czwartek, 11 października 2012

Nowy katolicyzm - Jezus Chrystek WOW!

Nowy katolicyzm: Jezus Chrystek WOW!


Internet – głównie dzięki nieuchronne, sukcesywnie i stale rozwijającym się i rozszerzającym portalom społecznościowym – obejmuje coraz więcej sfer życia. Tak zwany real – nieuchronnie opada z człowieka na drugi plan niczym zeszłoroczny liść. Coraz więcej profesji interesuje się życiem w sieci, które zdaje się ewidentnie zasysać i wchłaniać w siebie podstawowe relacje i przestrzenie międzyludzkie. Pomału przestają dziwić miana zawodów, takie jak np.: „socjolog Internetu”, wyłaniające się na prężnej fali wszechobecnego (i wszech zawierającego) Internetu. Wszechobecnego, a zatem – być może nie powinny nas dziwić nie tylko nowe, współczesne specjalizacje, ujawniające się w obrębie dziedzin takich jak socjologia. Wszechobecność jest wszak słowem, które siłą rzeczy nasuwa na myśl – rozważania o Bogu. Nie dziwmy się zatem, że wynoszenie się jak dzielny surfer na dynamicznej fali stale rozwijającego się netu – jest także działaniem stref duchowych. Ponoć istnieje już zjawisko o ciekawie i tajemniczo brzmiącej nazwie – „duszpasterstwo internetowe”.



Jak donosi Fronda.pl – ksiądz Dariusz Kowalczyk nie jest tym rozwojem duchowości zdumiony. W rozmowie z Tomaszem Rowińskim podaje on, iż w 2007. roku – w prestiżowym czasopiśmie włoskich jezuitów pt.: Civiltà Cattolica ukazał się tekst, w którym postawiono pytanie: „Czy istnieje cyberprzestrzeń dla Boga?”. Co najciekawsze – odpowiedź na tak postawione pytanie była jak najbardziej twierdząca. Ks. Kowalczyk mówi, że szef ww czasopisma, o. Antonio Spadaro, „od lat pisze o potrzebie ewangelizowania i katechizowania w wirtualnej przestrzeni. Ostatnio wygłosił konferencję pod tytułem: Teologia w epoce Facebooka. Myśleć i żyć wiarą w epoce Internetu”.



Intrygujący to tytuł – trudno zaprzeczyć.



Okazuje się, że nie tylko socjologia – w obliczu współczesnych, aktualnych realiów – stwarza ludziom świeże możliwości podejmowania się nader nowatorskich specjalizacji. Również religia – na czele z duszpasterzami i usankcjonowanymi głosicielami np.: chrześcijańskiego słowa Bożego – może w sieci rozwinąć prawdziwe skrzydła. Nie są to jednak mityczne, Ikarowe skrzydła, które moglibyśmy potraktować w tym przypadku jako metaforę idealizmu, porcji wiary w marzenia i szybowania wraz z nimi. Są to iście – anielskie skrzydła. Internet rośnie bowiem w swoim potencjale, kreując dla wszystkich – możliwość sięgania po wysokie rejestry i obszary zasięgu, wszech oddziaływania. Stąd skrzydła – wydają się tutaj nie tylko pożądane, ale wręcz niezastąpione.





Zwykłe słowo wygłoszone w czasie niedzielnego kazania – pewnie nie da się porównać z zasięgiem, z lotem na skrzydłach, poprzez sieć. Sieć, jak to sieć – głównym jej zadaniem jest łowić, chwytać ryby. To akurat dosyć czytelne, zrozumiałe. Ale cóż może oznaczać termin: teologia w epoce Facebooka? Hmm... Wróćmy na chwilę do socjologii.



