przydałby się prawdziwy, niezastąpiony Nóż Morderca. Święty Graal w krainie noży – nóż Gurkhów, tak zwany Kukri.

Wypowiedź Janiny Jakubowskiej wypada skomentować krótko, syntetycznie:

swego czasu – także gimnazjaliści – wymyślili dla siebie inną kapitalną zabawę, Słoneczko. Dziewczynki układały się na podłodze, w kręgu, na brzuchach, główkami do środka – bez majteczek. A chłopcy „brali je od tyłu”, co krótką chwilę zmieniając „partnerkę”. Dzieci nie zgłosiły nigdzie problemu – w dodatku same zabawę wymyśliły, nikt im niczego nie kazał, więc najwyraźniej wszystko w porządku. Skoro dzieci świetnie się bawią, do tego nie biją, nie kradną, nie napadają na starsze babunie i nie wyrywają im siatek z zakupami, lecz niewinnie sobie swingują – to społeczeństwo nie ma najmniejszego powodu do niepokoju. Dlaczego mielibyśmy zatem zakazywać dzieciom zabawy w Słoneczko i tłumaczyć im, że „dzieje się coś ZŁEGOO”? W końcu skoro bawią się obie strony (dziewczynki nie protestowały, chłopcy próbowali się w męskości i ścigali w spenetrowaniu jak największej ilości pochw) – to znaczy, że nie ma przeciwwskazań. Prawda, Pani Janino?




Ale, istota głupoty miałkich wypowiedzi na ten temat nie zawiera się tylko w kuratorium oświaty. Analogicznie rzecz się ma w saLIZAńskim gimnazjum: uczniowie, rodzice, nauczyciele i pracownicy szkoły – jednogłośnie bronią Łojca Dyrektora. Ba – na piśmie domagają się przeprosin. A społeczeństwu – w kieszeni otwiera się kosa (albo Kukri drga w dłoni, podekscytowany do rychłego działania, do wybrania się na wojnę).

Profesor Wojciech Burszta, antropolog kultury ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, powiedział w rozmowie z TOK FM, że prowincja zawsze będzie broniła księży, „swoich”. Dlatego, że świadomość społeczna małych terenów jest odmienna od świadomości wielkomiejskiej. Zgoda – trudno z tym stwierdzeniem polemizować. Nie powinno ono jednak zakłócać wspólnej, nas wszystkich, społecznej walki o wzrost świadomości i suwerennego, zdrowego myślenia na każdorakich obszarach – i w dużych miastach, i na prowincjach. Zważywszy, że w erze Informacji i Internetu – fizyczne granice pomiędzy terenami, między miastami a prowincjami, stają się anachronizmem.

Wygląda na to, że polska wieś – to nie prowincja w gatunku Cicely znanej z dobrego, błyskotliwego serialu pt.: Przystanek Alaska. Cicely wzbudza szacunek, sentyment lub chociaż szczerą ciekawość i sympatię – a współczesna polska wieś: nie. Mimo że ze wsi wywodzą się także ambitne, inteligentne osoby – młodzież, która kształci się i rozwija w dużych miastach. I dla tych osób dom rodzinny, korzenie na prowincji – winny jawić się miękkim, ciepłym mini światem, do jakiego zawsze chętnie zajrzą, aby powspominać pogodne chwile błogiego, szczęśliwego dzieciństwa. Niestety wyobrażenie szczęśliwego dzieciństwa na wsi, na prowincji – w obliczu aktualnej afery moralnej z Lubina – popada w bolesny niebyt, stając się powodem do wstydu za to, skąd się pochodzi.

Osoby pochodzące ze wsi wciąż muszą wstydzić się swego pierwotnego adresu zamieszkania – przed kolegami i/lub przełożonymi w pracy. Bo jak mają się nie wstydzić, kiedy polską wieś nadal kojarzyć wszyscy musimy z tępym biciem pokłonów przed brzydkimi panami w czarnych sukienkach? Bo jak mają się nie wstydzić, skoro rodzice pokrzywdzonych przez Łojca Dyrektora dzieci mówią, że nic się nie stało; że jest w porządku. Bo jak mają się nie wstydzić, kiedy saLIZAńskie ciało pedagogiczne nie widzi problemu oraz czuje się obrażone burzą wokół tematu, jaką roznieciły media, a później – internauci i blogerzy.

