piątek, 19 października 2012

Jak zostać kloszardem? Część I

Jak zostać kloszardem?
Poradnik Młodego Polaka – Część I

W pierwszym odcinku niniejszego poradnika – proponuję 10 unikatowych przykazań, wiodących ku zostaniu Prawdziwym Polskim Kloszardem. Tylko dla Młodych Polaków zadających sobie pytania o przyszłość, o jakość dalszego życia i o emeryturę.



Współczesna Polska nie jest środowiskiem sprzyjającym egzystencji. Trudno w niej zwyczajnie funkcjonować, a jeszcze trudniej – funkcjonować i uśmiechać się do ludzi. A jeszcze trudniej – uśmiechać się do siebie samego.



Młody Polaku, kiedy ostatnio uśmiechałeś się do swojego odbicia lustrzanego? Hmm...



Kiedy ostatnio spojrzałam w oczy lustru – z myślą: jestem wartościowym młodym człowiekiem?...



Jestem wartościowym człowiekiem, bo mam pasję, którą staram się realizować. Mam przebogate życie wewnętrzne i przepastną wyobraźnię. Wspaniale. Mniej wspaniale – że moje życie zewnętrzne nie jest ani trochę przebogate. Od pierwszego do pierwszego dzieli mnie ponura refleksja pod tytułem: tylko jedna pensja od bankructwa. Tak: wystarczy, że złamię nogę – i już wypadam z tak zwanego, szeroko pojętego obiegu. Bez stałego zatrudnienia – miano mojej „ciągłości finansowej” z powodzeniem mogę zamienić na miano „dziury finansowej”. Tymczasem rachunki, świadczenia – rzecz constans, to znaczy – ciągła. To znaczy, że ciągle trzeba je płacić i płacić– i że ciągle rosną (i w tym sensie już nie są constans). Właściwie chyba przestałam już odróżniać chwile, w których stoję w iście komunistycznej kolejce do okienka bankowego i płacę rachunki – od chwil, kiedy nie stoję w kolejce i nie płacę. Mam wrażenie, że spędzam życie w banku czy na poczcie, gdzie bez przerwy zostawiam pieniądze. Po prostu – stoję w kolejce jak z Łodzi do Krakowa i w kółko coś opłacam. Kiedy tak stoję i stoję – po głowie krąży mi, nie wiedzieć czemu, przepiękna piosenka: Never Ending Story.



Gorzej jeszcze, jeśli złamię rękę (a nie nogę) – wtedy już na pewno nic nie napiszę (i moje życie stanie się pozbawione choć tej jednej kropli sensu)...



Patrzę w lustro i – nie czuję się młoda (i na pewno nie mam zamiaru uśmiechać się z tego powodu).



Nie czuję się młoda.



Nie mam siły ustępować starszym miejsca w tramwaju. Nie tak wychowali mnie rodzice. A staruszkowie – nie wiedzą przecież, że czuję się ich rówieśniczką (na razie z wierzchu mojej starości nie widać; ukrywa się w środku, jak dziwna zmora). Przykro mi; czuję się totalnie nierozumiana, wyalienowana. (Nawiasem mówiąc – czy z przyczyny tego wyobcowania pretenduję już do miana prawdziwego artysty? Hmm. Raczej  nie. Jeszcze za mało mam na koncie upokorzeń, krzywd i biedy).