Etymologia słowa socjologia wskazuje, iż jest to dziedzina nauki o społeczeństwie. Tym samym nie dziwi, że w obliczu rozwoju portali społecznościowych – na naszych oczach ukuwa się nowy termin, nowa specjalizacja. Jest nią właśnie przytoczony powyżej – „socjolog Internetu”. Skoro bowiem socjologia bada społeczeństwo, jest jak najbardziej zasadne, iż w dobie przeniknięcia struktur społecznych do Internetu, będzie badała ona te właśnie struktury. Lecz przecież nauka o społeczeństwie zajmuje się badaniem relacji międzyludzkich. Gołym okiem widać, że – owszem – relacje międzyludzkie w Internecie różnią się w swych objawach od relacji międzyludzkich w realu. Ale czyż za jedną i drugą strukturą społeczną nie stoi jeden i ten sam – żywy, realny człowiek? Czyż odbicie naszych zachowań w sieci nie pochodzi z tej samej matrycy, z tego samego mechanizmu postępowania? Być może różnie zachowujemy się w życiu codziennym, namacalnym, realnym – a inaczej w Internecie, gdzie możemy być niewidoczni i/lub anonimowi. Nie zmienia to prostego faktu, że w obu przestrzeniach jesteśmy tymi samymi ludźmi, składającymi się na społeczeństwo. Wydaje się, że współcześni socjologowie chyba zapomnieli albo nie biorą pod uwagę, że Internet i wynikający z niego rozwój portali typu Facebook – jest odpowiedzią na naturalne potrzeby i oczekiwania realnego, a nie wymyślonego społeczeństwa. Innymi słowy – Internet nie jest sztuczną inteligencją, która wymknęła się człowiekowi spod kontroli i sam z siebie nowych struktur, przestrzeni i funkcji nie tworzy. To my – je tworzymy. Korzystając z Internetu, z jego zasobów i funkcjonalności, wklejając do Facebooka najnowsze zdjęcie z wakacji spędzonych z rodziną – stopniowo coraz ekspansywniej przenosimy do sieci realne życie – dzieląc się nim i ukazując światu z własnej woli. Rzeczywistość internetowa – zwłaszcza w percepcji młodych pokoleń, które narodziły się już w dobie prężnej technizacji i łatwej dostępności do jej dóbr – nie jest zupełnie nową i oderwaną od realnej matrycy rzeczywistością. Jest wręcz przeciwnie. Jest rzeczywistością zupełnie tą samą – i stanowi jej odbicie lustrzane czy też może być pojmowana jako swoisty jej klon albo pączek. Nie zmienia to również prostego faktu, iż każdy socjolog w znacznym sensie jest po prostu „badaczem życia”. Życia – w odniesieniu do relacji międzyludzkich i do społeczeństwa, które tworzą określone jednostki. Czy będzie to real, czy matrix – kardynalnym podmiotem badawczym w obu przypadkach pozostanie życie (rozumiane – jak wyżej).





Idąc dalej tym tropem, przypomnijmy, że teologia jest dziedziną nauki, badającą Boga. I o ile słowo „badanie” brzmi tu podejrzanie z uwagi na niemożność dotarcia badaczy do podmiotu badawczego w sposób bezpośredni (czy – jak kto woli – obiektywny), o tyle priorytetem teologów pozostaje studiowanie wiary celem jej rozumowego wyjaśnienia.



Pominąwszy podwaliny i dogmaty różnych wiar – same oblicza wiary (jak i oblicza człowieczeństwa) mogą oczywiście zmieniać się wraz z upływem czasu. Inaczej mówiąc – nieco odmienne zagadnienia może mieć do zbadania teologia w tej epoce, inne – w tamtej. Dlatego, że w pewnym sensie – zmienia się sam wierzący, sam człowiek. Lub po prostu realia, w których egzystuje – zmieniają się, modyfikują wraz z rozwojem cywilizacji i przekraczaniem kolejnych granic epoki, a te zewnętrzne czynniki egzystencjalne mogą zwyczajnie generować również zmienione spojrzenie na wyznawaną wiarę bądź poszukiwanie Absolutu. Z tego punktu patrząc – rzeczywiście można zrozumieć, że przedstawiciele kościołów będą zadawali pytania o „obecność boga w sieci”, czy też będą próbowali posłużyć się siecią jako poszerzonym forum do nawiązywania oraz pogłębiania relacji z wiernymi. Skoro bowiem wszelkie sfery życia „przenoszą się” do sieci – to także religia, także kościół, także duchowość.



Ale – cóż ma oznaczać sformułowanie: Teologia w epoce Facebooka? Czy nie brzmi ono jak chwyt marketingowy? Jak reklamowy slogan? Czyż nie zdaje się ono stanowić tę samą furtkę wiodącą do rozgłosu i stania się oryginalnym – co miano „socjolog Internetu”? Czy „socjolog Internetu”, tak samo jak „teolog Internetu” nie jawią się aby jako nośne hasła, otwierające wrota do swoistej kariery?