Na tym zdjęciu widać, że rzeczona pianka do golenia złudnie przypomina bitą śmietanę - ciekawe dlaczego? Przecież to niewinna zabawa tylko tylko...

To prawda – piana na kolanach księdza, którego w efekcie powinno się pacyfikować na bezludną wyspę, nie jest jedyną pianą w tej sprawie. Dużo piany – ubiły tu media, czerpiąc dla się wyraźną pożywkę i nośność, jak to zazwyczaj w sprawach wagi społecznej, w swej esencji – skandalicznej. Lecz bez bicia tej medialnej piany ludzie z dużych miast żyliby w nieświadomości, co się w gimnazjum w Lubinie wyprawia. A rodzice biednych dzieci – żyliby w naiwności i spętani swoją własną kretyńskością, w dalszym ciągu nie widząc problemu. Bo przecież to tylko wesoła tradycja. Bo przecież tak jest od lat. Bo przecież nikt nigdy złego słowa nie powiedział. Bo przecież – to tylko, tylko, tylko... I oby na tej bezludnej wyspie nie było i żadnych zwierząt – oby żadne zwierzątko nie zostało przez Łojca Dyrektora skłonione, by wylizywać mu nagie, owłosione, brudne kolana z mleczka kokosowego (którego prawdopodobnie zwykł używać do golenia w zastępstwie tradycyjnej pianki, bo może za gorzka, bo niesmaczna), kiedy w zasięgu nie będzie ni żadnych dzieci, ni głupich, posłusznych rodziców – pretendujących do niezwłocznego leczenia psychiatrycznego.

Warto dopowiedzieć, że bicie tej piany, rozpętywanie wojny i rozognionych dyskusji – nie tyczy się wyłącznie kwestii molestowania, pedofilii etc. Niewinny jest Łojciec Dyrektor przestępstwa o podłożu seksualnym, póki nie udowodni mu się winy; fakt. ALE: nie najważniejsze tu, czy podtekst seksualny wystąpił intencjonalnie, czy przypadkiem. Czy Łojciec Dyrektor miał erekcję, czy nie miał. 




Pytanie, dlaczego to musiały być gołe kolana? Dlaczego pianka, krem – które jednoznacznie, w samej swej naturze, wyglądzie, definicji, kojarzą się bezsprzecznie z kontekstem erotycznym. Dlaczego obnażone bezwstydnie kolano, a nie na przykład – ubrany – łokieć?

I ostatecznie – dlaczego wieś, prowincja walczy o zachowanie swej tępoty i ograniczenia umysłowego? Dlaczego umysły rześkie, przytomne – miałyby wsi pobłażać, usprawiedliwiać wsiowych rodziców i „pedagogów” – wariatów, psychopatów, debili? Usprawiedliwiać i wyjaśniać, że taka jest ich kultura, obyczajowość – ustalona i wyryta długie lata temu. Bo na wsiach zawsze stado zniewolonych owiec lgnęło do kościoła, bijąc się w piersi i pokłony składając nie przed Bogiem (choć i to byłoby i niestosowne, i niedorzeczne), a przed urzędnikiem kościelnym, to jest przed panem w sukience.

Ciekawie skomentował jeden z artykułów na ten temat internauta o loginie „jgalka”:

A dlaczego ta pianka do golenia jest w pojemniku po bitej śmietanie? A dlaczego na zdjęciu ksiądz zdaje się mieć niezłą erekcję? Dlaczego qrwa znowu dzieci i ksiądz, czy nie da się tych dwóch towarzystw ustawowo oddzielić od siebie? Nie chce mi się więcej pytać o tępych rodziców, o kuratorium itp., bo kto mi odpowie – chyba wiatr.

Taki komentarz pozostawił internauta na portalu Gazeta.pl pod tekstem pt.: Piana na kolanach księdza. Na szczęście jest to tylko jeden z wielu głosów jednoznacznie krytykujących Łojca Dyrektora.

Na szczęście – ludzi świadomych jest coraz więcej. Lecz idiotów i obmierzłych drani – nadal niestety nie brak.

Na koniec – pytanie wypada skierować do wiatru. Nie do kuratorium, nie do prokuratury, nie do żadnego profesora – do nikogo. Proste, lekkie pytanie – rzucone swobodnie na wiatr. Pytanie, które niech zadryfuje bezpańsko jak śmieć, jak niechciana papierowa serwetka wyrzucona w powietrze, na ulicę, za okno... bo kto mi odpowie? Chyba wiatr.

