wtorek, 23 października 2012

Jak zostać kloszardem? Część II

Jak zostać kloszardem?
Poradnik Młodego Polaka – Część II

W drugim odcinku niniejszego poradnika –
proponuję kilka unikatowych
porad praktycznych, służących usprawnieniu i umileniu
prozy dnia codziennego Młodego Polskiego Kloszarda.

W pierwszej części niniejszego poradnika skupiłam się na wytłumaczeniu, dlaczego jedynym wymiernym wyjściem z polskiego marazmu i braku perspektyw tak na życie zawodowe, jak i rodzinne – jest zostanie kloszardem. Innymi słowy – wytłumaczyłam, skąd biorą się postawy kloszardowe oraz co czynić, by stać się pełnowartościowym Młodym Polskim Kloszardem. To znaczy, że geneza współczesnej kloszardowości i jej motory napędowe – zostały już wyłożone w poprzednim odcinku. A skoro tak – przyszedł czas na omówienie praktycznej strony podjętego zagadnienia. Jak bowiem powszechnie wiadomo – teoria i praktyka, mimo że z założenia są jak awers i rewers tej samej monety, to realnie reprezentują dwa zgoła odmienne i daleko od się położone poziomy interpretacji jednej materii.

A zatem – po omówieniu teorii, pora na praktykę (nie może być inaczej).


Teoretyzowanie podjętego tematu na dłuższą metę nie miałoby zresztą większego sensu. Dlatego, że w rzeczywistości nie jest nadto trudno zostać kloszardem. Mijałoby się więc z celem dalsze snucie teoretycznych opowieści.

Warto powiedzieć wprost: faktycznie – nie istnieją szczególne uwarunkowania do zostania kloszardem. Naprawdę – każdy młody Polak może nim zostać. Nie są tu wymagane specjalne predyspozycje psychosomatyczne. Nie trzeba również być przedstawicielem ściśle określonej kasty, dysponować konkretnym rodowodem – nic z tych rzeczy.

Wystarczy odrobina dobrej woli, chęci i ciekawości świata i... każdy z nas może zostać najprawdziwszym pod słońcem kloszardem! Mogę ja – możesz i ty. Wystarczy odrobina dobrej woli. Kloszardowość jawi się obecnie jako niezwykle prężna i progresywna dziedzina. Zwłaszcza Polska zdaje się wyjątkowo chłonnym gruntem sprzyjającym kloszardowości i wszystkim nią zainteresowanym.


Wystarczy systematycznie, niczym się nie zrażając, składać życiorysy i listy motywacyjne, czyli tak zwane aplikacje do pracy. Świeżo po ukończeniu studiów i obronieniu tytułu magisterskiego – należy codziennie wysyłać od dziesięciu do trzydziestu takich aplikacji. Rzadko który śmiałek nie straci w okresie żmudnego aplikowania pogody ducha i wiary w swój talent i wiedzę. W większości przypadków – już po miesiącu takiego aplikowania – młodzi Polacy poczynają wykazywać pierwsze, acz głębokie, objawy depresji. U niektórych stan depresyjny przeradza się jednakowoż w Syndrom Zaszczucia. Dlatego, że na aplikacje nikt nie odpowiada. Nawet, kiedy szczęśliwie i z wyróżnieniem ukończona uczelnia była państwowa i renomowana. Nawet wówczas – o wszystko trzeba się dopraszać; przestępować progi rozmaitych korporacji z podkulonym ogonem i błagalnym wzrokiem utrapionego, bezdomnego psa.

Tego rodzaju walka o jakikolwiek angaż – w większości przypadków skutecznie i stosunkowo prędko odbiera wiarę w siebie. Ba – wiarę. Odbiera wręcz ochotę na dalsze poszukiwanie wolnego wakatu – umowy o pracę, najniższej krajowej i tego typu niebiańskich udogodnień. Zazwyczaj już po miesiącu – większość młodych absolwentów wspaniałych uczelni bardzo naturalnie nabiera osobliwego pragnienia, by przywdziać stare filcowe palto po dziadku i piechotą pójść przed siebie, choćby boso, jak najdalej od świata cywilizacji i owego demokratycznego dobrobytu i wielości szans, które obiecano nam w dzieciństwie...