Nadmienię, że średnio na jednego młodego łodzianina w porannym tramwaju – przypada od siedmiu do dziesięciu staruszków, którzy koniecznie muszą przemieszczać się środkami komunikacji miejskiej akurat bladym świtem, kiedy nieliczni z nas – młodzi wiekiem metrykalnym – szczęśliwie gnają do pracy na tych czy innych galerach (a nie do urzędu dla bezrobotnych). Ci staruszkowie oczywiście nie mają siły obiektywnej, więc muszą siedzieć, trzeba im ustąpić. Chociaż brak siły obiektywnej nie przeszkadza im w najmniejszym stopniu mieć siłę subiektywną (ukrytą moc), by codziennie wyprawiać się na cmentarz z wielokilogramowymi siatami z kiśćmi sztucznego kwiecia cuchnącego naftaliną oraz tonowymi siatami z milionem zniczy. I muszą wyprawiać się na cmentarz akurat o siódmej rano – tak, jakby oczekujące na ich wizytę ciała miały wyskoczyć, uciec z grobów; jakby gdzieś im się spieszyło. Co tam cmentarz na przykład o 12. w południe? Znacznie zabawniej jest wepchnąć się do tramwaju o siódmej – choćby na czczo – żeby tylko młodych udających się do roboty – staranować, nawrzeszczeć, że ta współczesna młodzież, pełna zapału i energii witalnej, nie warta funta kłaków, że miejsca ustąpić nie chcą, że Polska schodzi na psy, że w d... nam się poprzewracało od tego całego demokratycznego dobrobytu...



Tak, demokratyczny dobrobyt. Łatwodostępność wielu dóbr z zachodu. Łatwodostępność do dóbr cywilizacji i technizacji. W dodatku – dziesiątki czerwonych dywanów wprost do kariery rozścielone przez zastępy Unii Europejskiej. Ceny laptopów i komórek spadają nieomal do zera. Ale ceny prądu i jedzenia – pną się nieustająco ku górze niczym trujący bluszcz. Nie chcą spaść – na łeb, na szyję. Nie wiadomo, dlaczego. Przecież miało być tak pięknie, tak pięknie.


Owszem – my, młodzi Polacy, posiadamy laptopy. A oprócz tego po kanapki musimy chodzić do matek, żeby od pierwszego do pierwszego dotrwać, bo tylko wszak jedna pensja dzieli nas od bankructwa. Mówiąc „pensja”, mam na uwadze, rzecz jasna – najniższą krajową (przy dobrych wiatrach i kupie niebotycznego szczęścia).



Ze smętną miną staruszki patrzę w lustro i nachodzą mnie dziwne myśli o rodzinie.



O rodzinie?



Tak, mam ja rodzinę. Mam mamę i tatę. Cudownie. Nie jestem sierotą. Jestem istotą nader rodzinną. Mam regularny kontakt z rodzicami. Minimum raz w tygodniu muszę, po prostu muszę udać się do mamy, bo mnie wspiera w opierunku. Dlatego, że mi na proszkowe nie starcza (kanapką mamową, żeby się posilić, też nie pogardzę).



Ale co z rodziną, którą chciałabym, mogłabym założyć?



Mężczyzna – owszem: jest. Choć słowo „jest” można różnorako tu interpretować. Postaram się precyzyjnie wytłumaczyć, dlaczego różnorako.



Otóż rzadko się widujemy. Bo jak już oboje pracujemy, to strasznie ciężko się nam spotkać. Jakoś mijamy się na co dzień. A może po prostu nie chce nam się ze sobą spotkać? Może i tak.



Jedno niedospane, drugie zdźwigane... Nie chce nam się – najwyraźniej to prawda. I troszkę czasu nam nie styka – to też prawda.



A jak już styknie nam czasu – kiedy oboje mrówcze etaty potracimy i z przyczyny przymusowego bezrobocia czasu nagle nam przyrasta – wtedy zapału i chęci nam nieco brakuje z kolei, by porządnie się do siebie zbliżyć (fizycznie; mam na myśli – w celach prokreacyjnych, w celach założenia podstawowej komórki społecznej).



A kiedy już uda nam się do siebie zbliżyć (rzadko, bo rzadko – lecz czasami się udaje), to ostatecznie i tak stawiamy na antykoncepcję. Bo cóż my byśmy z naszym dzieciątkiem poczęli? Ze świeżo narodzonym, nowiutkim, bez skazy człowiekiem?



Ograniczone mamy na wskroś pole wyboru i manewru. Cóż – najwyżej zapeklowalibyśmy do beczki, wek zrobili, i zjedli następnej zimy – w godzinie próby i momencie prawdy... To może lepiej – jednak nie? I stąd – antykoncepcja.