Rzucam więc pytanie na wiatr: i co dalej? Co teraz będzie? No – co?

Co dalej, Polsko, z tym problemem, z katastrofą kulturową, z brzydką, makabryczną groteską – z lizaniem przełożonego? Doprawdy – to tylko zabawa? Zabawa w galery? W poddaństwo, w niewolnictwo wobec systemu – wobec urzędu i urzędnika? Zabawa niewinna w odzieranie czynów podszytych erotyzmem i pedofilią – z erotyzmu i pedofilii? Zabawa w wojskową falę? W co?

Czyń wietrze ze stosem ważnych pytań, co zechcesz. Uznaj je za nieważne i roztrwoń, rozdmuchaj w cztery strony świata. Niech ucichną i przepadną bez echa. Bo może wcale nie warto o nic w powyższej sprawie pytać. Może nie warto niczego czyścić, prostować. Może już wszystko stracone. Może już czas – jedynie na Kukri: czas zabrać Kukri na spacer; wyjść z Kukri na ulice miast i dużych, i małych. Po co? Żeby poszukać wiatru w polu. Nie odpowiedzi, tylko wiatru – czystego, chłodnego, orzeźwiającego wiatru, który dobrze przewietrzy głowę.

Justyna Karolak.

Przyp.red.: źródłem informacji o wypowiedziach Janiny Jakubowskiej ( Justyna Mańkowska, PAP, Piana na kolanach księdza) i prof. Burszty (Polska wojna kultur) oraz dziennikach zagranicznych opisujących wydarzenie (Media na świecie o otrzęsinach w gimnazjum salezjańskim: Przerażające, odrażające), jest Gazeta.pl. Sformułowania „Łojciec Dyrektor”, „piankowy ksiądz” i „saLIZAński” zostały zaczerpnięte z Internetu i są autorstwa społeczności internetowej, nie mojej.

Fotografie wykorzystane do artykułu również nie są mojego autorstwa. Zostały zaczerpnięte z Internetu - nie udało się zlokalizować ich pochodzenia i autorstwa.





sobota, 15 września 2012

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 11

Memów promujących moją książkę - "Tropiąc jednego wilka" - ciąg dalszy.

Przypominam, że książkę można zakupić w Empiku, Matras i w księgarniach internetowych - Replika, Merlin, Gandalf. Dodatkowy plus zamówienia książki przez Internet stwarza Empik - gdzie nie ponosimy opłaty za przesyłkę :).


Justyna Karolak.

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 10

Memów promujących moją książkę - "Tropiąc jednego wilka" - ciąg dalszy.

Przypominam, że książkę można zakupić w Empiku, Matras i w księgarniach internetowych - Replika, Merlin, Gandalf. Dodatkowy plus zamówienia książki przez Internet stwarza Empik - gdzie nie ponosimy opłaty za przesyłkę :).

Justyna Karolak.

Adopcja w świecie gejów

Adopcja w świecie gejów

czyli rzecz o dzieciach gorszego boga



Tolerancja w Polsce wobec homoseksualistów – rośnie. To dobrze, bo tolerancja jest bardzo ważną cechą świadczącą o rozwiniętej jakości i sposobie myślenia społeczeństwa. Niechęć, uprzedzenia i lęk w stosunku do inności, do mniejszości – biorą się z niewiedzy. Boimy się tego, czego nie znamy. Nie znamy tego, co wyróżnia się z tłumu, co odstaje, co rządzi się własnymi prawami. Nie rozumiemy mechanizmów zachowań mniejszości, ponieważ nie stykamy się z nimi w codziennym życiu. Stąd wynika dystans: ze strachu, który jest skutkiem braku świadomości.



Na szczęście powoli zaczynamy budować świadomość społeczną i różnoraka inność – jeszcze małymi krokami, ale już staje się przez nas, przez Polaków, akceptowalna. Pomału stajemy się otwarci, świadomi, życzliwi i tolerancyjni. Ale nadal jeszcze nie możemy pogodzić się z jednym aspektem dotyczącym życia homoseksualistów – z adopcją dzieci.



