sobota, 15 września 2012

Adopcja w świecie gejów

Adopcja w świecie gejów

czyli rzecz o dzieciach gorszego boga



Tolerancja w Polsce wobec homoseksualistów – rośnie. To dobrze, bo tolerancja jest bardzo ważną cechą świadczącą o rozwiniętej jakości i sposobie myślenia społeczeństwa. Niechęć, uprzedzenia i lęk w stosunku do inności, do mniejszości – biorą się z niewiedzy. Boimy się tego, czego nie znamy. Nie znamy tego, co wyróżnia się z tłumu, co odstaje, co rządzi się własnymi prawami. Nie rozumiemy mechanizmów zachowań mniejszości, ponieważ nie stykamy się z nimi w codziennym życiu. Stąd wynika dystans: ze strachu, który jest skutkiem braku świadomości.



Na szczęście powoli zaczynamy budować świadomość społeczną i różnoraka inność – jeszcze małymi krokami, ale już staje się przez nas, przez Polaków, akceptowalna. Pomału stajemy się otwarci, świadomi, życzliwi i tolerancyjni. Ale nadal jeszcze nie możemy pogodzić się z jednym aspektem dotyczącym życia homoseksualistów – z adopcją dzieci.



Niech sobie idzie przez miasto dwóch panów, trzymających się za ręce – nie przeszkadza mi taki obrazek – mówimy. Niech sobie dwóch panów związek legalizuje – jeśli taka ich wola; nic mi do tego – mówimy wspaniałomyślnie, jakże tolerancyjnie. Ale nie wolno im adoptować dzieci – uparcie twierdzimy. A jest to twierdzenie głupie, niemoralne i niewarte funta kłaków. I z całą pewnością – nie mające nic wspólnego choćby z cieniem jakiejkolwiek tolerancji czy świadomości.



Po pierwsze uzmysłówmy sobie, że geje byli dziećmi par heteroseksualnych – choć sami w życiu dorosłym są homoseksualistami. Żadna para heteroseksualna nie ma najmniejszej gwarancji, iż jej potomstwo również będzie heteroseksualne. Orientacja seksualna rodziców nie ma wpływu na orientację dziecka. Rodzice mają wpływ na kształtowanie, wychowanie i świadomość dzieci, ale nie na ich dorosłe wybory i nie na organiczność głębokiej sfery ich psychiki.



Małżeństwa i adopcje dla gejów nie są na porządku dziennym. Są luksusem, na który niewielu może sobie pozwolić. Jestem zdania, że związek składający się z dwóch mężczyzn, którym chciało się poświęcić wiele trudu i wysiłku, aby zawrzeć ślub, a potem ubiegać się o adopcję dziecka – to związek ucementowany, poważny i mądry. Tacy ludzie są w pełni świadomi wielu aspektów życia, dobrzy i ambitni – do tego nieźle sytuowani materialnie. Zamiast więc idiotycznie – z pozycji epatującego „tolerancją” i „życzliwością” obywatela – biadolić nad okropnym losem dziecka adoptowanego przez gejów i troskać się o jego dalsze życie, warto uświadomić sobie, że takie dziecko ma po prostu szansę na znalezienie domu. Ma szansę na życie w podstawowej komórce społecznej – może spędzać czas na wiele wspaniałych sposobów, otrzymywać cenne prezenty, jeździć na wakacje i tak dalej. Może żyć szczęśliwie i dobrze – wychowywane i kochane przez dwóch wujków. Tymczasem jesteśmy tak moralni, że najchętniej zakazalibyśmy gejom adopcji w rzekomej trosce o moralne dobro niechcianych, samotnych dzieci. Tych samych dzieci, które bez adopcji przez gejów – tak samo zresztą jak nie wybrane przez innych, heteroseksualnych rodziców – mogą zostać zwyczajnie skazane na życie w tak zwanym bidulu. To jest w domu dziecka, który jest miejscem tragicznym, biednym, brzydkim, traumatycznych i pozbawionym wielu ważnych niuansów zdrowego, zwykłego życia. Z jakiegoś makabrycznie beznadziejnego powodu – wolimy skazywać dzieci na dom dziecka, niż pozwolić im rosnąć i dojrzewać w pogodnym, szczęśliwym i dobrze sytuowanym domu.



Geje, którzy chcą adoptować dzieci – to osoby niezwykle tolerancyjne i świadome. Nie ma najmniejszych podstaw, by sądzić, iż ich główną dążnością będzie wychować adoptowane dziecko na osobę homoseksualną. Dlatego, że homoseksualizm nadzwyczaj rzadko ma charakter nabyty – to znaczy uformowany wskutek pewnych-określonych wydarzeń negatywnych bądź traumatycznych jako reakcja na nie (przyp. red.: np.: zdarza się, że heteroseksualne ofiary brutalnych gwałtów w późniejszym życiu zmieniają orientację na homoseksualną). Homoseksualizm nie jest więc ani chorobą, ani wyborem – natomiast jest wrodzoną strefą osobowości człowieka. Stąd celem gejów nie jest wychować adoptowanego potomka na geja.