No bo skazywać świeżo poczęte dzieciątko, nowego człowieka bez skazy – różowego, cudnego, takiego, który wszystko może; takiego, dla którego wszystko jeszcze może być inaczej, lepiej... – na byt w tym kapitalnym (nie mylić z kapitalistycznym) kraju, to coś, jak źle ogrzane piekło (mówiąc słowami Kisiela). Dlatego – lepiej nie. Lepiej, żebym nie została matką. Dlatego – zegar biologiczny swoje, a głowa – swoje. Trudno. W porządku. To tylko Polska. Głowa do góry. Wystarczy się pogodzić, potem, w końcu może człowiekowi przestanie na czymkolwiek zależeć – to i marzyć może przestanie i przejmować się już nie będzie, ani żałować, ani martwić, ani... Nie wszyscy muszą przecież przeżywać swoje życie – niektórzy mogą spokojnie wegetować, nie zadawać kreatywnych pytań i nie dążyć. Bo do czego – po co?



Porzuć, Justyno, pytania retoryczne, bezpłodne. Myśl realnie, racjonalnie. Przypatrz się swemu smętnemu odbiciu w lustrze i poszukaj wymiernej odpowiedzi. Pomyśl. Wysil się. Przecież wszystko, dosłownie wszystko – zależy wyłącznie od ciebie. Myślę...



Wyjść ewakuacyjnych z tego impasu, to znaczy z Polski – jest kilka.



Pierwsze, to dosłowne wyjście. Emigracja. Ale – dokąd?



Latem – do Norwegii. Piękna sceneria, fiordy, fiordy, i jeszcze raz – fiordy. Cudne pejzaże. Skały, przestrzenie, kamienne szlaki. W sam raz dla malarza – ileż wizualnych inspiracji, ileż walorów otoczenia... Tylko język trochę zgrzytający, zanadto obcy w brzmieniu. Co ja pocznę – ja pisarz, literat – bez języka polskiego w tle; bez tych wszystkich miękkich sformułowań, żonglerek deklinacyjno-stylistyczno-rodzimych?  



Ostatecznie – jest wszak zima. To może – Toskania? Wyjechać stąd, uciec, daleko, jak najdalej – może do słonecznej Toskanii, wprost do winnic... Wykopię sobie skromny dołek w piasku, owinę się pędami i wiciami winorośli, nasycę oczy niebieskością nieba i trochę się zdrzemnę nareszcie i odpocznę, niepomna trosk tego świata... Ale – za daleko Toskania. Za daleko. Myśl, Justyno, racjonalnie. Myślę. Myślę, że nie stać mnie na bilet. Ani do Toskanii, ani do Norwegii.



A zatem – wyjście numer trzy: skok z 23. piętra Manhattanu. Nie tego w Nowym Jorku. Z wieżowca w jednej z dzielnic Łodzi. Dwudzieste trzecie piętro gwarantuje bardzo efektywne wyjście z życiowego (polskiego) impasu. Bardzo efektywne: operacja jednorazowa (jednorazowy wysiłek). Nie trzeba niczego powtarzać, specjalnie planować, korygować. Po prostu – swobodnie rzucasz się w przestrzeń; to wszystko. Mogłabym zakończyć przy tym swoje problemy dosyć spektakularnie: napisać wzruszający list pożegnalny do Tuska albo dołączyć do skoku pewien performance. Mogłabym, na przykład, dajmy na to, owinąć się cała we flagę biało-czerwoną z napisem: „urodzona w przeddzień stanu wojennego – zmarła w przeddzień stanu wojennego”. Coś w tym rodzaju. Nieźle.