Niech sobie idzie przez miasto dwóch panów, trzymających się za ręce – nie przeszkadza mi taki obrazek – mówimy. Niech sobie dwóch panów związek legalizuje – jeśli taka ich wola; nic mi do tego – mówimy wspaniałomyślnie, jakże tolerancyjnie. Ale nie wolno im adoptować dzieci – uparcie twierdzimy. A jest to twierdzenie głupie, niemoralne i niewarte funta kłaków. I z całą pewnością – nie mające nic wspólnego choćby z cieniem jakiejkolwiek tolerancji czy świadomości.



Po pierwsze uzmysłówmy sobie, że geje byli dziećmi par heteroseksualnych – choć sami w życiu dorosłym są homoseksualistami. Żadna para heteroseksualna nie ma najmniejszej gwarancji, iż jej potomstwo również będzie heteroseksualne. Orientacja seksualna rodziców nie ma wpływu na orientację dziecka. Rodzice mają wpływ na kształtowanie, wychowanie i świadomość dzieci, ale nie na ich dorosłe wybory i nie na organiczność głębokiej sfery ich psychiki.



Małżeństwa i adopcje dla gejów nie są na porządku dziennym. Są luksusem, na który niewielu może sobie pozwolić. Jestem zdania, że związek składający się z dwóch mężczyzn, którym chciało się poświęcić wiele trudu i wysiłku, aby zawrzeć ślub, a potem ubiegać się o adopcję dziecka – to związek ucementowany, poważny i mądry. Tacy ludzie są w pełni świadomi wielu aspektów życia, dobrzy i ambitni – do tego nieźle sytuowani materialnie. Zamiast więc idiotycznie – z pozycji epatującego „tolerancją” i „życzliwością” obywatela – biadolić nad okropnym losem dziecka adoptowanego przez gejów i troskać się o jego dalsze życie, warto uświadomić sobie, że takie dziecko ma po prostu szansę na znalezienie domu. Ma szansę na życie w podstawowej komórce społecznej – może spędzać czas na wiele wspaniałych sposobów, otrzymywać cenne prezenty, jeździć na wakacje i tak dalej. Może żyć szczęśliwie i dobrze – wychowywane i kochane przez dwóch wujków. Tymczasem jesteśmy tak moralni, że najchętniej zakazalibyśmy gejom adopcji w rzekomej trosce o moralne dobro niechcianych, samotnych dzieci. Tych samych dzieci, które bez adopcji przez gejów – tak samo zresztą jak nie wybrane przez innych, heteroseksualnych rodziców – mogą zostać zwyczajnie skazane na życie w tak zwanym bidulu. To jest w domu dziecka, który jest miejscem tragicznym, biednym, brzydkim, traumatycznych i pozbawionym wielu ważnych niuansów zdrowego, zwykłego życia. Z jakiegoś makabrycznie beznadziejnego powodu – wolimy skazywać dzieci na dom dziecka, niż pozwolić im rosnąć i dojrzewać w pogodnym, szczęśliwym i dobrze sytuowanym domu.



Geje, którzy chcą adoptować dzieci – to osoby niezwykle tolerancyjne i świadome. Nie ma najmniejszych podstaw, by sądzić, iż ich główną dążnością będzie wychować adoptowane dziecko na osobę homoseksualną. Dlatego, że homoseksualizm nadzwyczaj rzadko ma charakter nabyty – to znaczy uformowany wskutek pewnych-określonych wydarzeń negatywnych bądź traumatycznych jako reakcja na nie (przyp. red.: np.: zdarza się, że heteroseksualne ofiary brutalnych gwałtów w późniejszym życiu zmieniają orientację na homoseksualną). Homoseksualizm nie jest więc ani chorobą, ani wyborem – natomiast jest wrodzoną strefą osobowości człowieka. Stąd celem gejów nie jest wychować adoptowanego potomka na geja.



Ponadto geje, którzy chcą adoptować dzieci – najczęściej mają heteroseksualne przyjaciółki. Współczesne młode kobiety bardzo chętnie przyjaźnią się z gejami i nie ma w tym nic niezwykłego. Jeżeli geje adoptują córeczkę, która dorastając – zmierzy się z dylematami związanymi z kobiecością, intymnością i seksualnością, na pewno będzie mogła zwrócić się ze swoimi dylematami do zaufanej, bliskiej kobiety, przyjaciółki geja (ojca), która pomoże jej z perspektywy kobiety heteroseksualnej – i opowie o relacjach damsko-męskich.



Zadaniem KAŻDEGO rodzica (bez względu na orientację seksualną) jest stworzenie dziecku DOMU, a więc miejsca, które pewni schronienie, karmi, ubiera, daje ciepło i bezpieczeństwo, życzliwość i miłość – i szczepi wartości. Miejsca, do którego dziecko zawsze może wrócić, uciec i schować się w nim bezpiecznie przed złym, zewnętrznym światem.



A najważniejszym obowiązkiem KAŻDEGO rodzica (bez względu na orientację seksualną) jest – owszem, szczepić wartości moralnie słuszne, lecz przy tym opowiadać dziecku i pokazywać świat RÓŻNY od własnego domu. Geje dobrze o tym wiedzą i kiedy już wychowują dzieci, często zapewniają im systematyczny kontakt z heteroseksualnymi rodzinami, aby unaocznić, że tak już jest i najczęściej – mężczyzna i kobieta żyją razem. Nie ma ani jednego powodu, by sądzić, że moralności i orientacji seksualnej dziecka wychowywanego przez gejów – cokolwiek zagraża. Takie myślenie jest głupie, zabobonne i puste.



Analogicznie nasz wspaniały i wielce tolerancyjny naród jakoś nie czepia się matek samotnie wychowujących dzieci. Dziecko wychowywane przez samotną kobietę także nie ma „prawidłowych” wzorców, ponieważ nie posiada ojca – w jego domu rodzinnym brakuje bytności mężczyzny. I w tym przypadku, zadziwiającym cudem – nie boimy się ani trochę o moralność tegoż dziecka.



Wychodzi na to, że potencjalne dzieci gejów – to dzieci gorszego boga. Są to bowiem dzieci, które chcielibyśmy skazać na dom dziecka. Swoją „tolerancją” zatem porzucamy te dzieci i ranimy po raz kolejny. Te dzieci przecież już raz zostały porzucone, czy odepchnięte, czy zostawione przez biologiczne matki. Potem te dzieci w domu dziecka rosły, nie mogąc doczekać się na nowych rodziców, na rodziców adopcyjnych. Potem te dzieci dalej rosły – w bidulu – patrząc, jak do bidula trafiają dzieci młodsze, jak po młodsze dzieci przychodzą kolejni rodzice. A one – wciąż tam były; coraz starsze, coraz mniej chciane, nie wybrane przez nikogo. Być może mogłyby zostać zaadoptowane przez parę gejów i mieć szansę na dobry, czy świetny dom – mogły być kochane przez wiele osób (przez dwóch dobrych wujków i sto cioć – kobiet, heteroseksualnych przyjaciółek gejów), ale – niestety. Nasze społeczeństwo odmawia im tej szansy, kierowane pseudo moralnością i tolerancją. Wstyd – skazywać dzieci na dom dziecka po raz wtóry, kiedy możliwości mogłyby być zgoła inne, nieporównywalnie lepsze.





Łatwo wytykać palcem to, czego nie rozumiemy i atakować, co nieznane, niepojęte, nieprzystające. Łatwo oceniać cudzą moralność, niejednokrotnie własną – zamiatając pod dywan, uznając się za lepszego tylko dlatego, że jest się takim samym jak większość. Bo większość – doprawdy nie zawsze ma rację.



Dlatego nie powinno się zapominać o tym, że dzieci w domu dziecka są istotami porzuconymi, osieroconymi przez heteroseksualnych „rodziców”. Te dzieci nie powinny być w wyniku społecznej, krzywdzącej opinii – zdane na niełaskę gorszego boga w tym samym czasie, kiedy mogłyby zostać przyjęte do serca i pod dach przez parę gejów. Te dzieci – zasługują na łaskę tego samego Boga, co wszystkie dzieci (i wszyscy ludzie). One też, identycznie jak wszystkie dzieci, zasługują na dom rodzinny. A odmawiając gejom prawa do adopcji, odmawiamy im niesienia pomocy, budowania pełnego domu. I, co najgorsze, odmawiamy tym sposobem osieroconym dzieciom dodatkowej, cennej i dobrej szansy na rozwój w domu rodzinnym, zamiast w bidulu.

Bo wszyscy chcemy być kochani, szczęśliwi i pogodzeni z życiem, które jest podarunkiem i wartością samą w sobie. I chociaż być może brzmi to banalnie, pozostaje przy tym najszczerszą prawdą. Lecz my (ciągle wielu z nas) często i uparcie zapominamy, że szczęście, do którego tak bardzo dążymy, jest niczym innym, niż sposobem myślenia i akceptacją samych siebie oraz ludzi innych od nas. Bo wszyscy chcemy być dziećmi lepszego Boga, a nie boga gorszego; tego, który pozbawia rodzinnego domu i kpi z inności.

* Tytuł artykułu jest parafrazą filmu z 1986. pt.: Dzieci gorszego Boga – reż. Randa Haines. Fotografia jest kadrem z filmu.


niedziela, 2 września 2012

Śmierć - rozwiązanie długofalowe

Śmierć – rozwiązanie długofalowe
Credo współczesnego Polaka: Myślę perspektywicznie

1. września 2012. najpopularniejsza telewizja śniadaniowa w Polsce (DD TVN) gościła panią profesor Płatek, która ze znakomitą i swoiście nienaganną godnością oraz pewnością siebie – prezentowała rodakom pogląd na temat resocjalizacji więźniów.

Nawiasem mówiąc: trudno wskazać jednoznacznie, jakie jest źródło populizmu polskich mass mediów, ale jedyną osobą w ww programie, która starała się delikatnie, acz niezwykle słusznie, podważyć kompleksową i zarazem – niestety – głupią opinię pani profesor na temat polskiego więziennictwa, był Bartosz Węglarczyk (współprowadzący). Niestety został on zbombardowany nie tylko przez panią profesor, ale również przez swoją koleżankę z pracy, Kingę Rusin, która – z podobnie niejednoznacznych pobudek – usilnie utożsamiała się ze zdaniem pani profesor. Czy utożsamiała się, ponieważ takowe otrzymała polecenie służbowe od prezesa TVN – czy jedynie dlatego, iż nie jest zdolna do suwerennego konkludowania – stwierdzić już nie sposób. Innymi słowy: nie sposób stwierdzić, gdzie leży źródło populizmu polskich mass mediów (a w tym przypadku – DD TVN). Nie wiadomo, kto powinien zostać z pracy zwolniony: Rusin (za to, że nie myśli), Bartłomiej (za to, że myśli), czy prof. Płatek (za to, że nie myśli i udaje, że myśli). Mniejsza o to.

Pora na meritum: polskie więziennictwo, a mówiąc ściślej – istota resocjalizacji polskich więźniów zdaniem prof. Płatek.

Resocjalizacja. To słowo brzmi dumnie, w dodatku zdaje się nader poprawne politycznie i ładnie się prezentuje w śniadaniowym telewizorze. Któż z nas nie pragnąłby w sobotni ranek w domowym zaciszu, z filiżanką pysznej kawy lub herbaty – słuchać z powabnego, polukrowanego, śniadaniowego telewizora słów świadczących o tym, że tytuły profesorskie nobilitują do wysokiej jakości światopoglądu, opiniotwórstwa oraz zaangażowania w sprawy społeczne-skomplikowane?

Wszyscy z nas, a przynajmniej bardzo wielu – pragnęłoby właśnie tego. Czego? Tu warto odpowiedzieć wprost. Tego, że kiedy w DD TVN odzywa się profesor – jego wypowiedzi winny wzniecać w nas szacunek i poczucie bezpieczeństwa. Tak, bezpieczeństwa – ponieważ wystąpienie takie, jakim poczęstowała nas prof. Płatek, budzi grozę i lęk o wychowanie swoich potomków. Kto bowiem w tym kraju będzie rozwijał, budował i edukował świadomość i mądrość dzieci i młodzieży a przyszłych obywateli Polski, skoro tytuły profesorskie, jak okazało się właśnie na przykładzie prof. Płatek, pretendują nie do wysokiej jakości opinii, lecz do idiotycznego epatowania własną, naprawdę wątpliwej jakości, kreatywnością?