Oczywiście wśród młodych Polaków zdarzają się także jednostki wybitne. Są to ludzie, którzy ani myślą zrażać się skromnym miesiącem intensywnego poszukiwania zatrudnienia. Te jednostki próbują znacznie dłużej – pół roku, osiem miesięcy, rok... pięć lat... Przez cały ów czas ani przyjdzie im do głowy, że z tym krajem – najwyraźniej jest coś nie w porządku. Próbują oni bez wytchnienia i starają się nie przejmować. To tylko kwestia wytrwałości i konsekwencji – powtarzają w myślach jak mantrę. Wierzą, że wiara może uczynić cuda. Jeszcze są za młodzi, zbyt naiwni, aby zawczasu zrozumieć, że praca z cudem niewiele winna mieć wspólnego z cywilizowanym życiem w cywilizowanym (podobno) i dzielnie opierającemu się kryzysowi gospodarczemu (tak słyszałam) państwie. Jeszcze sądzą, że cokolwiek zależy od nich – od ich wiedzy i potencjału.

Ja mam potencjał, ty masz potencjał – wszyscy mamy (taki lub inny, do tego albo do tamtego) potencjał. Ach – wiedza. Śmieszne słowo. Niechciana zabawka...


Tak oto – do zostania kloszardem droga jest autentycznie prosta. Warto jednak do tej drogi się przygotować. Poszukać odpowiedzi na elementarne pytania – zadać sobie nieco wysiłku. Lata bezpłodnej, wysokiej edukacji oraz poszukiwania zatrudnienia – również długoletniego, bezpłodnego i zbliżonego do poszukiwania igły w stogu siana – zdążyły nas wszak nauczyć, że współcześnie – wszędzie jest konkurencja. Wszędzie. W krainie kloszardów – także. Dlatego w przypadku chęci zostania kloszardem przez duże K – nie wypada nie zaznajomić się uprzednio z tajnikami tej profesji i nie zbadać konkurencyjnego rynku. Koniecznie wręcz należy zadbać o kilka szczegółów – począwszy od zewnętrznego anturażu, aż po plany strategiczne na dalszą przyszłość. Wizja kloszarda, żyjącego z dnia na dzień – jest bowiem jednym z próżnych mitów, jakich należy stanowczo się wystrzegać. Trzeba sprostać odpowiednim standardom, opanować swobodne dryfowanie w złożonych relacjach społecznych, nabyć odpowiedniej jakości i prezencji. Nie są to wszak sprawy oczywiste, nie wymagające minimum nakładu pracy intelektualno-fizycznej. Na bycie kloszardem – też trzeba zasłużyć, mimo iż kloszardowość sama w sobie jest dziedziną niezwykle otwartą i elastyczną na tyle, iż praktycznie każdy może w niej znaleźć niszę dla siebie, którą z powodzeniem będzie uprawiał przez wiele, wiele lat.

Przede wszystkim warto zadbać o stosowne odzienie. Poleca się palta po dziadku w kolorze czarnym lub ciemnoszarym (tzw.: odcień cmentarny). Są gustowne, nobliwe i – niebrudzące. W przeciwieństwie do palt w kolorze ugru złotego (potocznie określanego jako „sraczkowaty”) mają także tę dodatkową zaletę, że sprzyjają sprawnemu kamuflowaniu się w przestrzeni miejskiej. Chociaż z kolei na paltach w kolorze ugru złotego mniej widoczne są odchody gołębi. Wybór koloru palta nie jest więc do końca jednoznaczny. Warto dokonać go, przewidując, prognozując – w jakich obszarach aglomeracji miejskiej będzie się egzystowało (gdzie będzie chciało się osiąść). Dla kloszardów marzących o osiedleniu się w eleganckich dzielnicach podmostowych – sugeruje się palta czarne i szare. Tym, którzy woleliby osiąść w sielskich parkach lub podmiejskich kompleksach leśnych – sugeruje się palta beżowe (np.: ugier złoty).

Nie mniej istotny jest dobór obuwia. O ile to możliwe, poleca się całkowitą rezygnację z typowego obuwia. Jest niepraktyczne, ponieważ rzuca się w oczy i może narażać nas na ataki złodziei, ponadto jest niemodne. Letnią porą roku – według najnowszych trendów – każdy szanujący się kloszard powinien zdecydowanie przemieszczać się boso. Chodzenie boso nawiązuje w swym wizerunku do ekologii, a więc jest poprawne politycznie, a dodatkowo – stanowi mini powrót do korzeni i odświeżająco oddziałuje na psychikę. Zimą – zamiast tradycyjnych butów proponuje się onuce z gazety. Papier jest jednym z głównych i łatwo dostępnych materiałów recyklingowych i noszenie go na co dzień sprzyja krzewieniu postaw ekologicznych, które mogą liczyć na dobre odbiory w społeczeństwie.