Ale – nie. Nie chcę skakać z 23. piętra Manhattanu z przypiętymi do ramion skrzydłami, pożyczonymi wprost od samego Ikara. Boję się, że nikt w tym kraju by nie zrozumiał, co chciałam swoim uczynkiem wyrazić, powiedzieć światu. Ktoś mógłby wiedzieć lepiej ode mnie, co miał na myśli autor. Ktoś mógłby pomyśleć, że umarłam za ojczyznę. Napisaliby pewnie o mnie raz czy dwa w gazetach, że taka młoda (miała zaledwie 31 lat, wyglądała na 24); że napisała jedną książkę i nagle – koniec... A ja nie chcę tak po prostu, po prostu przeminąć, jak to nucę czasami razem z Czasem spełnienia przy porannej kawie... Poza tym napisałam nie jedną, ale osiem książek. I jeszcze chcę napisać kolejne osiem albo trzydzieści osiem. I chcę je publikować, i żyć. Chcę mieć na chleb, żeby dalej pisać i pisać. Nie chcę odwiedzać Manhattanu.



Zostaje wyjście numer cztery: być kloszardem. Zawsze chciałam zostać kloszardem, lecz brakowało mi odwagi. Może już czas? Zastanawiam się po trosze. Może już czas... Ale – jak się do tego zabrać? Myśl, Justyno.



Myślę (chociaż nie ukrywam, że boli)... I nagle, ot:



10 przykazań prowadzących do zostania kloszardem (adresowane do młodych Polaków):



  1. Ucz się, kształć – nieskończenie długo, sumiennie oraz nakładem wszystkich możliwych sił i środków. Przyj do stypendium naukowego, a później – najszybciej jak to możliwe – do tytułów naukowych (mile widziany doktor – i dalej, jeszcze wyżej).
  2. Wyrzeknij się życia towarzyskiego i – ucz się, kształć, ucz, i jeszcze raz ucz. Nie zadawaj się z kolegami, bo koledzy ci zazdroszczą i są twoją konkurencją pod każdym względem i źle ci życzą (nigdy o tym nie zapominaj).
  3. Wyrzeknij się życia seksualnego (przyp. red.: ucz się, kształć – bez przerwy, w kółko, bez wytchnienia). A zresztą – seks, to grzech. Nie chciałbyś chyba, by społeczeństwo polskie (czytaj: społeczeństwo katolicko-kościelno-policyjno-średniowieczno-inwigilacyjne) wypominało ci, że dzieje się z tobą coś złeeegooo, i że szatan cię weźmie i będzie tobą tak dookoła obracał (parafrazując ks. Natanka). 
  4. Ucz się miliona języków obcych (począwszy od lat wczesnoszkolnych) i wyjeżdżaj na wakacje, gdzie się da, żeby chwytać prawidłowy akcent. Jeżeli nie stać cię na bilety, to pożycz, gdzie możesz, uwikłaj się w kredyty, obrośnij w długi i – w drogę!
  5. Jeżeli jesteś mężczyzną, to spłódź syna, posadź drzewo i wybuduj dom najwcześniej, jak się da – a potem urabiaj sobie ręce po łokcie tak, żeby żona i syn znali cię wyłącznie ze starych fotografii w albumie rodzinnym, i nie zapominaj systematycznie odnosić ciężko wyharowanych pieniędzy do banku na poczet pożyczki, którą zaciągnąłeś w okresie studiów z myślą o swojej edukacji, która miała ci zapewnić bardziej rozwojową i lepiej płatną posadę w przyszłości, która już zdążyła stać się przeszłością, mimo że nigdy do niej nie doszło.
  6. Jeżeli jesteś kobietą w wieku rozrodczym, dąż do urodzenia dziecka, a najlepiej kilkoro w krótkich odstępach czasu. Następnie regularnie odwiedzaj opiekę społeczną i ukorz się, żeby pani urzędniczka-królewna z sarkastycznie górującą nad tobą miną przyznała ci łaskawie jako samotnej matce zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 100 PLN/1 miesiąc na dwanaścioro dzieci.
  7. Jeżeli nie chcesz być pracownikiem najemnym, czym prędzej postaraj się zostać właścicielem franczyzy. Istnieje całe mnóstwo marek zagranicznych, które z otwartymi ramionami powitają nowych dzierżawców z Polski, bo to przecież kraj idiotami płynący jest.
  8. Jeżeli marzysz o wyprowadzeniu się od rodziców, to wyjdź za mąż (jeśli jesteś kobietą) bądź ożeń się (jeśli jesteś mężczyzną) – jak najszybciej i z kimkolwiek. Ważne, by wasza wspólna zdolność kredytowa okazała się wystarczająca na wzięcie kredytu mieszkaniowego (najlepiej we frankach) na 90 lat spłacania. Potem, w około 20 lat od ślubu, kiedy już zrozumiecie, że od początku nic was nie łączyło – droga już wolna i prosta do zostania kloszardem, bo wszak jedynie wspólny (drogi) dach będzie was skutecznie spajał i ani jedno, ani drugie nie będzie miało dokąd uciec, ani gdzie się podziać.
  9. Jak da radę, to czym prędzej zliż pianę z kolan księdza – korona ci od tego z głowy nie spadnie, a i nabierzesz pokory i zaszczepisz sobie poczucie humoru, które w życiu każdego szanującego się kloszarda ma znaczenie priorytetowe.
  10. Jeżeli jesteś porządnym, prawym, moralnym człowiekiem, to postaraj się zapisać do dowolnej frakcji politycznej. Kariera polityczna w Polsce skutecznie podziała na twoją głowę. Jeśli staniesz się mocno zaktywizowanym zawodowo politykiem, na pewno od nieustającego pchania się do złotego koryta nabędziesz wprawy niezbędnej do efektywnego rozpychania się łokciami w noclegowni, kiedy już jako kloszard – rozpoczniesz walkę o kawałek wolnego miejsca do snu.