Pani Płatek – jest Pani żywym obrazobórstwem dla polskich profesorów, dla jakich tytuł ten niesie właściwe znaczenie, i dla których jest on zasłużonym synonimem trzech poważnych czynników umożliwiających jego zdobycie: iloraz inteligencji, ciężka praca, wiedza. A teraz konkretnie:

Fot. Wojciech Olkuonik/Agencja Gazeta

Prof. Płatek uważa, że resocjalizacja więźniów powinna rozpoczynać się już w chwili skazania człowieka na więzienie. To znaczy, że z momentem, kiedy więzień trafia – mówiąc może i kolokwialnie, ale na pewno uczciwie – za kratki, winien zostać otoczony opieką, która umożliwi mu późniejsze, po latach, wyjście na wolność w postaci pełnoprawnego, uczciwego, godnego zaufania społecznego – obywatela. W tej opinii nie ma nic niestosownego: zacna to bowiem opinia, szlachetna i jakże idealistyczna. A jak powszechnie wiadomo – idealizm jest wielką, porządną cechą. I nie wypada się dziwić, że hasła o resocjalizacji bywają nacechowane właśnie tym podobnym idealizmem. Problem jednak leży gdzie indziej.

Otóż w rozwinięciu dyskusji widać było, że prof. Płatek uznaje za istotę resocjalizacji – płacenie na byt więźniów z kieszeni obywateli. Tak, mowa o dosłownych pieniądzach. Prof. Płatek powiedziała, że płacimy i powinniśmy płacić na więziennictwo tyle i po to, aby zapewnić bezpieczeństwo strażnikom, pilnującym porządku w więzieniu. Płacimy więc po to, aby strażnik, który de facto winien z racji pełnionej profesji – zapewniać bezpieczeństwo nam, izolując od nas więźniów – czuł się bezpiecznie. Pierwsza groteska.

Po drugie – płacimy po to, aby zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim bliskim w przyszłości – twierdzi prof. Płatek. Po to, by kiedy „zresocjalizowany” więzień powróci do życia na wolności, nie zrobił nam krzywdy. Ponownie: groteska.

Kto więc – interpretując poglądy prof. Płatek – odpowiada za porządek w więzieniu? Portfel obywatela. Kto odpowiada za resocjalizację? Portfel obywatela. Kto odpowiada za włączenie byłego więźnia do nurtu społecznego? Portfel obywatela. Kto odpowiada za czyny byłego więźnia po opuszczeniu celi? Portfel obywatela.

A zatem, proste równanie: bezpieczeństwo społeczeństwa + resocjalizacja więźniów = portfel obywatela. Pani Profesor – brawo. Z matematyki – szóstka z plusem. Z zachowania – więcej niż wzorowo.

Śmiem rzec, że taniej dla wszystkich byłoby ubiec się o pozwolenie na broń. Taniej – i bez wątpienia bezpieczniej. Jeżeli istotą resocjalizacji jest długofalowość – to powiem, że najbardziej długofalowym z możliwych rozwiązań przysposobienia psychopatów i zwyrodnialców do życia w społeczeństwie, byłaby śmierć.

Śmierć – jedyne rozwiązanie długofalowe. Nie sposób się z tym nie zgodzić. A skoro żyjemy w kraju, w którym zasobność naszych portfeli ma pewnić bezpieczeństwo strażnikom, a w efekcie końcowym – nam samym – rzeczywiście warto zacząć myśleć perspektywicznie.

Zachęcam przeto i nawołuję jak mityczna wolność wiodąca tłum na barykady – wiodę i nawołuję subtelnym echem iście rewolucyjnym w przekazie:

Śmierć – rozwiązanie długofalowe! Polaku: chcesz być w swoim kraju bezpieczny – myśl perspektywicznie! To znaczy: myśl o śmierci, nie o życiu!

I chroń swoje dzieci przed stycznością z profesorami, których tytuł usprawiedliwia do głoszenia idiotyzmów – w dodatku bez cienia zażenowania, iż czynią to publicznie.

Pani Profesor – litości. Błagam: proszę precyzyjniej dobierać słowa i liczyć się z prostym faktem, że kiedy przemawia Pani z samego środka polukrowanego, śniadaniowego telewizora – wchodzi Pani do mojego domu, nie proszona, plotąc groteskowe farmazony i przeszkadzając mi w sobotniej, porannej, pysznej kawie. Podczas gdy moją wolą jest, by kawa ta – pozostała pyszna, czyli wolna od imbecylstwa i tego rodzaju trosk dnia codziennego.




sobota, 1 września 2012

Empik, Matras, Replika i inne - tu znajdziesz Tropiąc jednego wilka

Memów zachęcających do sięgnięcia po moją książkę - ciąg dalszy  


"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 9:


/- Dopiero teraz uwolniłem się od ciebie - mówi mi na pożegnanie.
- To ja cię uwolniłam - prostuję.
- A jednak jesteś zupełnie inna - mówi. - Nie ta sama.
- To ty jesteś inny. Dlatego, że się uwolniłeś - prostuję.
Uśmiecha się. Całuje mnie w wewnętrzną stronę nadgarstka.
- To ty mnie uwolniłaś - prostuje./



Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 8

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 8:


/O czymś marzę. Coś mi się śni. Coś przeczuwam. Coś wywołuję. Coś na mnie spada. Usiłuję rozłożyć ręce i coś odebrać z góry, uchwycić, przyjąć. Jestem bezsilna i nieporadna. Jak dziecko, które uczy się łapania wielkiej plażowej piłki. Mam dziurawe ręce./



Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 7

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 7:


/- Dlaczego zdecydowałeś się do mnie podejść? - pytam.
- Dlaczego się zdecydowałem? - odzywa się tonem, jakby nie rozumiał, o co pytam. Głos ma miękki i cichy. W pewnym sensie kojarzący się z rytmicznym skapywaniem kropel deszczu na parapet.
- Zauważyłam, że przyglądałeś mi się przez jakiś czas - tłumaczę.
- To prawda - przyznaje.
- Aż w końcu zdecydowałeś się podejść.
- W końcu się zdecydowałem - przytakuje.
- Ale wahałeś się przez dłuższy czas, prawda?
- Tak. Długo się wahałem - odpowiada. - Jednak w końcu pragnienie, żeby podejść, okazało się silniejsze - dodaje.
- Dlaczego się wahałeś, czy do mnie podejść? - pytam.
- Ponieważ od razu zauważyłem, że jesteś młodą, bardzo piękną kobietą. W pobliżu takich kobiet zazwyczaj kręcą się tłumy. A ja nie lubię tłumów, dlatego najczęściej unikam miejsc, gdzie one się pojawiają.
- Aha - odpowiadam./




Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 6

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 6:

/Nie widać wokół żywej duszy. Jakby miasteczko wymarło. Jak gdybym trafiła do obrazu Giorgio de Chirico. Brakuje tylko samotnego pociągu - pyrkającej lokomotywy gdzieś w oddali. Albo odosobnionej wieży. Powietrze jest wilgotne, chłodne, rozwibrowane. Czy za moment świat się rozleci? Może i tak./




Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 5

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 5:


/- Jest całkiem prawdopodobne, że jesteś najlepiej całującą     kobietą w  przynajmniej jednym kosmosie - mówi.
 - Też tak myślę./



Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 4

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 4:


Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 3

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 3:


/- Tak. Wiem - mówi. - Świat jest z cukru. Wszystkie myśli i   uczucia też. To wszystko jest jak kryształki cukru, które rozpuszczają się w herbacie.
- Skąd wiesz?
- Wszyscy wiedzą - odpowiada. - W tym nie ma nic dziwnego - dodaje beztrosko.
- Naprawdę? - nie dowierzam. - To cię w ogóle nie dziwi, że świat jest z cukru?
- Nieszczególnie - stwierdza. - Ale nie mówmy już o tym./



Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 2

"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 2:


/- Dlaczego miałabym iść z tobą do twojego pokoju?
 - Ponieważ to najlepszy pokój w całym hotelu i jesteś ciekawa, jak jest w środku - mówi. - Poza tym chcesz pójść ze mną do łóżka - dodaje./







Justyna Karolak

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 1

Tropiąc jednego wilka - Mem nr 1

Minął niespełna miesiąc od premiery mego debiutu wydawniczego, "Tropiąc jednego wilka" - i aby zachęcić zainteresowanych do sięgnięcia po lekturę, niniejszym otwieram cykl memów...

Każde z publikowanych tu zdjęć, począwszy od dziś, będzie w sposób kluczowy reprezentowało określony fragment powieści - dialog bohaterów, cytat, wydarzenie... Potraktujcie je jako klucz-wytrych do zainspirowania się treściami - obecnymi w mojej powieści.




"Tropiąc jednego wilka" - Mem nr 1:
/- Ciekawe dlaczego czas dla ciebie się zatrzymał?
- Może dlatego, że w tamtym domu zegarek nie miał wskazówek?
- Tak. To chyba dlatego./

Justyna Karolak