Obok zadbania o okrycie wierzchnie – warto rozejrzeć się za optymalną kwaterą. Nadal dużym zainteresowaniem cieszą się poczekalnie dworcowe. Należą one jednak do kwater niezbyt luksusowych – szczególnie w kategoriach noclegu. Kloszardom kładącym się na nocny spoczynek na ławce w dworcowej poczekalni – rzadko kiedy nikt nie przeszkadza. Wzmożone patrole straży miejskiej i innych organów państwa policyjnego mogą skutecznie uprzykrzyć spokojny sen. Stąd dworce poleca się raczej jako dzienne deptaki spacerowe. Opiewają w ciekawe widoki, ponieważ przepływa przez nie sporo kolorowej ludności z wyższych sfer. Wyższe sfery dostarczą naszym oczom wiele ciekawych inspiracji i można oglądać je jak barwne papugi w zoo – do tego: zupełnie za darmo.

Najbardziej godnymi polecenia kwaterami są kartonowe pudła. Porzucone lata temu przez kloszardów – dziś wracają do łask i przeżywają w pełni zasłużony renesans. Niesłusznie posądzono je niegdyś o mdłą estetykę i formalne ograniczenia. Prawda jest taka, że karton stwarza wiele możliwości konstrukcyjnych i plastycznych. Obecnie wzbudza wręcz szeroki zachwyt w dziedzinie architektury wnętrz i designu. Wielu projektantów obmyśla meble, domki dla lalek i inne gadżety właśnie z kartonowych pudeł. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolny kloszard zbudował sobie dom zgodny z najnowszymi prądami modowymi.

Jeżeli chodzi o dobór mebli do kartonowej kwatery poleca się krzesła z niebieskich beczek pcv oraz wiszące żyrandole z denek od butelek po wodzie mineralnej. Takie projekty prezentowali młodzi twórcy designu, absolwenci ASP, na Łódź Design Festival 2012, wystawie w dniach od 18 do 28 października. Można było obejrzeć na niej również lampki nocne z plastykowych zakrętek i kwietniki z plastykowych baniaków po wodzie mineralnej. Abażury stojących lamp salonowych wykonano ze zużytych fragmentów gazety i kolorowej taśmy klejącej. Wszystko to prezentuje się nadzwyczaj pięknie, nośnie, oryginalnie, a co najważniejsze – w praktyce jest tanie, a nawet darmowe, gdyż wszelkie materiały można pozyskać odbywając proste zbiory ze śmietników miejskich. „Takie coś z niczego” – to jest design w sam raz dla kloszarda. Nie wiedzą o tym jedynie wysokie kasty społeczeństwa polskiego, gotowe wyłożyć wiele tysięcy złotych za tego rodzaju gadżet zamówiony u dyplomowanego architekta.


Z odpowiednim odzieniem wierzchnim, z urządzoną kwaterą – możemy już swobodnie wyruszyć na poszukiwanie optymalnej jadłodajni. Hitem sezonu jest buszowanie po szpalerach restauracyjnych galerii handlowych. Dostać się do takich restauracji jest bardzo łatwo, gdyż mieszczą się one na terenie rozległego kompleksu marketowego. Prosto zmylić ochroniarzy swoim paltem w barwach kamuflażowych i przeniknąć do wewnątrz wraz z tłumem. Stoliki restauracyjne nie są zaś niczym obudowane i zostaje na nich mnóstwo drogich resztek – od hamburgerów i włoskiej pizzy, przez dania staropolskie (bigos, kotlet, kiełbasa na ciepło z musztardą), aż po zestawy wegetariańskie (tofu, soja, brokuły).

Po kolacji – szanujący się kloszardzi odbywają długie spacery, podziwiając architekturę miasta. W mieście Łodzi jest niesłychanie wiele interesujących dzielnic wartych zwiedzenia. Szczególnie poleca się na przykład ulicę Włókienniczą. Jest to dawna – Kamienna – z przepiękną tablicą ku pamięci Agnieszki Osieckiej. Trzeba jedynie uważać na dziurawe, odstające płyty niby-chodnikowe, turlające się okruchy szkieł po butelkach z tanim winem i psie (oraz ludzkie) fekalia. Oczywiście tym podobnych ulic w mieście Łodzi – jest bez liku. Do wyboru, do koloru...