Ponadto geje, którzy chcą adoptować dzieci – najczęściej mają heteroseksualne przyjaciółki. Współczesne młode kobiety bardzo chętnie przyjaźnią się z gejami i nie ma w tym nic niezwykłego. Jeżeli geje adoptują córeczkę, która dorastając – zmierzy się z dylematami związanymi z kobiecością, intymnością i seksualnością, na pewno będzie mogła zwrócić się ze swoimi dylematami do zaufanej, bliskiej kobiety, przyjaciółki geja (ojca), która pomoże jej z perspektywy kobiety heteroseksualnej – i opowie o relacjach damsko-męskich.



Zadaniem KAŻDEGO rodzica (bez względu na orientację seksualną) jest stworzenie dziecku DOMU, a więc miejsca, które pewni schronienie, karmi, ubiera, daje ciepło i bezpieczeństwo, życzliwość i miłość – i szczepi wartości. Miejsca, do którego dziecko zawsze może wrócić, uciec i schować się w nim bezpiecznie przed złym, zewnętrznym światem.



A najważniejszym obowiązkiem KAŻDEGO rodzica (bez względu na orientację seksualną) jest – owszem, szczepić wartości moralnie słuszne, lecz przy tym opowiadać dziecku i pokazywać świat RÓŻNY od własnego domu. Geje dobrze o tym wiedzą i kiedy już wychowują dzieci, często zapewniają im systematyczny kontakt z heteroseksualnymi rodzinami, aby unaocznić, że tak już jest i najczęściej – mężczyzna i kobieta żyją razem. Nie ma ani jednego powodu, by sądzić, że moralności i orientacji seksualnej dziecka wychowywanego przez gejów – cokolwiek zagraża. Takie myślenie jest głupie, zabobonne i puste.



Analogicznie nasz wspaniały i wielce tolerancyjny naród jakoś nie czepia się matek samotnie wychowujących dzieci. Dziecko wychowywane przez samotną kobietę także nie ma „prawidłowych” wzorców, ponieważ nie posiada ojca – w jego domu rodzinnym brakuje bytności mężczyzny. I w tym przypadku, zadziwiającym cudem – nie boimy się ani trochę o moralność tegoż dziecka.



Wychodzi na to, że potencjalne dzieci gejów – to dzieci gorszego boga. Są to bowiem dzieci, które chcielibyśmy skazać na dom dziecka. Swoją „tolerancją” zatem porzucamy te dzieci i ranimy po raz kolejny. Te dzieci przecież już raz zostały porzucone, czy odepchnięte, czy zostawione przez biologiczne matki. Potem te dzieci w domu dziecka rosły, nie mogąc doczekać się na nowych rodziców, na rodziców adopcyjnych. Potem te dzieci dalej rosły – w bidulu – patrząc, jak do bidula trafiają dzieci młodsze, jak po młodsze dzieci przychodzą kolejni rodzice. A one – wciąż tam były; coraz starsze, coraz mniej chciane, nie wybrane przez nikogo. Być może mogłyby zostać zaadoptowane przez parę gejów i mieć szansę na dobry, czy świetny dom – mogły być kochane przez wiele osób (przez dwóch dobrych wujków i sto cioć – kobiet, heteroseksualnych przyjaciółek gejów), ale – niestety. Nasze społeczeństwo odmawia im tej szansy, kierowane pseudo moralnością i tolerancją. Wstyd – skazywać dzieci na dom dziecka po raz wtóry, kiedy możliwości mogłyby być zgoła inne, nieporównywalnie lepsze.





Łatwo wytykać palcem to, czego nie rozumiemy i atakować, co nieznane, niepojęte, nieprzystające. Łatwo oceniać cudzą moralność, niejednokrotnie własną – zamiatając pod dywan, uznając się za lepszego tylko dlatego, że jest się takim samym jak większość. Bo większość – doprawdy nie zawsze ma rację.



Dlatego nie powinno się zapominać o tym, że dzieci w domu dziecka są istotami porzuconymi, osieroconymi przez heteroseksualnych „rodziców”. Te dzieci nie powinny być w wyniku społecznej, krzywdzącej opinii – zdane na niełaskę gorszego boga w tym samym czasie, kiedy mogłyby zostać przyjęte do serca i pod dach przez parę gejów. Te dzieci – zasługują na łaskę tego samego Boga, co wszystkie dzieci (i wszyscy ludzie). One też, identycznie jak wszystkie dzieci, zasługują na dom rodzinny. A odmawiając gejom prawa do adopcji, odmawiamy im niesienia pomocy, budowania pełnego domu. I, co najgorsze, odmawiamy tym sposobem osieroconym dzieciom dodatkowej, cennej i dobrej szansy na rozwój w domu rodzinnym, zamiast w bidulu.

Bo wszyscy chcemy być kochani, szczęśliwi i pogodzeni z życiem, które jest podarunkiem i wartością samą w sobie. I chociaż być może brzmi to banalnie, pozostaje przy tym najszczerszą prawdą. Lecz my (ciągle wielu z nas) często i uparcie zapominamy, że szczęście, do którego tak bardzo dążymy, jest niczym innym, niż sposobem myślenia i akceptacją samych siebie oraz ludzi innych od nas. Bo wszyscy chcemy być dziećmi lepszego Boga, a nie boga gorszego; tego, który pozbawia rodzinnego domu i kpi z inności.

* Tytuł artykułu jest parafrazą filmu z 1986. pt.: Dzieci gorszego Boga – reż. Randa Haines. Fotografia jest kadrem z filmu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz