czwartek, 31 stycznia 2013

Pożegnanie

A może - powitanie?

Spieszę donieść, że działalność blogowa pod tytułem Stora - powoli dobiega końca. Nie wykluczam, że Rebeca Serri być może jeszcze odezwie się na Storze, ponieważ Stora wisiała będzie w sieci nadal - oczywiście do czasu, póki jej kto nie zdejmie...

Sęk w tym, że Justyna Karolak oddziela się z Nowym Rokiem od Rebeci - i wyrusza w swoją stronę...

W swoją stronę - dosłownie. Zapraszam wszystkich na nowy blog - stronę Justyny Karolak. Do nowego miasta, pełnego wpisów i tekstów o zupełnie innym charakterze, niż te publikowane dotychczas na Storze.

Nowe miasto, to jak wypisz-wymaluj: Karolakowo. Znajdziecie je pod adresem:

www.karolakowo.blog.pl


Zapraszam wszystkich serdecznie do krainy felietonu i absurdu - do osobistego miasta Justyny Karolak.


sobota, 12 stycznia 2013

Dexter: dlaczego Rita, nie Lila?

W obronie naiwności
Odezwa do fanów Dextera i antyfanów Rity

Jako fanka serialu pod tytułem Dexter – nie raz, nie dwa zajrzałam na forum w Internecie, by skonfrontować swoje wrażenia z wrażeniami innych fanów. I co odkryłam? Odkryłam, że wielu mocno krytykuje postać Rity – kobiety głównego bohatera. Z licznych dyskusji obecnych w sieci dowiedziałam się, że Ritę – w zdecydowanej większości – widzowie uznają za nadzwyczaj irytującą. Dlaczego? Bo naiwna do granicy absurdu. Bo groteskowa przez tę naiwność. Ach, Rita... Ukochana seryjnego mordercy – przesłodzona, polukrowana, że aż mdli. Osobiście nie podzielam tej opinii – mnie Rita nie irytuje, nie powoduje odruchów wymiotnych i w moim poczuciu pozostaje zwyczajnie słodka, ciepła i kobieca, nie zaś głupia, infantylna, mdła i przerysowana. Zastanawia mnie jednak ten poznawczy dysonans, który zdradza najwyraźniej kroplę gorzkiej prawdy o człowieku. A mówiąc dokładniej – o człowieczej naturze, o naszej psychice.

Pojawia się bowiem nowa dla mnie refleksja – pytanie, którego nie zadawałam sobie nigdy dotąd. Mianowicie – dlaczego z dużą łatwością przychodzi nam darzenie niezmąconą sympatią postaci Dextera, który oprócz powierzchownego faktu bycia nader uroczym, w rzeczywistości jest jednak przede wszystkim jednostką wyrafinowaną w złym znaczeniu tego słowa? Jest wszak psychopatą – zabójcą, mordercą, któremu odbieranie życia osobom – nie bez skazy wprawdzie – sprawia niekłamaną przyjemność i daje mnóstwo satysfakcji. Dexter zabija, mówiąc kolokwialnie, z zimną krwią, a mimo tego – my, wszyscy fani serialu, bezsprzecznie go lubimy. Wręcz uwielbiamy i w duchu trzymamy kciuki, by wymiar sprawiedliwości nigdy nie trafił na trop Mrocznego Pasażera, by nigdy go nie zdemaskował i nie ukarał. Chcemy, żeby Dexterowi się udawało – życzymy sobie, aby mu się upiekło za każdym razem, gdy będziemy świadkami, jak unieruchamia kolejną ofiarę taśmą, jak nacina jej policzek – by pobrać swoje zwyczajowe trofeum (krew), jak zatapia nóż w mostku ofiary po samą rękojeść... W głębi duszy czekamy na te chwile w napięciu i zawsze, kiedy kolejna z tych chwil następuje – cieszymy się, czy wręcz odczuwamy ulgę. I nie odczuwamy ulgi bynajmniej dlatego, że Dexter działa według określonego, w pewien sposób „czystego” kodeksu moralnego, ponieważ unicestwia gorszych, więcej brutalnych od siebie przestępców. Nie sympatyzujemy z Dexterem z powodu, iż postrzegamy go jako pozytywnego bohatera – podobnego do Robin Hood'a, który zabierał bogatym, a oddawał biednym... Sympatyzujemy z Dexterem, a nawet lubimy się z nim utożsamiać, ponieważ przekracza – dla nas: nieprzekraczalne.

Dla Dextera sięganie po nakarmienie wewnętrznego, złowieszczego głodu – jest po prostu osiągalne. Innymi słowy, Dexterowi wolno nakarmić ten gniew i łaknące ofiary zło, którego „normalni” ludzie nie odważają się karmić w realnym świecie – nigdy, za żadną cenę. Przerażające, ale właśnie dla tej przyczyny – kochamy Dextera. Właśnie dlatego, że w magiczny, bo wymyślony-ekranowy sposób, on uwalnia nas z pęt, które niewolą na co dzień. Z jakich pęt? To proste: moralność, etyka, wiara etc. Oczywiście większość z nas nie marzy, żeby zabijać... lecz w momencie, gdy dopuszcza się tego niegroźny, bo literacki i filmowy bohater – jak Dexter – jesteśmy w niebo wzięci i zachwyceni. Dzieje się tak dlatego, że fikcyjna postać realizuje za nas złe uczynki, których faktycznie nie odważylibyśmy się zrealizować, których oficjalnie – nie pragniemy, których się wstydzimy, przed którymi się wzdrygamy, których się boimy. Bo przecież wszyscy chcemy żyć uczciwie, szczerze, szlachetnie – prawda? Chcemy być dobrymi ludźmi. Ale – kim naprawdę jesteśmy? Co w nas drzemie? Dexterowatość. Straszne? Owszem.



Tymczasem Rita... Wcielony, urzeczywistniony archetyp kobiety idealnej. „Kobieta marzeń”, „kobieta ze snów”, jak orzekli nieliczni na internetowym forum. Piękna – a oprócz tego: po prostu ładna, miła dla oka. Piękno bowiem w odniesieniu do postaci Rity wcale nie wyczerpuje prawdy o wyżej wspomnianym archetypie. Piękno jest kontrowersyjne, niejednoznaczne, bywa też mroczne, przyczajone i niekoniecznie – w przystępny, jawny i oczywisty sposób czytelne dla ogółu. A Rita – jest po prostu ładna. Bezwzględnie i bezdyskusyjnie – ładna, atrakcyjna, nad wyraz przyjemna wizualnie. Kobieta idealna – śliczny, uroczy, jasnowłosy, długowłosy anioł. Subtelna uroda – anielski powab, czar. Dziewczęca twarz – harmonijna, dobra, pozytywna, łagodna. Figura – nienaganna, bez zarzutu. W łóżku – szczera, namiętna, oddana. W domu – ciepła, partnerska, wspierająca. Jeżeli mielibyśmy wyobrazić sobie kobietę doskonale ilustrującą ciepło domowego ogniska, to Rita byłaby jednym z pierwszych, głównych tego rodzaju wyobrażeń, wizualizacji. Nawet jej głos zdaje się idealny – miękki w brzmieniu, stonowany, a przy tym lekko „dymny”, ciekawy, przykuwający uwagę. Śliczna, wierna, lojalna, ciepła, do tego – ponętna, do tego – świetna matka. W trzech słowach o Ricie: wzór kobiecych cnót. A jednak – powtarzając za zdaniem większości: niebywale denerwująca, irytująca, niestrawna. Stąd właśnie wyłania się czołowe pytanie:

dlaczego z naturalną, wręcz odruchową łatwością przychodzi nam sympatyzowanie z mordercą – i dlaczego z równie naturalną i odruchową niechęcią podchodzimy do kobiet odległych od współcześnie prezentowanych postaw feministycznych?

W zastanowieniu nad odpowiedzią, nasuwa się na myśl, że tym, co drażni nas w postaciach takich jak Rita, jest naiwność. Ale – dlaczego tak się dzieje? Dlaczego kobieca naiwność wywołuje w nas nieomal automatyczną reakcję na „nie”, natomiast przeważnie imponuje nam kobieta taka, która jest Rity przeciwieństwem? Na przykład Lila – o, zgrozo!



Czemu łatwiej jest utożsamiać się z bohaterami egoistycznymi, kontrowersyjnymi, cwanymi – niż z bohaterami naiwnymi? Czyżbyśmy wszyscy wyzbyli się naiwności? Czy żyjemy w dżungli – czy bez ustanku musimy o wszystko walczyć i dbać o swoje interesy tak, że wskutek tego – uleciała z nas dziecięco prostolinijna naiwność i wewnętrzne, potulne ciepło? Ostatnie pytanie chciałabym skierować zwłaszcza do kobiet. Bo o ile słodki, naiwny mężczyzna mógłby mnie irytować, o tyle kobieta w rodzaju Rity – wywabia ze mnie na zewnątrz wyłącznie uśmiech aprobaty, wyzwala spokój i wzbudza sporą sympatię.

Oczywiście można powyższe refleksje sprowadzić do jałowego, banalnego wniosku, iż wszelkie nasze wrażenia – zawsze zależne są od indywidualnych gustów, upodobań i konstrukcji psychicznej. Ale trudno się nie zgodzić, że jest to odpowiedź słaba – wniosek spłycający całą kwestię.



Prawdą jest, że zwykliśmy reagować wedle prostego i przejrzystego, acz przykrego schematu: co złe – to sexi. Z jakiegoś powodu kobieta słodka i naiwna (dobra) – współcześnie stała się wrogiem numer jeden, szczególnie w interpretacji innych kobiet, takich jak aktualne pseudo feministki. W przeciwieństwie do kobiety typu femme fatale – która najczęściej wzbudza podziw i szacunek. I o ile z podziwem ciężko tu polemizować, o tyle szacunek do przejawów wampirzego uroku i daleko posuniętego egocentryzmu – generuje dalsze, trudne pytania o gradację naszych wartości i definicję „słusznej kobiecości”.

Na pewno warto zauważyć, że jednym z powodów, dla jakich kobieca naiwność nas drażni – jest fakt, że kojarzymy ją z totalną uległością. Kiedy jednak przyjrzymy się wnikliwiej, wówczas zauważymy, że Rita – z początkowej „zahukanej” kobietki, zmaltretowanej psychicznie przez pierwszego męża „szarej myszki”, zmienia się, przepoczwarza i zaczyna rozkwitać. Jej słodka naiwność nie powinna zatem być mylona z uległością, spolegliwością bez opamiętania, bez rozumu. Kiedy Dexter przyznaje się Ricie do swego „nałogu” – ta w trzy sekundy posyła go na terapię. I posyła bez prawa do dyskusji – stawia jasne i czarno-białe ultimatum: albo grupa wsparcia, albo koniec związku. Kiedy zachodzi w ciążę, pozostawia Dexterowi wybór, otwarte drzwi: może zdecydować się na bycie ojcem, może odejść – ona dziecko urodzi, i tak je wychowa. Kiedy Dexter spontanicznie i dość nieudolnie się oświadcza – Rita nie odpowiada bez namysłu „tak”. Pokazuje, czego chce – komunikuje uczciwie, na czym jej zależy, a czego sobie nie życzy. Tak – jest naiwna, poszukuje u partnera oczywistego wsparcia i bezpieczeństwa, ale z pewnością nie jest uległa, przezroczysta i bez wyrazu.

Skąd więc powszechna niechęć do Rity? Cóż, więcej tej niechęci ze strony kobiet, niż ze strony mężczyzn. Być może dlatego, że my – kobiety, współcześnie przesiąknęłyśmy wszechobecnymi postulatami o konieczności bycia niezależną we wszystkich aspektach życia. Przesiąknęłyśmy niby feministyczną nagonką na cywilizację wychowaną w patriarchacie i zdominowaną przez patriarchat. Przesiąknęłyśmy panelami dyskusyjnymi pokrzykującymi i grzmiącymi dookoła, iż mężczyzna i kobieta byli, są, będą i muszą być tu i teraz, zawsze, w każdej bez wyjątku chwili – równi, jednakowi, tacy sami.

To nieprawda. Kobieta i mężczyzna – są równoważni, tak samo istotni. Ale nie są równi. Każde z nich wnosi do związku inny charakter i pełni odmienne funkcje. Częścią tych funkcji możemy się wymieniać, a częścią – nie. Część z nich należy do natury, do odrębnego konstruktu danej płci. Kształt, granice, przestrzeń tej natury, tego konstruktu – możemy indywidualnie definiować, wyznaczać, rysować, pojmować i przejawiać. Ale ta natura, wewnętrzna energia, emocjonalność i sfera intelektualna – nigdy nie będą jednakowe dla kobiet i dla mężczyzn; nigdy nie będą odbiciem lustrzanym. Różnimy się między sobą – ciałami, ale także umysłami – i sercami. Inaczej myślimy, inaczej odbieramy bodźce z zewnątrz, inne reakcje te same bodźce w nas budują, w innych rejestrach emocjonalnych czujemy się pewnie.

Rita nie jest kobietą pustą i głupią. I również nie o to chodzi, że mężczyźni wybierają na żony kobiety puste i głupie. Infantylne i idiotyczne. Jakkolwiek często szukają w kobiecie ciepła i słodyczy (a niekoniecznie błyskotliwej i nieposkromionej przeciwniczki w szachach), które aktualnie – zdają się od nas, od kobiet oddalać, które porzucamy – mniej czy więcej świadomie. Dlaczego? Bo wstydzimy się swojego naturalnego ciepła czy dozy naiwności. Bo chcemy rywalizować – nie tylko między nami, kobietami, ale próbujemy ścigać się też z mężczyznami. Współczesny „feminizm” nas do tego przysposabia – werbuje na kształt iście wojskowego poboru. Współczesny „feminizm” uczy nas tego, jak być twardą bardziej, niż to konieczne, niż niezbędne, niż nieuniknione. Tego, jak być nie partnerką dla mężczyzny, a jego – konkurentką, rywalką. To dlatego Rita wzbudza w nas niechęć, gniew, frustrację, awersję. Dlatego, że jednym uśmiechem, łagodnym gestem czy dołkiem w policzku – przekreśla całe lata kobiecej emancypacji, czyniąc ze współczesnych „feministek” – śmieszne i godne co najwyżej politowania Don Kichotki, wojujące z wiatrakami, co nikomu już nie jest do niczego potrzebne. Nie jest potrzebne, gdyż powtarzając jedną z myśli nieuczesanych wprost za Lecem: byle smród, co porywa się na walkę z wentylatorem, uważa się za Don Kichota...



Doprawdy, nie taka Rita słaba i żałosna, jak ją malują – skoro jednym uśmiechem czy dołkiem w policzku potrafi skreślić całe lata kobiecej emancypacji... A to ci dopiero historia...

Justyna Karolak.