Nie wypada nie wspomnieć, że punktem numer jeden turystyki kloszarda łódzkiego jest aktualnie dawny Dworzec Fabryczny, a obecnie – gigantyczne dziursko w ziemi. Przypomina cudny księżycowy krater albo ujście Wezuwiusza i na pewno dostarczy ogromnej i niezastąpionej pożywki estetycznej. Szczególnie frapujący jest widok „Dworca Fabrycznego” z góry. W tym celu należy udać się do hotelu Centrum i powiedzieć, że jest się dziennikarzem prasy lokalnej. Portier – pan Dzidek – zawiezie was windą na trzynaste piętro i pozwoli zerknąć na „dworcowy” obiekt z okna hotelowego hallu. Zawiezie was na pewno, bo to dla reklamy hotelu. Wrażenia – niewysłowione!

Justyna Karolak.



2 komentarze:

  1. Paradoks petenta polega na tym, że wydaje mu się, że złapał przysłowiowego byka za rogi. Ma dom i rodzinę/ którą, co prawda, rzadko widuje, bo, jak wiadomo, to praca czyni wolnym/, stołuje się w restauracjach, jeździ służbowym samochodem. Jednak jego dalsza kariera może się rozwijać tylko do osiągnięcia pewnego pułapu, a jego kredyt sprawia, że zawsze będzie gotowy na świadczenie usług, zawsze dyspozycyjny, zawsze miły i posłuszny. Nie dostrzega, że jego skrzydła są oblane woskiem, a karty w które gra ze światem, zostały sfałszowane. Czeka więc grzecznie na kolejne polecenia. Tak naprawdę jego wolność ogranicza się do posiadania paru aktualnie modnych błyskotek. Petent patrzy z przerażeniem na swoje przeciwieństwo - wolnego najmitę, lekkoducha i gołodupca żyjącego z dnia na dzień, często pożyczającego od rodziców, utwierdzając się w przekonaniu, że trzeciej drogi nie ma. Bo system dba o to, żeby ludzkie skrzydła się nie rozwinęły.
    Jesteś wolna. Możesz iść, gdzie chcesz;) Rafy czekają, bo mało kto je widzi.
    Liberał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie podsumowałaś sens życia, pracy tych, którzy nie są jak Kisiel i niestety nie mogą o sobie powiedzieć: zawsze lubowałem się w stanowiskach trzecich.

      Z ludźmi w Polsce jest tak, jak mówisz. Pierwsza, jakże "szczęśliwa", część naszego społeczeństwa "robi karierę" w korporacjach, winszując sobie "wypasionego" samochodu służbowego i nie zauważając problemu w sytuacji, że prawie wcale nie widuje się z rodziną. Wśród tej części są zapewne i tacy, którzy nie mają żadnej rodziny i z próżnie nadętą miną powtarzają poranne afirmacje przed lustrem w brzmieniu: jestem najlepszy na świecie we wszystkim, czego się tknę, a bycie świetnie zarabiającym singlem jest cool, sexy i trendy.

      Druga część - próbuje wyłączyć się z obmierzłego, jałowego w sensie duchowym, psychicznym, wyścigu szczurów i stanąć opornie wobec części pierwszej. W swoim opustoszałym, niezbyt kreatywnym "buncie" - niewiele różnią się jednak od korporacyjnych galerników, stąd można wnioskować, iż jest, jak piszesz: ludzie nie dostrzegają, że z ogólnego impasu jest więcej wyjść, niż tylko dwa. Nie pamiętają, że jest możliwe tajne wyjście nr 3; zupełnie inna postawa - wobec świata, i siebie samego. Zapomnieli o tym nieświadomie, niechcący - lub po prostu pierwotne marzenia i poczucie wartości zostały z nich wyprane przez system, w jakim tak czy inaczej - wszyscy egzystujemy...

      Ja osobiście bardzo lubię cytat z absurdalnej, dowcipnej powieści Toma Robbinsa pt.: "I kowbojki mogą marzyć" - w życiu jest tylko jedna rzecz ważniejsza od szczęścia; wolność.

      Dziękuję Ci, że uważasz, że mogę się udać, dokąd zechcę :). Na pewno staram się widzieć (przyp. red.: rafy), nie tylko patrzeć, ale bycie wolną - to trudna do uchwycenia, zawiła rzecz... Jakkolwiek zainspirowałeś mnie do napisania kolejnego tekstu na temat właśnie wolności i z pewnością w najbliższym czasie taki wpis na moim blogu się pojawi.

      Pozdrawiam bardzo serdecznie :).

      Usuń