Justyna Karolak.

2 komentarze:

  1. Spacerując ulicami Łodzi ma się wrażenie, że w tym kraju nawet Ikarom podcięto skrzydła.
    Bardzo gorzki i jednocześnie bardzo osobisty artykuł. Pokazujący jak bardzo Polacy zostali oszukani: przez kolejne rządy, media, propagandę różnych organizacji, na koniec przez samych siebie. I codziennie oszukują się dalej, powtarzając jak mantrę kłamliwe frazesy, nie widząc że znajdują się na pokładzie statku płynącego donikąd.
    Bądź posłuszny, dyspozycyjny i pracuj - już pewien "klasyk" kiedyś napisał, że praca czyni wolnym. Zastanawiające jest, jak często słowo "wolność" płynie z ust różnego rodzaju zamordystów/ zwykle chodzi o "wolność gospodarczą", która ma się do prawdziwej wolności tak, jak... Nieważne. I jak bardzo tzw. tradycyjne wartości zdewaluowały się w obliczu nowych wyzwań. Ale ci, co jeszcze płyną, są jak zaprogramowane roboty - cel ich życia zależy od decyzji aktualnych panów. Ostatnią wersję prawdy będą mieli okazję poznać dzięki mediom. Nawet nie zauważą rafy.
    Liberał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liberale,
      bardzo Ci dziękuję za kolejny komentarz:
      mocny, treściwy i - moim zdaniem - odważny. Zwłaszcza w swoim ostatnim fragmencie: "Nawet nie zauważą rafy".

      Polska, Łódź - kraj, w którym nawet Ikarom podcięto skrzydła. Mądrze mówisz; zgadzam się z Tobą w całości.

      Jeżeli gorycz, którą przelałam na ten artykuł, może chociaż odrobinę naszkicować kontur wartości, które się zdewaluowały, to moje skrzydła jeszcze trzymają się ramion. Ale niezbyt mocno, nieściśle już - niestety.

      Tym, którzy w pędzie wyścigu szczurów zapomnieli, co oznacza słowo "wolność" - chętnie poleciłabym film pt.: Instynkt z Anthonym Hopkinsem. A Ciebie zapraszam do lektury drugiej części serii pt.: Jak zostać kloszardem? - ciekawa kolejnych Twoich przemyśleń, wniosków...

      Pozdrawiam serdecznie :).

      Usuń