Cóż – wielu żywi przekonanie, że tzw.: Era Informacji, w której podobno wszyscy egzystujemy, jest początkiem końca człowieczeństwa. Podobno zacierają się elementarne wartości, a sfera naszej duchowości czy zadawania pytań egzystencjalnych, trudnych, filozoficznych – umiera, popadając przedtem w anachronizm. Podobno – w sensie duchowym stajemy się wyjałowieni, gdyż Internet – choć dryfuje w nim niesamowita wielość informacji, danych, składowych – jednocześnie staje się przestrzenią pustą, suchą, beznadziejną. Słowem: ugór. Pustynia, o, paradoksie nad paradoksy.



W starciu z takim spojrzeniem na Internet – nie dziwi, że przedstawiciele kościoła przysposabiają się do życia w sieci. Że swoimi rękami usiłują wyłowić z błota płaskich informacji i przekłamanych faktów – prawdy „najświętsze”, „najczystsze”... Duchowni katoliccy za pośrednictwem netu prowadzą rekolekcje w tym samym czasie, kiedy „piankowy ksiądz” z salezjańskiego gimnazjum z Lubina – publikuje swoje zdjęcia, na których widać dzieci, liżące pianę z jego kolan... Tak, sieć – to zaiste przedziwna przestrzeń pełna tyleż jałowości, co treści istotnych, dających do myślenia...





Jak zatem znaleźć wypadkową? Jak odróżnić prawdę od fikcji? Gdzie kończy się real, a gdzie zaczyna matrix? Czy uznanie tych podziałów, granic – doprawdy winno mieć charakter kategoryczny?



Warto przyjąć za fakt obiektywny:



skoro net wchłania w siebie coraz więcej aspektów realnego życia, chyba nie ma od tej ścieżki odwrotu. Chyba owa ścieżka wygląda na naturalną potrzebę ludzkości, czy też – znak naszych czasów.



Swoje konto bankowe – obsługujemy przecież za pomocą klawiatury, siedząc w domu w kapciach. Na randki – również umawiamy się poprzez sieć. Czytamy e-booki – nie papierowe książki. A skoro tak – także i katolickiej spowiedzi winniśmy móc dokonać właśnie w sieci. Jeśli, rzecz jasna, właśnie katolicyzm nam do szczęścia potrzebny i jeśli łatwo pogodzimy się z prognozą, że właśnie on – jako pierwszy spośród kościołów – bez skrępowania we wszech sieci się rozgości...



Zarazem – w całym katolickim cyber-kościele, wydaje się: zbyt wielka obecność pesymizmu i presji. A skoro coraz więcej aspektów życia przenosi się do sieci, zapewne i mnóstwo nowych kościołów powstanie...



Ot, choćby – nowy katolicyzm, nader optymistyczny i sympatyczny. Jak w onginej Dogmie Kevina Smitha – Chrystek WOW! Zamiast ponurego krucyfiksu z ukrzyżowanym ludzikiem wystruganym z drewna – proponuje się ojcom katolickiego kościoła wyjście naprzeciw duchowi naszych czasów i spojrzenie na stado oniemiałych z zachwytu owieczek – z uśmiechem, z optymizmem. Zamiast więc cyberzimnego kościoła katolickiego, wyobraźmy sobie statecznych ojców tegoż kościoła, jak wychodzą do ludzi w cyberprzestrzeni z uśmiechem na ustach – jak wznoszą kciuk do góry w geście zjednoczenia z bezwolnym tłumem – wszak nie w geście marketingowym, który sławy (czy kasy?) miałby im przydać...





Wyobraźmy sobie katolickich kapłanów w wesołych szatach, swobodnie przemieszczających się w sieci, po błogich łąkach matrixu, oderwanego wszak od realiów... wyobraźmy sobie – zamiast biednego, porażającego swym mitycznym (historycznym?) wizerunkiem uciemiężonego, utrapionego Chrystusa – sprytnego, wesolutkiego Chrystka – WOW! – z kciukiem wzniesionym wysoko ku górze...



… obrazek to, jakich wiele może dostarczyć nam sieć. I nie ma co przed tym podobną groteską się wzdrygać. Wygląda bowiem na to, że sieć – jak to sieć – wyławia z mętnych wód zapomnienia – na wierzch – wszystko, co „najistotniejsze”.

Justyna Karolak.

Przyp. red.: zdjęcia do artykułu są kadrami z filmu pt.: Dogma w reż. Kevina Smitha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz